2011/12/19

Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie oblekają tego faktu w słowa. (czy jakoś tak)


W wolnych chwilach lubię czasem poczytać inne blogi. Na jednym z nich autorka z innego kontynentu napisała, że nie wstaje rano z łóżka, dopóki nie ułoży sobie w głowie tego, o czym będzie dziś pisać na Bloggerze. Matko... Mój blog to tylko dodatek do dnia codziennego, a nie jego cel główny, piszę wtedy, gdy mam na to ochotę i gdy faktycznie jest coś, do czego sama z chęcią będę tu wracać. 

Co do cytatu w tytule, to zamieszczam go z przymrużeniem oka. Bo mi ostatnio kolejny raz T. szczerze do bólu skomentował, że gdy Mu nadaję w samochodzie, to słyszy, i owszem, ale słucha tylko na światłach. Haha. Co bynajmniej mnie nie zniechęca ;)

Jeździliśmy ostatnio dość często, między innymi szukając drewnianych żaluzji. Standardem w naszej okolicy są okna wykuszowe - takie, jak na poniższym zdjęciu, które zrobiłam w drodze, gdy akurat staliśmy na światłach:



Im więcej takich okien w domu, tym bardziej zwiększają one powierzchnię użytkową, my na szczęście mamy takie tylko 2. Na szczęście, ponieważ trudno do takiego okna znaleźć drewniane żaluzje. Dużo firm oferuje swoje usługi w sklepach z wyposażeniem wnętrz, ale albo im do nas było za daleko, albo uznawały, że to zbyt skomplikowana robota. W końcu przyjechał pan z firmy, która stawiała dom, wziął pomiary i prosił czekać. No to czekaliśmy, aż się doczekaliśmy:



Żaluzje potrzebne nam były do jadalni. Na parterze swój pokój ma także Teściowa, lecz tam w oknach są shōji - drewniane ekrany w kratkę, na które nakleja się papier washi. Jest on dość delikatny, łatwo ulega rozdarciom. Wtedy wystarczy kupić kolejną rolkę, rozwinąć na drewnianym stelażu, pociągnąć żelazkiem w miejscach stykania się papieru z drewnem, odciąć wystający nadmiar - i gotowe:



Podobną funkcję mogą pełnić fusuma - również ruchome, ale nie kratkowane, dodatkowo ozdobione grafiką w tradycyjnym stylu. Teściowa ma takie ekrany wbudowane jako drzwi szafy, w której trzyma m.in. swoje i gościnne futony. Jej pokój jako jedyny urządzony jest typowo po japońsku, tylko tam znajdują się tatami (link), jednak gdy goście liczniejsi, posłania bez ceregieli rozkłada się na podłodze w wolnych pokojach (o ile nie wystarczą 2 wolne sofy).

Kolorystyka papieru do ekranów jest zwykle bardzo stonowana. Podobnie jak kolorystyka tapet. I ostatnia na dziś ciekawostka: wszystkie znane mi domy i mieszkania w Japonii mają taką samą tapetę w łazience i toalecie oraz taką samą tapetę na ścianach innych pomieszczeń. Czasem wygląda to fajnie, czasem nie, ale zdaje się, że to taki standard w Japonii.



8 komentarzy:

  1. Cześć!

    Cieszę się, że mogę się do Ciebie odezwać [jakby co, skasuj mój komentarz i po krzyku^^].

    Najpierw na temat:
    Mimo że jest to wskazane i ze wszech miar słuszne, ja tam nie lubię, kiedy facet kierując samochodem niby to prowadzi ze mną rozmowę, powtarza "Uhm, uhm", ale kiedy chcę to zweryfikować, zawsze jest "Coś mówiłaś?"
    Już lepiej, żeby kazał mi się zamknąć, nie lubię mówić bez skutku.

    U mnie też blog nie determinowałby życia tak, jak u blogerki, wspomnianej przez Ciebie na początku :D

    Jak prawdopodobnie już zauważyłaś, pilnie śledzę Twoją [i Twojej współblogerki "dwakoty"] blogową korespondencję z Japonii. Z częstotliwości moich odwiedzin wynika zaś, że czytanie tego sprawia mi niejaką przyjemność :)

    No, to ja już kończę, głowy nie zawracam i spadam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cześć.

    No to ja najpierw powiadamiam, że na moim blogu różne jego elementy bywają pożerane. Uprzedzam w razie jakby padło na Twój komentarz. A jak mi będzie z kimś nie po drodze, to wolałabym obwieścić to wprost, a nie bawić się w kasowanie. Niemniej, moderacja jest, a to na wypadek trolli.

    Wskaźnik odwiedzin informuje mnie, że czasami mam tu nawet kilkuosobowe wycieczki, ale nigdy nie wiem, kto tym razem. Kojarzę Cię, a jakże :) Witaj. Twoja dzisiejsza wizyta też sprawia mi przyjemność. Niejaką, haha.

    Mój mąż daje mi się wygadać nawet w samochodzie, ponieważ dużo nie ma go w domu, więc nadrabiam zaległości. A skutek i tak ostatecznie jest, bo nie stanowi dla mnie problemu pogadać sobie jeszcze potem, choćbym miała się powtarzać ;)

    Na razie, Z.!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki że udało mi się tu przetrwać w postaci komentarza.
    Wcisnę mały dopisek^^

    ...oj no bo muszę wyjaśnić tę "niejaką". No bo gdybym powiedziała, że sprawia mi to dużą przyjemność [tak jak jest w istocie, bo tu ciągle przesiaduję] to... zabrzmiałabym banalnie :D

    Cieszę się, że piszesz.
    No i że mi odpisałaś i to jeszcze dziś :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiesz co, znam trochę Twojego bloga i „banał” to ostatnie, co skojarzyłabym z Tobą XD

    Teraz już dobranoc, gdyż u nas kilka godzin do przodu. Dziękuję za Twój czas. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. No, Ty akurat masz dużo do powiedzenia i cieszę się, że oblekasz to w słowa. ;) Trafiłam do Ciebie jakiś czas temu po linkach z innych blogów i już zostałam, podoba mi się Twój styl i to, co w ogóle w blogach najbardziej lubię: możliwość podglądnięcia cudzej codzienności. A że to codzienność w Japonii, która jest mi bliska, tym bardziej się cieszę (ale nie czytam po to, "żeby się dowiedzieć czegoś o Japonii", choć miło mi, że często rzeczywiście mogę ;).
    Pozdrawiam, Laura

    OdpowiedzUsuń
  6. Ależ skądże znowu, ja nawet nie mam bloga! :) Zresztą nie sądzę, żeby ktoś mógł odebrać Twój post jako atak na innych blogerów, to przecież raczej taka refleksja własna. ;)
    Ja przez rok mieszkałam i studiowałam w Japonii, teraz jestem w Polsce, ale ciągnie mnie z powrotem. Lubię Japonię za wiele rzeczy i za wiele nie lubię, mieszkało mi się czasem fantastycznie, chwilami okropnie, ale przede wszystkim ciekawie, bo inaczej niż w Polsce. Nie wiem, czy umiałabym zostać w Japonii na stałe, ale na kilka lat chciałabym jeszcze do Was pojechać. :)
    Aha, a jeszcze mi przyszło do głowy w związku z Twoim wpisem, tylko zapomniałam poprzednio napisać, że to chyba faktycznie jest trend japoński: wszystkie pomieszczenia w jednym kolorze, koniecznie między beżem a bielą, jakiś krem albo i jasna żółć... Tak było w moim akademiku (jasnożółte, plastikowe ściany, koszmar!) i kawalerce, którą wynajmowałam potem (kremowa tapeta), w większości domów Japończyków, w których byłam, też dominowały kremowe pastele. Oni chyba po prostu tak wykańczają wnętrza. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. A niekoniecznie, są i uczelnie, które dają możliwość nauki po angielsku. :) I jest też trochę programów dla cudzoziemców, w których najpierw są przygotowawcze zajęcia z japońskiego, a dopiero potem normalne zajęcia już z danej specjalizacji, z Japończykami...
    Ale masz rację, ja uczyłam się w Japonii po japońsku, a japońskiego przed wyjazdem w Polsce, na japonistyce poznańskiej (no i w Japonii też, oczywiście).
    Zdrowy stosunek do Japonii usiłuję sobie wyrobić od dawna. ;) Od początkowej bezkrytycznej fascynacji, przez szok spowodowany konfrontacją wyobrażeń z rzeczywistością i wywołaną nim niechęć, żeby w końcu lawirować między zachwytem a niesmakiem, w zależności od tego, które oblicza akurat Japonia mi pokaże... Po tym rocznym pobycie wreszcie przyszło coś w rodzaju akceptacji: Japonia jest, jaka jest, ze swoimi wadami, i może dobrze, że jest właśnie taka. Ale cały czas uczę się tego podejścia, i Japonii też się cały czas uczę. ;)
    No żółty akademik był okropny... Ale cały dom w jednym kolorze zdecydowanie ma swój urok, zwłaszcza kiedy się go dobrze wykorzysta przy urządzaniu wnętrza. Zazdroszczę Wam urządzania własnego domu! :)

    OdpowiedzUsuń
  8. No, ja sobie też :) Takie mam szczęście: dostałam cudownego męża w pakiecie z domem, w którym wprawdzie prędzej ode mnie zamieszkała Teściowa, jednak twardo obstająca przy tym, że niczego nie będzie narzucać ewentualnej synowej, dlatego powstrzymała się od urządzania wszystkiego po swojemu.

    Dziękuję Ci, Lauro, za to, że cierpliwie zniosłaś moje wypytywanie o Twoją osobę. Miło Cię tu widzieć. A jakbyś kiedyś pokusiła się o własnego bloga, to daj znać, dobrze? :)

    Pa.

    OdpowiedzUsuń