2011/12/03

I po wizycie


Pisane na raty, z doskoku. W końcu wciąż mamy w Japonii rok zająca ;) Czy tam królika, zawsze mi się myli.



Poprzeziębialiśmy się wszyscy i choć syrop z cebuli oraz kanapki z czosnkiem zaczęły działać, mimo wszystko udaliśmy się do lekarza, głównie z uwagi na T. My z Teściową możemy sobie chorować na zwolnionych obrotach, jednak w Jego przypadku nie ma zmiłuj i aż nam Go szkoda za każdym razem, gdy wychodzi do pracy w takim stanie. Choć w firmie nie ma większego problemu z wzięciem wolnego, zwykle bierze się tylko 1 dzień (do odpracowania) i raczej nie z takiego powodu.

Tym razem pojechaliśmy do jednego z naszych mniejszych szpitali z ogólną przychodnią. A w małych placówkach medycznych to jest tak, niestety, że tam trzeba przebierać obuwie. W przedsionku stoi szafka z gumowymi kapciami-klapkami, w które się wskakuje bez dyskusji. Potem się je odstawia w to samo miejsce. I tak - w ciągu jednego dnia te same kapcie są noszone przez nie wiadomo ilu ludzi, bleh. Nie cierpię tego japońskiego standardu, lecz gumowe laczki spotyka się w Japonii często, niestety. Do tej pory spotkałam się z obowiązkiem ich założenia między innymi także w centrum rekreacyjno-sportowym, w zakładzie fotograficznym i w gabinetach dentystycznych. Co prawda, dermatolog w Polsce uspokajał mnie, że grzybicę najczęściej łapie się w kontakcie z ziemią lub wodą, jednak gdy pora roku jest cieplejsza, wielu Japończyków wsuwa w te kapcie gołe stopy. Tyle dobrze, że na razie mamy zimę. 

Z drugiej strony, prawie nie widuję szatni czy chociażby wieszaków na płaszcze, kurtki. W tej naszej przychodni też nie ma. Wiecie, jak nas badają? :) Niczego się nie zdejmuje, trzeba tylko odsłonić część ciała, którą doktor ma osłuchać. Nie wiem, czy tak jest wszędzie, lecz spotkałam się z tym już kolejny raz. Ja chociaż zdążyłam zdjąć płaszcz, ale T. poproszono usiąść obok doktora i się nie przejmować, tylko siup, ubranie w górę hurtem.

Doktor przyjął nas niemal od razu, jednak potem trzeba było dość długo czekać. A to dlatego, że w japońskich przychodniach przepisane przez lekarzy medykamenty są często wydawane na miejscu i potrzeba czasu, aby je przygotować. Liczba tabletek do zażycia jest bowiem ściśle określona przez lekarza, więc w punkcie aptecznym pracownicy (farmaceuci chyba?) tną blistry z tabletkami i dokładnie przeliczają wszystko przed zapakowaniem. Do zestawu na już” dodawany jest „na wszelki wypadek” - my dostaliśmy kilka pigułek na wypadek alergii na leki podstawowe i kilka na wypadek pogłębienia się objawów. Hmm. Pewnie ma to sens, ale u nas takie dodatkowe medykamenty zawsze pozostają niewykorzystane. Nie ma jednak takiej opcji, żeby można z nich zrezygnować, gdyż lekarz przepisuje bez pytania, po czym dokumentacja wraz aktualnymi zaleceniami od niego idą tyłami do punktu aptecznego, a do rąk własnych otrzymuje się już całość.

W naszej poczekalni można za darmo mierzyć sobie ciśnienie, częstować się wodą mineralną lub ciepłymi napojami z automatu, przyglądać rybkom w akwariach lub oglądać tv na wielkim ekranie (zawsze trafiamy na południowo-koreańskie seriale, w których aktorzy wyglądają jak klienci tego samego chirurga plastyka). Co do mnie, wolę obserwować ludzi. 


Wśród pacjentów zauważalna jest liczba seniorów bardzo pochylonych, dosłownie zgiętych w pół. Przyczyną może być długoletnia praca na polu - nasze miasto jest otoczone polami ryżowymi i innymi. Teraz widzi się na nich sporo maszyn rolniczych, ale z pewnością nie zawsze tak było. I nawet współcześnie przez okrągły rok widać na tych polach pracujące w takiej właśnie pozycji grupy, czasem tylko pary starych już osób.





Inny typowy dla tego kraju widok to gołe pomimo zimy stópki maluszków, takich, co to jeszcze nie potrafią same chodzić. Dyndające odsłonięte nóżki zdumiewają mnie od początku pobytu w Japonii i nie znajduję dla niego racjonalnego wytłumaczenia. Wprawdzie na Honsiu zwykle jest cieplej niż 
o tej samej porze roku w Polsce czy na Hokkaido, no ale bez przesady, mamy tu i zimniejsze dni, temperatura spada do zera, jest bardzo wietrznie, pada śnieg. Wszystkie osoby, które znam, normalnie odczuwają ciepło i zimno, tymczasem te maleństwa naprawdę licznie i niezależnie od pogody wynoszone są z domów i samochodów bez rajstop czy skarpetek, często także bez czapki, rękawiczek, a nawet kurtki. Co ciekawe, rodzice są zwykle okutani solidnie. Pamiętam wypowiedzi polskich lekarzy, że w czasie hartowania organizmu bezwzględnie mają być chronione: głowa, dłonie, stopy - więc nie rozumiem. Poza tym dziwi mnie, że dzieci są tak przyprowadzane także do lekarza i że rodzice nie boją się, iż zostaną z tego powodu obsztorcowani. Inna sprawa, że w Japonii raczej nikt nikomu uwagi nie zwraca (co ma swoje plusy i minusy).

Po załatwieniu spraw w szpitalu pojechaliśmy do wypożyczalni po film zarekomendowany przez Kubę/kubalę. Lecz zanim obejrzeliśmy, T. zadzwonił do serwisu Sony, ponieważ m
ój niespełna 3-letni Vaio wziął i zdechł. Śmialiśmy się, że przecież jeszcze przed zaręczynami wysłaliśmy do siebie nawzajem łącznie niemal 2.000 maili, a i potem nie miał lekko, co widocznie przyśpieszyło jego kres. Wczoraj monitor zaczął się wygłupiać na potęgę, chcieliśmy więc skonsultować, co opłaci się bardziej, naprawa czy nowy zakup.

Pan serwisant właśnie zabrał się i pożegnał. Okazało się bowiem, że wcale nie musimy jechać w miasto - to Sony wydelegowało pracownika po odbiór laptopa. Fiu fiu. Wcześniej telefonicznie ustalono, co i jak. Trochę się zdziwili, bo komputer kupiłam w Polsce, a ta podlega serwisowaniu w Belgii, i chyba trochę się zlękli i chcieli najpierw naradzić, ponieważ powiedzieli, że oddzwonią po niedzieli. Lecz telefon był już wieczorem, a dziś rano odbiór. Pan Sonik osobiście owinął wszystko w folię bąbelkową, zapakował do przywiezionego ze sobą kartonowego pudełka, wydał pokwitowanie przyjęcia i poprosił o cierpliwość. Lecz na ile poznałam japońskich professional workers, to staną na głowie, a nie dopuszczą do naszego zniecierpliwienia. 



Update:

Po 6 dniach laptop dostarczono kurierem, doskonale zabezpieczony. W pudełku informacja o wymienionym na nowy monitorze, naprawionym wentylatorze oraz dosztukowanych 2 maleńkich gumowych ochronkach (nawet nie widziałam, że odpadły). Załączona faktura opiewa na kwotę... 0 jenów. Dodatkowo napisano list z przeprosinami, że Vaio sprawił kłopot.

Podsumowując: Zajechałam komputer, nie miałam do niego żadnej polskiej dokumentacji, odebrano go, a następnie oddano za free, naprawiony i wycacany. Welcome to Japan :)





3 komentarze:

  1. Klapki "po kimś" to jeden z gaijińskich testów. Na mojej skali obrzydlistwa plasuje się gdzieś pomiędzy załatwianiem potrzeb fizjologicznych "na narciarza" a wejściem po kimś obcym do wanny :)

    Z drugiej strony - za to właśnie uwielbiam Japonię. Pozwala zmierzyć się z naszymi słabościami i europejskimi dziwactwami. Nic nie otrzeźwia naszych zatęchłych europejskich głów jak pobyt w Japonii ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Chętnie poznam jakie to teorie na mój temat mieliście, oj chętnie. :)

    I czego szkoda? Bo tego nie zakumałem?

    Nosi mnie po świecie, bo to ostatni moment kiedy mogę sobie na taką beztroskę pozwolić. Poza tym gdy ci proponują półroczną wycieczkę do Japonii i jeszcze ci za to chcą zapłacić to się raczej nie odmawia.

    Byłem w wielu miejscach na świecie ale jak to mówią "wszędzie dobrze ale w domu najlepiej". Za każdym razem gdy ląduję z powrotem w Polsce cieszę się jak małe dziecko na Boże Narodzenie. Tego się po prostu nie da opisać - Polska to Polska. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmmmm... Polska to Polska? Bylam dwa lata temu po prawie 20-letniej przerwie, i tak jakos dziwnie mi bylo. Fajny kraj do zwiedzania, itp, ale nie chcialabym tam mieszkac. Wiem ze brzmi to strasznie, ale jakos tak nie ciagnie mnie tam w ogole. Oburza to wielce wielu rodakow, ale w taka jest prawda w moim przypadku. Mnie akurat w JP jest dobrze i nie mam na co narzekac. W Europie (jak mieszkalismy w Szwecji) oboje meczylismy sie strasznie. W Hameryce bylo fajnie, ale nie planujemy tam wrocic. Nie wiem, moze to kwestia indywidualnego przyzwyczajenia?

    OdpowiedzUsuń