2011/09/11

Oto jest miłość - dwoje ludzi spotyka się przypadkiem, a okazuje się, że czekali na siebie całe życie. (O'Cangaceiro)


Nigdy nie interesowała mnie Japonia, nie ciągnęło mnie poza Ojczyznę. Mąż wywrócił mój świat do góry nogami.


Niespodzianka od japońskich stewardess.


Samolot linii ANA (All Nippon Airways) pobił na głowę linie śródkontynentalne. Dwupoziomowy, ogromny. Tak całkiem wygodny to nie, trochę za mało miejsca no nogi, gdy się je chciało rozprostować, zwłaszcza gdy się jest wzrostu mojego Męża. I absolutnie za mało miejsca na bagaże podręczne - latem to może nie jest problem, ale gdy trzeba umieścić w schowku także zimowe okrycia, jest zdecydowanie za ciasno, nie wszystko mieści się w środku. Za to miejsca mieliśmy najlepsze z możliwych, bardzo dobry punkt obserwacyjny i nikt nie siedział obok nas

Lotnisko Narita pod Tokio jest bardzo duże. Jednak nie w głowie mi było rozglądać się i podziwiać, ponieważ czekał nas najgorszy etap podróży - przeprawa z japońskimi urzędnikami na lotnisku. Od innych obcokrajowców wiedziałam, że w tym miejscu wszystko jest możliwe, mogą na przykład zatrzymać mnie do wyjaśnienia celu pobytu na kilkanaście godzin albo i dłużej, lub bez podania przyczyny w ogóle nie wpuścić.

Musieliśmy zająć miejsca w osobnych kolejkach. Pasażerów było takie mrowie, że szybko straciliśmy się z oczu. Procedura obowiązująca Japończyków jest prosta i szybka, więc T. zdążył odebrać nasze bagaże i czekał na mnie. (Z powodu chaosu we Frankfurcie jego bagaż dotarł do Polski po tygodniu z kawałkiem, ale tym razem wszystko doleciało w komplecie i na czas.) Ja odczekałam w tej mojej kolejce około 15 minut. Tak krótko, ponieważ gdy tylko zwalniało się jakieś okienko "Japanese only", prowadzili nas do niego specjalni pracownicy; okienek było chyba z kilkanaście, szło to wszystko bardzo sprawnie. Gdy w końcu nadeszła kolej na mnie, elektronicznie pobrano moje odciski palców i zrobiono zdjęcie. Po prostu stałam przy okienku, widziałam swoją twarz na monitorze i już - wyglądało to trochę jak korzystanie ze Skype'a. I jest absolutnie obowiązkowe. Trafiłam na młodego Japończyka, który płynnie przeszedł na angielski i zapytał o adres, pod którym mam zamiar się zatrzymać. Spodziewałam się całej masy pytań i kontroli, ale gdy powiedziałam, że w domu narzeczonego, który przyleciał ze mną i właśnie na mnie czeka już po drugiej stronie - nie zapytał o nic więcej. Na wszelki wypadek zrezygnowałam jednak ze zwiedzania lotniska po drugiej stronie, aby ktoś przypadkiem się nie rozmyślił ;)

Z lotniska pojechaliśmy busem na strzeżony parking w pobliżu, gdzie na 2 tygodnie pobytu w Polsce T. zostawił swoje auto. Zasada jest taka, że pasażerowie pokazują bilet parkingowy i zajmują dowolne miejsce w busie, a bagażami zajmuje się kierowca.


W domu czekała na nas Mama T. i najbliżsi sąsiedzi, wyposażeni w japoński podręcznik do nauki języka polskiego i z opanowanymi bezbłędną polszczyzną kilkoma, wcale nie najpopularniejszymi zwrotami.

Na stole miejsce honorowe zajmował skromny, lecz uroczy tort z niespodzianką w postaci udekorowanego lukrowymi flagami we wspólnych barwach napisem: "Witamy u nas Japonia", trochę po polskiemu, jednak strasznie miło.

T. to złoty człowiek, ale nielojalnie doniósł wcześniej, że ja jestem zawsze głodna, więc jedzenia na powitanie było bardzo dużo. Najfajniej wyglądały słodkości, ciasta i ciastka japońskie okazały się jednak bardziej dekoracyjne niż treściwe, dlatego z nadzieją wypatrywałam na stole czegoś jeszcze, co by wyglądało znajomo. Wśród podejrzanie wyglądających potraw dostrzegłam kiełki rzodkiewki, ale dopiero, kiedy nałożono mi je z górką, zobaczyłam z bliska, że mają oczy... Bo to nie kiełki były, tylko jakieś takie białe, cieniutkie ryby podobno. Może i ryby, mnie momentalnie skojarzyły się z robakami.

I tak, już pierwszego dnia moje mocne postanowienie odżywiania się w typowo japoński, uznawany za zdrowy sposób, wzięło w łeb. Za nic nie daję się namówić na nic, co w stopniu zadowalającym nie kojarzy mi się z czymś polskim. Dotychczas raz tylko odstąpiłam od tej zasady - gdy podczas pierwszego spotkania narzeczona zaprzyjaźnionego z T. narciarza w żartobliwy sposób wymogła na mnie zamówienie deseru lodowego podawanego w Japonii ze słodką fasolą. 

Ci młodzi ludzie do pierwszego spotkania przygotowali się bardzo solidnie: wydrukowali z Internetu 53 (!) kartki informacji na temat Polski i podczas rozmowy oczywiste było, że na dodatek wcześniej wszystko gruntownie przeczytali. Nie sądzę, aby temat interesował ich jakoś nadzwyczajnie, bardziej odebrałam to jako wyraz szacunku. Lecz podczas tamtego pierwszego spotkania nie było sztywno, ani trochę. W ich obecności czułam się bardzo swobodnie, co mi się rzadko zdarza, gdy poznaję nowych ludzi. 

Z powodu obowiązujących formalności po przylocie wzywano nas do ratusza miejskiego, nieraz nawet i 2 razy dziennie. Nie wiem, czy w Polsce też tak się gania obcokrajowców, ale to gruba przesada. Poza tym kilka razy w krótkim czasie trzeba było pojechać do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Biura Imigracyjnego oraz Ambasady RP. 

Budynek MSZ obstawiony jest mundurowymi. Wszyscy byli absolutnie uprzejmi i za każdym razem uśmiechnięci. Oczywiście wiem, że Japończycy tak są uczeni już od dziecka, ale ci naprawdę nie sprawiali wrażenia, że ich od tej wyuczonej uprzejmości zęby bolą. No i ciekawostka: japońscy policjanci i żołnierze stojący dla ochrony wokół ważnych instytucji są standardowo wyposażeni w długie kije do aikido. Broń palna nie jest eksponowana, sięgają po nią tylko wtedy, gdy jest to ich zdaniem absolutnie konieczne. Stoją wsparci o te kije jak polscy rycerze o miecze na starych rycinach. Aż szkoda, że nie można robić zdjęć w takich miejscach.

W budynku BI ani wokół niego nie widziałam żadnych służb mundurowych. Obsługa była sprawna, uprzejma, obyło się bez jakichkolwiek stresów.

Jako jeden z ostatnich dokumentów otrzymałam paszport ze zmienionymi danymi. Od chwili nadesłania go z Polski przeleżał w polskiej ambasadzie jeszcze około 2 tygodni, gdyż nie można było ukończyć procedury przekazania z powodu - awarii komputerów. Trochę śmieszna sytuacja w kraju kojarzonym przecież jako komputerowy raj. Dłużyło mi się tym bardziej, iż od czasu zawarcia związku małżeńskiego mijało już pół roku z kawałkiemzałatwienie tych wszystkich formalności związanych z przeniesieniem się do Japonii trwało w sumie okropnie długo. 


4 komentarze:

  1. Fajnie piszesz, wciągnęło mnie i od najstarszych postów zaczęłam wszystko czytać.
    A pingwin z filmu w pierwszym Twoim poście jakoś szczególnie mnie poruszył, chyba w ramach pewnych skojarzeń...
    Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nadzieję, że czytając, znalazłaś dla siebie także coś bardziej „słonecznego”.
    A ja Ciebie znam! :) Z komentarzy na jednym z moich ulubionych blogów, tym bardziej więc dziękuję za wizytę tutaj. Pozdrawiam wzajemnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Miło mi :) I obawiam się, że to nie będzie tylko wizyta, a dłuższe odwiedziny ;)
    Ściskam porannie.

    OdpowiedzUsuń
  4. „Nic paskudniejszego iż gdy przybywający gość snuje się i nie wie, co ma począć” - to z Bułhakowa ;) Jeśli tylko lektura niniejszego bloga oszczędzi Ci takich doświadczeń, zostań jak długo chcesz, a mnie wtedy również będzie miło :)
    Udanego weekendu życzę wieczornie!

    OdpowiedzUsuń