2012/03/11

2011/03/11


Rok temu wczesnym popołudniem na zaproszenie jednej z sąsiadek wybrałam się z nią do sąsiedniego miasta, gdzie chciała mi pokazać lodziarnię Baskins Robbins. Wypady to ja lubię tylko z Mężem, no ale z sąsiadami trzeba dobrze żyć, ile można odmawiać? ;) Pojechałyśmy więc. Miejsce rzeczywiście warte poznania, lecz o nim innym razem. Gdy zaczęło trząść, z początku zareagowałam tak, jak zwykle - wstrząsy tektoniczne odczuwamy w Japonii nieraz i codziennie, więc przez 2 miesiące z kawałkiem zdążyłam się już przyzwyczaić i zobojętnieć, automatycznie zapewniłam więc, że daijōbu desu, a dla pewności także I'm alright. Tymczasem siła wstrząsów zaskakująco rosła, do tego stopnia, że trudno było iść na prostych nogach. Pani obsługująca w lodziarni zdecydowanie jednak skierowała wszystkich do wyjścia i nakazała przykucnąć na zewnątrz. Ona sama przycupnęła właśnie przy nas, może z uwagi na mnie, może nie, w każdym razie jej stanowczość i bliska obecność podziałały na mnie kojąco i im dłużej trzęsło, tym bardziej byłam jej wdzięczna.

Obsługa i klienci wyszli ze wszystkich miejsc w tym zlokalizowanym na linii koła centrum handlowym. Za bardzo chyba wszyscy byliśmy zdumieni skalą zjawiska, aby zacząć poważnie się bać. Widziałam tylko jedną kobietę, którą prowadzono pod ramię, autentycznie przerażoną. Ku uspokojeniu - i, jak myślę, samodyscyplinie - bez przerwy nadawano komunikat przez głośniki znajdujące się na parkingu pomiędzy budynkami centrum.

Gdy tylko się uspokoiło, natychmiast ruszyłyśmy w drogę powrotną. Było blisko, raptem 15-20 minut, jednak w międzyczasie trzeba było stanąć jak inne samochody, gdyż nastąpił silny i długi wstrząs wtórny.

Dojeżdżając, zauważyłyśmy Teściową, która dość daleko od domu z niepokojem wyglądała nas, stojąc przy jezdni. T. był nieobecny i nie było mowy o tym, aby w takiej chwili porzucił swoje miejsce pracy. Jednak została z nami Chikage i muszę przyznać, że mimo iż jestem osobą skrajnie nietowarzyską, w tamtych okolicznościach po raz pierwszy w życiu wolałam nie zostać sama.

Jak wszyscy w sąsiedztwie, sporo czasu spędziłyśmy na dworze - na wszelki wypadek. Pomiędzy kolejnymi wstrząsami szybko sprawdziłyśmy, w jakim stanie są pomieszczenia w naszych  domach. U Chiko san zapowiadało się solidne sprzątanie, lecz u nas pospadało tylko kilka kosmetyków w łazience i płyt w pokoju (niemniej, po tamtym dniu jeszcze bardziej przemeblowaliśmy dom i obecnie mamy prawie wyłącznie niskie meble).

Z uwagi na szkody zaistniałe wskutek trzęsienia ziemi w firmie, T. wrócił spóźniony, już po ciemku. Wieczór i kawałek nocy spędziliśmy wszyscy przy świeczkach, umyliśmy się po harcersku, spaliśmy w ubraniach. Tych kilkanaście godzin - tylko kilkanaście - spędzonych w chłodzie, bez światła i mediów, bardzo mnie przytłoczyło. Takie warunki przytrafiły mi się wcale nie pierwszy raz w życiu, lecz po raz pierwszy w takich okolicznościach.

O tym, jak tragiczne w skutkach były dla Japonii piątkowe wstrząsy, dowiedzieliśmy się dopiero nazajutrz, gdy przywrócono prąd i włączyliśmy telewizor. Trudno opisać to niedowierzanie, przestrach i głębokie współczucie dla ludzi, którzy znajdowali się w bezpośrednim zasięgu tsunami, a nie tak, jak my, w bezpiecznej odległości od oceanu...

Gdy dzień po dniu mnożyły się informacje o problemach w elektrowni jądrowej w Fukushimie, zdumiało mnie, jak bardzo ludzie wokół zdawali się nimi nie przejmować. Rzadko kto wychodził z domu w masce na twarzy. Japończycy spędzali wolny czas na dworze, na przykład tocząc długie pogawędki na parkingach, odpoczywając na tarasach w centrach handlowych, brodząc wraz z dziećmi w parkowych fontannach. Ja zareagowałam zupełnie inaczej. Przez 2 tygodnie nie godziłam się na podnoszenie rolet w oknach, pranie rozwieszałam w wolnym pokoju, wpadałam w tajony stan nerwowy na widok Teściowej gawędzącej z sąsiadami przy otwartych drzwiach. Po tych 2 tygodniach organizm miał już jednak dość. I trzeba było wreszcie wyjść z domu, aby wyposażyć ”earthquake bag”, jak go nazywam, czyli po prostu plecak z rzeczami niezbędnymi na wypadek konieczności szybkiego opuszczenia domu z chwilą kolejnego trzęsienia ziemi o niebezpiecznej sile. Wbrew temu, co czyta się w Internecie, wcale nie wszyscy Japończycy mają takie plecaki na podorędziu, a i ja wcześniej nie pomyślałam, że trzeba by mieć. Gdy w końcu wybraliśmy się na zakupy z listą w ręku, z samochodu do sklepów przemieszczałam się lotem błyskawicy, pośpieszając T., który zachowywał stoicki spokój jak wszyscy dookoła.

Wracając do pierwszych dni po 11 marca.

Wstrząsy wtórne występowały dłużej niż 24 h. Raz były naprawdę słabe (jakby tuż obok przejeżdżał ciężki tir), raz mocniejsze i wtedy rzeczywiście chwiało nie na żarty. Jednak trwały już krótko, zwykle nie dłużej niż 10 s.

W naszej okolicy nie zaobserwowałam jakichś drastycznych zniszczeń. Widziałam, że z niektórych starych domów posypały się dachówki. W wielu miejscach popękała jezdnia. Trzeba było uprzątnąć złamane drzewa. Lecz to już chyba wszystko. Na wszelki wypadek miasto non-stop patrolowane jednak było przez wozy strażackie, które poza tamtym okresem objeżdżały / objeżdżają je tylko raz dziennie. Poza tym po ulicach krążyły samochody pracowników ratusza miejskiego, którzy przez megafony uspokajali, że wszystko jest pod kontrolą. Od czasu do czasu w ciągu dnia słychać było także patrolujący okolicę helikopter.

Nie było u nas większych ograniczeń w dostawach prądu. O ile w sklepach faktycznie przez jakiś czas było pustawo (ale bez przesady), a do stacji benzynowych ustawiały się długie sznury aut (z czego wyłamał się T. - stwierdził, że do pracy może chodzić te pół godziny piechotą, więc uszanuje tymczasową prośbę rządu o niekupowanie benzyny na zapas), prądu brakowało tylko przez 24 h. Mogłam więc być w stałym kontakcie z najbliższymi mi osobami w Polsce, których reakcje na wiadomości telewizyjne były dla mnie prawdziwym wsparciem. W mailach powtarzało się pytanie o mój powrót do Polski. Była taka opcja, lecz Mężowi odpowiadałam stanowczym nie.

Przy okazji logowania się do poczty, czytałam komentarze do sytuacji w Japonii na stronach polskich serwisów informacyjnych. Generalnie: aż szkoda słów... Krótko: doktor House ma rację, humanity is overrated.


Spośród wielu zdjęć zamieszczonych w Internecie, te 2 powyżej do dziś robią na mnie największe wrażenie. Nie pamiętam opisów, i dobrze. Widzę je po swojemu: na pierwszym ogromną siłę wewnętrzną mimo równie ogromnego cierpienia, na drugim prośbę o życie. Ci starsi państwo, wyraz Ich twarzy wzbudzają we mnie głębokie emocje. Zdjęcia same w sobie uznałam za tak reprezentatywne, że przechowuję je do dziś. Gdy je oglądam, a nawet na samo ich wspomnienie, czuję wielkie współczucie.

Ale także ogromną złość.

Moje emocje w związku z własną sytuacją z czasem wytonowały. Jedyne, co mnie dołuje, to świadomość tego, że to nie jest dobry czas na myślenie o dzieciach. Poza tym jednak, jak mówi jedna z osób z kręgu mojej najbliższej rodziny, w końcu na coś trzeba umrzeć, no nie? Nie będąc matką i podobnie, jak mój Mąż, nie będąc jakoś nadmiernie przywiązaną do życia, jest mi łatwiej. Nie robi mi większej różnicy fakt, jak bardzo niekompetentni okazali się ludzie, od których decyzji zależy los nas wszystkich żyjących w Japonii. Robi mi jednak różnicę to, że wszystkim tutaj wmawia się nieprawdę. Oraz nie potrafię i nie chcę przejść do porządku dziennego nad faktem, jak bardzo niegodziwi okazali się oni zwłaszcza wobec ocalałych ofiar ubiegłorocznego tsunami, całkowicie od nich zależnych:

Część pozbawionych przez tsunami miejsca zamieszkania Japończyków w czasie relokacji została celowo skierowana w tereny najbardziej radioaktywne przez władze, mające w tym swój szatański plan wmówienia ludziom, że skala i zasięg katastrofy nuklearnej są o wiele mniejsze (link).

Inni szybko powrócili z tymczasowej wyprowadzki do swoich gospodarstw, ufni w zapewnienia władz, że już wszystko jest w porządku, gdy tymczasem niezależni specjaliści do dziś alarmują, że tak nie jest. Ludzie jednak wracają, gdyż bierze w nich górę wpajana przez pokolenia karność i zaufanie do oficjeli.

Odważni włodarze niektórych miast poczuli się zmuszeni do przeciwstawienia się polityce rządu i do działania na własną rękę. Na przykład burmistrz Minamisomy w prefekturze Fukushima, który wobec braku pomocy ze strony władz centralnych za pośrednictwem YouTube informował o faktycznej sytuacji i prosił o pomoc dla pozostawionych samym sobie mieszkańców, którzy nie byli w stanie samodzielnie się ewakuować i którym zaczynało brakować nawet jedzenia (link). Czy były radny tego samego miasta, który ewakuował swoją rodzinę, lecz sam pozostał, aby uświadamiać ludzi, że rząd nie dokonuje pomiarów strontu i naraża ich, wmawiając bezpieczeństwo, oraz apelował do zdezorientowanych młodych Japończyków, aby nie godzili się na bycie królikami doświadczalnymi i postarali wyprowadzić się jak najszybciej (link).

Z drugiej strony, równie odważne osoby publiczne dały wyraz swojemu oburzeniu i niezgody na decyzje odgórne, odmawiając ukrywania prawdy o niebezpieczeństwie i zwalniając się z pracy. Jak na przykład nauczyciel z 25-letnim stażem, któremu sumienie nie pozwoliło stosować się do zaleceń i nie reagować, gdy bawiący się na dworze uczniowie narażeni byli na kontakt z radiacją na poziomie, z jakim styka się pracownik elektrowni atomowej (link). Czy doradca nuklearny premiera Japonii, który nie chciał brać udziału w łganiu na temat faktycznego stanu skażenia radioaktywnego, ukierunkowanym na zminimalizowanie kosztów jego usuwania (link).

Po decydentach generalnie jednak nie widać, aby przejmowali się opinią społeczną. Nie robi na nich większego wrażenia nawet fakt, że uznane autorytety grzmią w gniewie i apelują o opamiętanie się w nieszczerości i bezczynności. Jak choćby szef Centrum Izotopowego przy Uniwersytecie Tokijskim, który ponad 4 miesiące po wypadku w Fukushimie zwrócił się do nich słowami: „Elektrownia atomowa Fukushima I wyemitowała do tej pory ekwiwalent dziesiątków bomb nuklearnych. Co wy wyprawiacie?!” (link).


Tatsuhiko Kodama san.
W Japonii publiczne okazywanie prawdziwych emocji jest niewskazane, tym bardziej więc wymowny jest Jego łamiący się głos w 3, 6 i 2-ch ostatnich minutach wystąpienia.


Dane na temat faktycznie występującej radioaktywności w całej Japonii są najczęściej podawane na podstawie pomiarów dokonywanych sporo nad ziemią, dając złudzenie bezpieczeństwa, gdy tymczasem w wielu miejscach pomiary dokonywane tuż przy gruncie są diametralnie różne. Podobnie jak na terenach niżej położonych (przykład z Tokio: link).

Dzieci z terenów bardzo skażonych, np. w Hirano (link) czy w Fukushimie (link), niemal bez przerwy wyprowadzane są podczas przerw szkolnych i przedszkolnych na place zabaw, o których władze wypowiedziały się oficjalnie, że są jak najbardziej bezpieczne, gdy tymczasem liczniki Geigera wariują w tamtych miejscach. Oburzeni rodzice są jednak zbywani przez władze. Rodzicom z Fukushimy, którzy alarmowali, że wykrywają skażoną ziemię i mocz swoich dzieci, odmówiono prawa do ich zorganizowanej ewakuacji. Podczas jednego ze spotkań po raz kolejny nie przyjęto od nich skażonego materiału do testów rządowych, powtarzano, iż miasto jest bezpieczne, a jednocześnie powiedziano niemal wprost, że na tamtym terenie nie przysługuje prawo do uniknięcia kontaktu z radiacją (link wraz z przykładem szczególnego nieposłuszeństwa bezsilnych Japończyków wobec tumiwisizmu decydentów reprezentowanych przez przedstawiciela Komisji Bezpieczeństwa Nuklearnego Japonii).

Update:

Powyższy link nie przekierowuje już do materiału wideo, tu inny do tego samego nagrania: link. Z przyczyn, których domyślić się nie jest trudno, wiele materiałów źródłowych znika z sieci - internauci informują, że blokowane są ich konta, zmieniane adresy url itd.




Tyle się pisze od początku o pełnym zaufaniu społeczeństwa japońskiego do władz, o jego wewnętrznym spokoju itd., itp. Ale już nie tak często wspomina się o tym, jak bardzo to zaufanie zostało podkopane, i o tym, że pozorny spokój dużej części Japończyków to po prostu objaw totalnej frustracji. Ci, których znam, nie lubią o tym rozmawiać i ich wypowiedzi zwykle są bardzo zwięzłe, aczkolwiek treściwe:

Nie wszyscy mogą tak po prostu wynieść się w rejony mniej ryzykowne, jak najdalej od Fukushimy, czy nawet przeprowadzić za granicę. Nie wszyscy chcą. I dokąd niby mieliby iść?... Wcale nie są spokojni, ale się nie szarpią, wychodząc z założenia, że tu jest ich ojczyzna i nie ma większego sensu decydować się na poniewierkę. Ci, którym tsunami nie odebrało dorobku całego życia i nadal mają także swoje miejsca utrzymania w postaci bardzo powszechnych w naszej okolicy pól uprawnych, pracują na nich jak przedtem. Myślicie, że jak reagowali na obrazki w mediach, gdy przedstawiciele rządu publicznie zajadali się zebranymi z pól warzywami, chcąc przekonać, że wszystko z nimi w porządku? Niektórym wydaje się, że ludzie nie ubierający się w garnitury i garsonki są głupsi i myślą mniej logicznie. Część na pewno tak, jak w każdej grupie społecznej, ale pozostali bez jakiejkolwiek przerwy w kalendarzu uprawiają, kupują i jedzą wszystko jak leci, lecz nie dlatego, że uwierzyli w propagandowe bzdury, tylko dlatego, że nie sposób przestawić się całkowicie na zagraniczną żywność, a jeść trzeba i trzeba z czegoś żyć.

Myślicie, że jak się czują, wiedząc, iż rząd japoński uległ presji rządu USA, zaniepokojonego spadkiem wartości akcji TEPCO będących w posiadaniu amerykańskich funduszy inwestycyjnych, i bez odpowiednich konsultacji w pośpiechu wypuścił hektolitry radioaktywnej wody z elektrowni do oceanu (link), zdając się nie dbać o fakt, iż jego fauna i flora ma przecież istotne znaczenie dla Japończyków, zapewniając pracę i pożywienie?

Myślicie, że są uspokojeni powtarzanymi kłamstwami, iż tylko w terenie najbliższym elektrowni występuje podwyższony poziom radioaktywności, zaś w pozostałej części Japonii, a nawet w samym mieście Fukushima, w sumie nie ma czego się bać? Do części z Japończyków może i te słowa przemawiają, ale inni - i to nie tylko ci, którzy działają w Obywatelskiej Stacji Pomiarów Radioaktywności - wiedzą, jak jest naprawdę oraz że stały kontakt z małymi dawkami promieniowania jest bardziej szkodliwy od krótkotrwałego, jednorazowego promieniowania o podwyższonej dawce.

Myślicie, że jakie znaczenie ma dla nich fakt, iż na oficjalne konferencje prasowe związane z sytuacją kryzysową i organizowane po 2 razy dziennie niezależni oraz zagraniczni dziennikarze wpuszczani są jedynie raz na tydzień (link)? Iż prawdy dotyczącej faktycznego poziomu bezpieczeństwa (czy raczej niebezpieczeństwa) można dowiedzieć się głównie tylko od freelancerów, którzy przeciwstawiając się trywializowaniu problemu przez rząd centralny, w imię prawdy narażają nawet własne życie - jak dziennikarz, który dał się zatrudnić jako jeden z wielu niewykwalifikowanych (w elektrowni jądrowej!) robotników w miejscu katastrofy, demaskując następnie obłudę zarządcy elektrowni twierdzącego, że wszystko jest pod kontrolą (link).

Myślicie, że jakie budzą się w nich emocje, gdy w kółko powtarza się im, że mogą być spokojni, a jednocześnie dowiadują się, iż powstał dokument z wytycznymi na wypadek najczarniejszego scenariusza, który jednak z uwagi na treść budzącą grozę i w obawie przed paniką nie zostanie upubliczniony ze szczegółami (link)? I nie chodzi tu tylko o plan ewakuacji części Tokio w razie, gdy (gdyby) nadejdzie na to pora, a o sytuację, jeśli całe wschodnie wybrzeże dosięgnie klęska takiego stopnia, że ludność ma otrzymać komunikat: ewakuujcie się na własną rękę. A że nie nadejdzie, wcale nie jest takie oczywiste, ponieważ czynniki ryzyka nadal są ogromne, na co wskazuje chociażby oficjalne oświadczenie sprzed miesiąca (link). (My w domu, świadomi tego ryzyka i traktujący poważnie takie informacje, mimo że oficjalnie przekazywane są zwykle tylko w półsłówkach, uzgodniliśmy jednomyślnie, że wtedy ucieczka nie będzie już miała żadnego sensu, więc nigdzie nie będziemy się ewakuować.)

Nie wszyscy w Japonii przytakują przeprowadzanym także tutaj protestom przeciwko elektrowniom atomowym. Niektórzy mówią wprost: innych poważnych źródeł energii nie mamy, więc w sumie nie ma wyjścia. Inni w ogóle nie chcą roztrząsać tej kwestii, zostawiając temat specjalistom. Wielu zwyczajnych obywateli tego kraju popada jednak w coraz większe zdumienie i przygnębienie w związku z tym, jak bardzo nieprofesjonalnie osoby odpowiedzialne za to zabrały się za opanowywanie sytuacji, oraz tym, jak bardzo okłamuje się ich, często łżąc prosto w oczy. Reakcje są różne. Wielu aktywnie przeciwstawia się polityce kłamstwa. Wielu stara się o tym po prostu nie myśleć, nie rozmawiać. Są i tacy, którzy żyją w totalnej ignorancji - ale nie o nich jest ten post.




______________________________




Niniejszy post celowo ma wydźwięk jaki ma i zostaje zamieszczony wbrew coraz bardziej powszechnej tendencji do wmawiania radiofobii tym, którzy „mają czelność” samodzielnie myśleć i odnosić się poza oficjalne źródła informacji.



 

 

 



10 komentarzy:

  1. Witam,
    Dziękuję za tego posta. Wszelkie informacje o rzeczywistej sytuacji w Japonii są dla mnie niezwykle cenne.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, Elen. Strona statystyczna pokazuje mi, że ten post jest czytany od wczoraj wiele razy. Jednak tylko Ty pozostawiłaś tu swój ślad. Dziękuję, że tu byłaś i że nie potraktowałaś treści posta z obojętnością. Pozdrawiam Cię szczególnie serdecznie.

      Usuń
  2. N., na mnie cała treść posta też zrobiła ogromne wrażenie. Pewnie podniosłam te statystyki, ponieważ powracałam do niego kilkukrotnie, ale nie udało mi się skomentować, choć miałam najszczerszy zamiar, co niniejszym czynię. Przerażająca jest siła natury i skala zniszczeń. Pamiętam, gdy rok temu zadzwonił do mnie ktoś z tutejszej rodziny, kto wie, że nie oglądam TV i powiedział: "włącz tv, Japonia płynie". Płakałam. Dzisiaj oglądając te materiały - ponownie. Na widok wybranych przez Ciebie fotografii ogarnął mnie smutek przepotężny, wzruszenie ogromne. I złość, złość wielka na władze, decydentów, polityków, którą mam w sobie zawsze i dlatego tak bardzo unikam polityki. Brzydzę się hipokryzją, kłamstwem i tym, że można tak bardzo nie szanować ludzkiego życia. Od ekranu komputera, odwróciłam na chwilę głowę w kierunku TV, bo płynęła zeń jakaś wzruszająca melodia, która przykuła moją uwagę - to relacja z Syrii. I znowu ten smutek i złość na możnych tego świata... Przerażające to wszystko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamo Ammara, tak – siła natury jest przerażająca, niestety natura człowieka także… Generalizujac, społeczeństwo japońskie nie ma buntowniczego usposobienia, a ma w sobie wiele wyrozumiałości. Większość nie oczekuje cudów, rozumiejąc, że np. zorganizowanie ewakuacji na wystarczającą skalę przekracza realne możliwości. Jednak oczekuje przestrzegania podstawowych praw człowieka: informowania o realnym niebezpieczeństwie, terminowego podawania prognoz, umożliwienia dokonania samodzielnego wyboru w oparciu o prawdziwe dane: zostać na terenie skażonym czy się wyprowadzić, pomocy w ochronie dzieci, które są najbardziej narażone na skutki tego, co się zadziało i wciąż dzieje ze strony elektrowni w Fukushimie. Tymczasem to, czego doświadczają, sprawia, że wiara w odpowiedzialność i szlachetne intencje elit rządzących upada z każdym dniem. Bezwzględność jest wręcz niewyobrażalna: Młodzi lekarze są podstępnie wprowadzani w błąd, byle tylko w jak największej liczbie ściągnąć ich na tereny, gdzie tylko kwestią czasu jest, że problemy zdrowotne mieszkańców będą się mnożyć. Prości robotnicy wynajmowani przez TEPCO do czarnej roboty w elektrowni, nierzadko są następnie zwyczajnie porzucani na zasadzie „murzyn zrobił swoje…”. Itd., itp. Ze świadomością takich faktów ludziom coraz ciężej tu żyć. Cała nadzieja w bliźnich, którzy zachowują cechy humanitarności. Jak mnich buddyjski Koyu Abe, który bezinteresownie przyjmuje od mieszkańców swojej okolicy usuwaną przez nich bardzo skażoną prywatną glebę, z którą nie mają co zrobić i w sprawie której nie mogą liczyć na pomoc władz, organizuje grupy wolontariuszy, którzy usuwają taką ziemię i oczyszczają miejsca po niej, sadzi słoneczniki, które pochłaniają promieniowanie z gleby.
      Chcę wierzyć, że i w sąsiadującej z Twoją Jordanią Syrii są tacy ludzie, dzięki którym duch w tamtym narodzie nie upada do końca.
      Pozdrawiam Cię, Mamo Ammara. I - dziękuję.

      Usuń
    2. Anonymous13/3/12

      Witam,
      Czytam blog, jednak po raz pierwszy się odzywam. Post i zdjęcia wywołały u mnie ogromne wzruszenie. Obojętność państwa jest straszna;( To straszne, że na świecie wciąż najważniejsze są pieniądze, a cierpienie ludzi, ich bezpieczeństwo i przede wszystkim przyszłość są już chyba na ostatnim:(

      Serdecznie pozdrawiam.
      Gosia.

      Usuń
    3. Witaj, Gosiu.
      Pozdrawiam Cię równie serdecznie i dziękuję za komentarz.

      Oddając sprawiedliwość, trzeba przyznać, że to nie jest tak, iż tutejszy rząd nie robi dla ludzi zupełnie nic. Już na samym początku Ministerstwo Obrony skierowało japońskich żołnierzy do akcji ratowniczych i porządkowych. Dużo ocalałych ofiar tsunami mieszka już w postawionych dla nich osiedlach kontenerowych. To tylko 2 przykłady, jest ich oczywiście więcej. Japończycy doceniają. Jednak taka pomoc ma znaczenie krótkoterminowe („krótko-” jako pojęcie względne), gdy tymczasem państwo zdaje się nie dbać o wartości nadrzędne - ich bezpieczeństwo, a w perspektywie zdrowie i życie, które okazują się być mniej ważne niż interesy polityczne i indeksy giełdowe. Nie oszukujmy się, tak jest chyba na całym świecie. Jednak w okolicznościach, jakie nastąpiły w Japonii, razi wyjątkowo. Ludzie zwracają uwagę, że po katastrofie w Czarnobylu - która wbrew kłamliwym opiniom już teraz okazuje się być mniej dramatyczną w skutkach niż katastrofa nuklearna w Fukushimie - tamtejsze władze centralne ustosunkowały się do sytuacji obywateli narażonych na działanie groźnego promieniowania w sposób dużo, dużo bardziej humanitarny i efektywny, choćby poprzez podanie tabletek jodku potasu. Tymczasem na stronie Ambasady RP w Tokio do tej chwili widnieje ogłoszenie, że dysponuje ona tym prewencyjnym środkiem przeciw napromieniowaniu, ale jego dystrybucja będzie możliwa wyłącznie po ogłoszeniu przez władze miejscowe stanu zagrożenia promieniotwórczego. Pomijając wąski pas strefy ewakuacyjnej wokół elektrowni (tylko 20 km), władze takiego stanu nie ogłosiły do dziś.

      Usuń
    4. N. nie mogłam nie zareagować przy takim wpisie, ponieważ mówisz jak jest. Dziękuję Ci za to raz jeszcze.
      Mnie też przeraża fakt, iż nikt nie mówi tym przesiedlonym ludziom, że nie ma szans, by wrócili do swych domów. Przecież wokoło Czarnobylu w dalszym ciągu nic się nie dzieje. A jak oglądałam programy wyemitowane w rocznicę trzęsienia, to wszyscy wypowiadający się zdawali się mieć nadzieję, że wrócą tam za parę lat...
      Może to mój błędny wniosek i tylko nadzieja przez nich przemawiała, ale wyglądało, to na niedoinformowanie.
      Pozdrawiam ciepło

      Usuń
    5. Ogromnie mi przykro, Elen, ale masz rację. Japoński rząd przyjął stanowisko, że nikt spoza okolic zlokalizowanych w pobliżu elektrowni Fukushima Dai-ichi nie powinien odczuć zdrowotnych konsekwencji kontaktu z radiacją (wy)emitowaną od marca 2011. Jest to powtarzane bezustannie także przez wspomaganych finansowo przez TEPCO pracowników wielu instytutów naukowych oraz redaktorów sponsorowanych przez TEPCO serwisów informacyjnych o dużym zasięgu - jak: Mezamashi TV, News 23, Hodo Station. A wiadomo, że kłamstwo wielokrotnie powtarzane zaczyna być postrzegane jako prawda. Są na to podatni szczególnie ci Japończycy, którzy są już fizycznie i psychicznie zmęczeni drastyczną zmianą warunków bytowych, dla których ta „prawda” jest jak przysłowiowa brzytwa dla tonącego. Tymczasem już w 2 m-ce po katastrofie inżynier nuklearny prof. Akira Tokuhiro informował, że realne skażenie utrzyma się przez co najmniej 10, 20 lat (http://www.huffingtonpost.com/vivian-norris-de-montaigu/ interview-with-akira-toku_b_863297.html). Niestety, media niezależne nie mają takiej siły przebicia jak oficjalne, ponadto linki do materiałów o tak ważnej treści często przestają być aktywne, co dodatkowo utrudnia dostęp do nich. Władze nakłaniają właścicieli serwisów internetowych, aby usuwali z sieci „fałszywe wiadomości” dotyczące Fukushimy, które w ich ocenie szkodzą porządkowi publicznemu i moralności...

      Pozdrawiam wzajemnie.

      Usuń
  3. Poruszający post, ogromnie smutno się go czyta.
    Myślę że wielu z nas nie było świadomych sytuacji panującej po 11 marca 2011 w Japonii.
    Dziękuję za ogrom wiadomości zebranych w jednym miejscu.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogromnie smutno się go także pisało...
      Dziękuję za czas poświęcony na jego przeczytanie oraz za Twój wpis - ma to dla mnie duże znaczenie.
      I ja Cię pozdrawiam, Iwonko.

      Usuń