2012/03/23

Shibuya - nie moje małpy, nie mój cyrk


W ciągu minionych kilkudziesięciu godzin mój nastrój zmieniał się jak w kalejdoskopie. Ostatecznie wyklarował się do stanu jak wyżej. No i luz.

Wybraliśmy się na 2 dni do Tokio. Taki pomysł na gorąco, T. stwierdził, że dobrze by było gdzieś się ruszyć i wyłamać choć na trochę z kołowrotka codziennych zajęć. O tym, dokąd konkretnie, zdecydował przypadek, a właściwie moje wspomnienie filmiku na YT, przedstawiającego kolorowy tłum na słynnym przejściu dla pieszych. Pierwszy raz, gdy chciałam zobaczyć coś reklamowanego, choć zwykle stronię od takich okazji. Zrobiliśmy rezerwację w hotelu sieci Tokyu Hotels i pojechaliśmy.

Z „naszej” Tokyo Station do Shibuya Station jest całkiem blisko. Stacja taka sobie, nic szczególnego. Za to zaraz po wyjściu przyjemnie było zobaczyć, że tu Japończycy w dużo mniejszym stopniu stapiają się w jednolity tłum. Z zainteresowaniem wyłapywałam oryginalne ubrania i fryzury, niektóre trochę zwariowane, ale wszystkie w dobrym guście, nie przekraczające granic dobrego smaku.

Lecz im dalej w las, tym więcej grzybów. Moje tolerancyjne nastawienie przechodziło coraz poważniejszy kryzys, aż w końcu poległo, gdy z tłumu wyłonił się (pierwszy) pan Japończyk ogromnej postury, przebrany za kobietę. Dopracowane w każdym szczególe makijaż, manicure, fryzura, obuwie, ubranie i dodatki mogły naprawdę budzić podziw, gdyby nie to, że całość składała się na wizualizację kobiety lekkiego prowadzenia się (że tak to oględnie ujmę). Mężczyzna miał nieodgadniony wyraz twarzy, bynajmniej nie radosny. Japończycy o zaburzonej tożsamości płciowej są popularnymi postaciami w japońskiej telewizji. Goszczą nie tylko w programach rozrywkowych, gdzie pajacują, ale także w programach opiniotwórczych, w których wypowiadają się na nawet najpoważniejsze tematy - albo udają, że mają coś do powiedzenia. A tu taka niespodzianka live. (Update: przykład link. Elegancki wizerunek może zmylić, osoba ta znana jest także z udziału w projektach głupich i sprośnych.

Drugi widok, który poruszył mnie szczególnie, to kilkuletnia Japoneczka siedząca wraz z rodzicami na ulicy. Nigdzie w zasięgu wzroku nie widziałam żadnych ławek, ludzie przesiadywali sobie w każdym dostępnym miejscu, np. na stopniach licznych domów towarowych - i to akurat nie było dziwne. Jednak ta biedulka z niewyraźną minką i spuszczonymi oczkami uraczona została przez rodziców blond peruką z długimi lokami. Rodzice w średnim wieku, nie żadne tam podfruwajki, a jednak. Na domiar nie mieli nic przeciwko, gdy inny, przypadkowy Japończyk robił małej zdjęcia. Matka zajęła się klikaniem na komórce, a ojciec z rogalem na twarzy gawędził sobie z fotografującym. 

Coraz bardziej zmęczona kolejnymi tego typu niespodziankami, przeniosłam swoją uwagę na obiekty nieożywione.

Wokół domy towarowe z topowymi markami. Na pytania T., czy wchodzimy, co i rusz odpowiadałam, że nie jestem zainteresowana, a On za każdym razem kwitował to długim wydechem i śmiechem. Nie odpuściłam sobie za to kilkupiętrowego H&M. Wyszłam z niczym, lecz fajnie było poczuć się trochę jak w Polsce. 

Zakupy, a nawet samo oglądanie na dłuższą metę nudzą mnie ogromnie, więc przeprosiliśmy się ze światem zewnętrznym. Nie na długo. Pomiędzy takimi ciekawostkami, jak na przykład hotel kapsułowy, raz za razem trafialiśmy na przybytki innego rodzaju, choćby pachinko w budynku o przeszklonych ścianach, ukazujących mrowie ludzi z obłędem w oczach. Uwagę przyciągały też budynki o papuzio kolorowych i oświetlonych fasadach, T. jednak za każdym razem odradzał mi fotografowanie. Zrozumiałam, gdy kolejny raz ulicą przejechał wielgaśny samochód z niedwuznaczną reklamą. Poważnie już zdegustowana, poprosiłam, abyśmy dali sobie spokój z głównymi ulicami i pozwiedzali zaułki pomiędzy nimi. Wygooglowane poprzednio strony zapewniały bowiem, że boczne uliczki kryją w sobie liczne niespodzianki. Niespodzianki były, a jakże, tyle że nawet niespecjalnie poukrywane.

Otóż pomiędzy różnorodnymi kafejkami, restauracjami z kuchnią z różnych stron świata itp., a także zwyczajnymi budynkami mieszkalnymi w tych bocznych uliczkach znajduje się cała masa „rozbieranych” przybytków. Ich wejścia zakryte są w niejednym przypadku tylko kotarami w rozmiarze 1/2. Wokół stoją hałaśliwe grupki Japończyków w różnym wieku, o aparacji bad guys. Pomiędzy nimi krążą tymi ciasnymi do niemożliwości uliczkami radiowozy policyjne, nieśpiesznie, co dodatkowo potęguje nieciekawą atmosferę. Moja dłoń trzymana jak zawsze przez T. zdrętwiała za to bardzo szybko, miałam tych wszystkich obserwacji już po dziurki w nosie. Nie bawiliśmy się w dalsze zwiedzanie na chybił-trafił i z pomocą nawigatora w telefonie wróciliśmy do hotelu. Tam zmyłam T. głowę, że dlaczego mnie nie uprzedził o aż tak dużej skali niefajnych rzeczy, a On na to, że skąd miał wiedzieć, skoro nie bywał w tej dzielnicy, coś tam tylko wiedział z internetów, ale teraz sam też jest w lekkim szoku. Nazajutrz nie poświęciliśmy Shibui więcej uwagi niż to było potrzebne, aby przejść kawałek drogi dzielący nasz hotel od stacji.

Dzięki temu, że postanowiliśmy skrócić nasz pobyt w Tokyo, po raz pierwszy mogłam się przekonać naocznie, co to znaczy podróżować tam w godzinie szczytu. Nie powiem, aby to było przyjemne doświadczenie, ale na pewno interesujące. Poranna rush hour przywitała nas stojącymi u wejść do wagonów pracownikami stacji, których zadaniem jest upychanie pasażerów (link1, link2).

Przy okazji: W mojej opinii praca pchaczy (oshiya) jest trudna i stresująca, i zwyczajnym chamstwem jest nagrywać ich, śmiejąc się im za plecami - a takich filmików w sieci jest bardzo dużo.

Czy i do naszego wagonu trzeba było upychać, nie wiem. Porwał nas bowiem napierający tłum i nie było mowy ani o odwracaniu się w międzyczasie, ani o obróceniu w stronę wejścia już w wagonie, staliśmy bowiem ciasno jak sardynki w puszce. Nie był to wagon typu women-only, jednak nie miałam żadnych obaw, ponieważ z jednej strony nie wypuszczał mnie z objęć T., a z drugiej wystarczającą ochronę w razie jakby co stanowiła moja polska, sporych rozmiarów torebka z Goshico, którą odpowiednio wcześniej przekręciłam na pasku ku przodowi. Ścisk trwał niedługo, w międzyczasie znalazło się nawet wolne miejsce, z którego chętnie skorzystałam.


https://www.flickr.com/photos/monicamuller/4026600075


To jakby coodnosi się do zboczeńców, dla których ścisk w wagonach stanowi okazję do molestowania. W Japonii mają miejsce różne akcje uświadamiające zwłaszcza dziewczynkom i kobietom, że w przypadku obmacywania itp. powinny głośno krzyczeć: chikan! Słowo to oznacza zboczeńca i molestowanie jednocześnie. W mediach spotyka się relacje z zatrzymania takich osób przez współpasażerów. W sprzedaży jest dużo gwizdków i innych sygnalizatorów, które można przymocować do torebki, tornistra, aby mieć czym odstraszyć dewianta. Co przy ogromnej seksualizacji japońskiej przestrzeni publicznej i olbrzymim pornobiznesie składa się na błędne koło i głupiego robotę.





________________________________________________________________________________________________
  


Update, 2 dni później:
3-krotny wzrost poziomu promieniowania radioaktywnego w obrębie Tokio (enews.com).


11 komentarzy:

  1. Mialam identyczne odczucia jak ostastnio bylam w H&M w Osace. Az mi sie lezka w oku zakrecila, tak swojsko sie poczulam. :)
    Tokyo nie lubie i denerwuje mnie to, ze wszystko tam jest i przez to chce tam mieszkac. Na szczescie po pol dnia spedzonym w tym miescie juz mi sie odechciewa. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Laura28/3/12

    A ja się do tego właśnie Tokio wybieram, hmm... (I w dodatku 3-krotny wzrost poziomu promieniowania, hmmmm.)
    Nie mnie pytano, ale skoro padł temat Osaki: ja jej jakoś nie lubię (Tokio co prawda też nie, choć za co innego ;). Podczas każdej z kilkukrotnych wizyt turystycznych wydała mi się brudna, hałaśliwa, pełna opryskliwych ludzi i rowerzystów poruszających się z jakąś niesamowitą prędkością, aż się bałam, że mnie przejadą. Za to bardzo tanio i duży wybór różnych towarów, dzielnica koreańska, zwariowane ciuchy etc. ;)
    Tylko pamiętajcie proszę, że wszystko to piszę z perspektywy Kioto, które (moim zdaniem :) pięknie łączy zalety miasta i prowincji, jest ciche, raczej zadbane, a jego mieszkańcy uchodzą za spokojnych i zdystansowanych. A ja bardzo dobrze się tam czułam, chociaż czasem doskwierał mi brak europejskich sklepów i kolorowych miejsc. Zdaję sobie sprawę, że nie dałam Osace szansy na oczarowanie mnie i na pewno krzywdzę ją tą opinią, ale cóż... Pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, a Osaka zrobiła na mnie wrażenie miejsca, które nie jest dla mnie. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Laura28/3/12

      Dziękuję Ci za ten głos, za rady, za linki. Bardzo mnie dziwi, że jesteś jedną z tak niewielu osób, które mówią i piszą otwarcie o niebezpieczeństwie promieniowania w Japonii. Zresztą sama pisałaś o cudzoziemcach zupełnie bezinteresownie przyczyniających się do podtrzymania kłamstw rządu japońskiego, więc na pewno wiesz, co mam na myśli...
      Najbardziej mnie boli to, że te oficjalne kłamstwa odbierają wielu osobom możliwość zabezpieczenia się (czy może raczej próby zabezpieczenia się...) przed promieniowaniem na własną rękę - nie każdy podejrzewa, że jest okłamywany, nie każdy szuka informacji z niezależnych źródeł, za to wszyscy chcą wierzyć, że nie jest aż tak źle - ja też...
      Jednak zdecydowałam się na wyjazd ze świadomością konsekwencji i chociaż naprawdę chciałabym wierzyć w oficjalne zapewnienia władz i "ekspertów", już nie umiem... Postaram się więc zrobić wszystko, żeby przynajmniej zminimalizować ryzyko. Dziękuję. :)

      Usuń
  3. Ja się mogę wypowiedzieć o zakupach z Y. ;P. Jak czasem idziemy do centrum handlowego, to On znosi to z cierpliwością i też grzecznie drepcze za mną. Właściwie wygląda to tak, że jeśli w danym sklepie jest dział męski, to zwyczajnie po wejściu do środka rozstajemy się i każde idzie w swoją stronę i później gdzieś tam się odnajdujemy i albo idziemy przymierzać albo wychodzimy ;). Y. nie lubi wchodzić do sklepów z tylko damskimi ubraniami i zawsze stara się mnie odwieźć od tego pomysłu, np. blokując mi przejście. XD No, ale nie zawsze jest fajnie, bo lubi mnie irytować uwagami "po co ci to, masz dużo".

    Ostatnio coś go denerwowali ludzi, którzy spoglądali na nas z zaciekawieniem i nawet wymyślił, że skoro w kawiarni, w której jedliśmy lody, akurat chwilowo nie było innych klientów, to na pewno dlatego, że On tam jest. Za to sprzedawczynie Go kochają i gdziekolwiek coś kupuje, to uśmiechają się do niego słodko. Ja nie wiem, że Mu to nie podnosi samooceny. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, naprawdę tak pomyślał?... To smutne, że tak odbiera zaciekawione spojrzenia, naprawdę bardzo mi przykro, bo mogę sobie wyobrazić, jak z takim postrzeganiem tubylców czuje się w obcym i dalekim kraju. A Twoim zdaniem, dlaczego tak patrzą? Chyba raczej ze zwykłej ciekawości, bez złych myśli, prawda? (Mam nadzieję, że chociaż Ty to tak widzisz.)
      Wiesz, T. w Polsce tylko raz się zdarzyło, że 2 małolatów krzyknęło za nim: - Go home! Skubańcy wyedukowani :/ Na szczęście z daleka, więc nie dosłyszał, a ja skłamałam. Uh, zwykle nie zauważam w sobie nawet cienia agresji, ale wtedy to bym ich rozszarpała.

      Z zakupami u nas jest odwrotnie - T. twierdzi, że wybieram dla Niego aż za dużo i zawsze się wzbrania przed kolejnym zakupem (aczkolwiek potem zakłada z przyjemnością), natomiast dla mnie to by kupował i kupował :) Na tej zasadzie, gdy Go wyganiam do działu dla panów, wraca bardzo szybko, zawsze z niczym :)

      Usuń
    2. No moim zdaniem patrzą z zaciekawieniem mieszanym z zaskoczeniem, szczególnie jak idziemy za rękę. On twierdzi, że prędzej czy później go pobiją, bo będą zazdrośni o mnie. Mówił mi też, że kiedyś zaczepili go jacyś (@#$%^&*(*&^%$#@#$%^&) chłopacy – wiesz, z tych nieletnich, co myślą, że bycie agresywnym jest super fajne i daje wielki prestiż. Na szczęście nic mu nie zrobili. No i czasem zdarza się (tzn. nigdy przy mnie), że ktoś, przeważnie dzieci mówią „o Chińczyk”. Jak idziemy gdzieś razem to piorunuję wszystkich (podejrzanych) zawczasu morderczym spojrzeniem (którego nawet Y. się czasem boi XD) więc jest spoko. ;) Ogółem u nas jest sporo Japończyków i trochę Chińczyków więc nie rozumiem czemu się jeszcze nie przyzwyczaili. Ograniczenie jakieś.

      A co do zakupów, to niestety Y. sam sobie rzadko chce coś kupić, bo twierdzi, że Polsce jest za drogo (a on ma nadal status studenta więc wiesz ;) i mi (NIESTETY) też nie jest chętny kupować (A SZKODA!!) XD hahaha No, ale jesteśmy razem tylko od kilku miesięcy i wcale nie jest powiedziane, że będziemy zawsze więc sytuacja jest zupełnie inna niż u Ciebie. ;D

      Usuń
    3. no mniej więcej to miałam na myśli chociaż mężowie są różni i wielu kupować nie lubi. :) Najważniejsze nie jest, oczywiście. :)

      A co do chodzenia po zmroku, to Y. sam biega (jeździ rowerem) po ciemku (w sensie z własnej, nieprzymuszonej woli)... także aż tak sie chyba nie boi. On ma takie fazy, że nagle twierdzi, że wszystkim przeszkadza i w ogóle, ale z reguły jest całkiem spoko... Chociaż jak widzi takich chłopców, o których pisałam wyżej, to stara się schować w kołnierzu kurtki, co jest dość zabawne, bo ja ich mijam z podniesioną głową i groźną miną. ;D W każdym razie, wiadomo, że rożnie bywa i oby było dobrze. u Was też! :)

      Usuń
    4. no bo się chowa! 20 cm mniej od razu ma. XD

      oczywiście, że trzeba uważać, staram się nie chodzić sama jak jest ciemno i raczej głównymi traktami. ;) Nie ma co kusić losu. Aczkolwiek mnie się ogółem ludzie boją wiec korzystam np. jak ktoś się za długo gapi na Y. - czy to dziecko czy to starszy. :)

      a co do Japonii, to tak mi się zdawało, że różnie bywa i nie wierze Y. jak mi mówi, że zupełnie bezpiecznie jest (i po chwili dodaje... "chyba, że Yakuza albo Yankee") :)

      A spałaś kiedyś w hotelu kapsułowym? :)

      A co do Pachinko, to Y. niestety lubi sobie zagrać jak bywa w Japonii - raz wygrał tyle, że kupił sobie iPoda i kilka innych rzeczy... super, ale ostatnio przegrał tylke, ze zajęło mi trochę czasu zanim z niego wyciągnęłam informacje o kwocie...

      Usuń
    5. Koedukacyjne hotele kapsułowe to raczej rzadkość w Japonii. I nawet takie zdominowane są przez gości płci męskiej, więc w moim przypadku opcji spania w takim miejscu nie ma, a w życiu!

      Yankee? Hmm, w odniesieniu do Japonii pierwsze słyszę. Pogoolowałam więc trochę i chyba chodzi o to, że terminem Yankī (ヤンキー) od lat 70/80-tych określa się tu młodych przestępców. Tak? Całkiem mi to pasuje do tych „młodych gniewnych” na motorach...

      Usuń
    6. tak o to chodzi ;) źle napisałam :)

      Usuń
    7. Dziękujemy cioci Wiki ;):)

      Usuń