2012/05/04

Muslimowo


Jakiś czas temu od koleżanki M. z Polski (buziaki!) dostałam pocztą kolejną już książkę: „Miejsce po imperium” Pawła Reszki, dotyczącą byłych republik składających się w przeszłości na ZSRR i ich aktualnej sytuacji społeczno-politycznej. Dawkowałam ją sobie bardzo oszczędnie, aby wystarczyła na długo. Czytałam z dużym zainteresowaniem, ciekawa, na ile treść książki odpowiadać będzie temu, czego dowiadywałam się na bieżąco o Ukrainie, gdy mieszkałam tam niemal przez rok zaraz po studiach, oraz o pozostałych krajach postsowieckich.


Wzorowa cenzurka i takiż dyplom nie były dla mnie żadną gwarancją na znalezienie pracy po pierwszych studiach. Bez znajomości miałam wybór: albo staję w kolejce po państwowy garnuszek, albo jadę na zastępstwo uczyć polskie dzieci na Ukrainie. Okazja jakich mało, dziesiątki nauczycieli zabiegało o taką posadę z uwagi na dwa razy większe niż w Polsce zarobki, tymczasem mnie zwerbowano w ostatniej chwili, byłam widocznie jedyną osobą gotową jechać tak na wariata, bez żadnych przygotowań. Była to dla mnie ostatnia deska ratunku i bynajmniej nie myślałam o kwestiach finansowych, jechałam jak na ścięcie.
Już sama podróż z warszawskiego dworca PKS nadawałaby się na materiał na książkę. Odbyłam ją w okresie, kiedy między Polską a Ukrainą kursowało mnóstwo sąsiadów zza naszej wschodniej granicy, dla nich ostatnią deską ratunku był handel na bazarach. Miałam miejscówkę, gwarantowała ona jednak tylko miejsce siedzące, miejsce dla swoich bagaży musiałam wygospodarować pod nogami, czyli czekało mnie 12 godzin podróży z kolanami pod brodą. Ale i tak miałam dobrze. Rozklekotany ukraiński autobus zapełniony był ludźmi jak puszka sardynkami, większość spędziła podróż na stojąco, bo nawet usiąść na podłodze nie było jak. Obawiałam się, że jestem jedyną cudzoziemką w tym mikrokosmosie, jednak miałam ogromne szczęście - moją sąsiadką okazała się Polka, studentka polonistyki mieszkająca tam, dokąd właśnie jechałam, a wracająca z wakacji u zaprzyjaźnionej polskiej rodziny. Oni także bardzo się ucieszyli na taki zbieg okoliczności i żegnali ją z już trochę większym spokojem.
Zanim autobus ruszył, ukraiński kierowca nakazał zaciągnąć zasłonki, aby przez okna nie widać było nieprzepisowej liczby pasażerów + piętrzących się bagaży. Do ukraińskiej granicy wszystko przebiegło spokojnie. Potem się zaczęło. Co jakiś czas kierowca zatrzymywał pojazd i przeciskał się środkiem autobusu, zbierając do materiałowej chustki hrywny dla milicjantów. Z czasów ZSRR uchowały się bowiem przy ukraińskich drogach budki milicyjne i było do wyboru: płacić lub utknąć w drodze. Nikt nie protestował, moja współpasażerka wytłumaczyła mi, że w całym kraju wszyscy płacą haracz, milicjanci nie odpuszczają, gdyż i oni są zobowiązani płacić swoim przełożonym - itd., do samej wierchuszki.
Już na granicy widziałam, że z ukraińskimi mundurowymi żartów nie ma. Ale także przyuważyłam jedną sytuację, która trochę rozładowała moje napięcie i śmieszy mnie do dziś:
Wśród czekających do odprawy pasażerów innego autobusu był Amerykanin, spięty jak ja. Gdy wręczył swój paszport s'eriożnemu celnikowi, usłyszałam: - John? - Yes... - Brown? - Yes! Oh, you speak English? - No! - twardo odparł celnik i z tą samą zimą na twarzy zwrócił paszport skołowanemu Amerykaninowi.
Na dworcu w Iwano-Frankowsku czekała na mnie pani prezes towarzystwa zrzeszającego Polaków mieszkających na Ukrainie oraz wspaniała nauczycielka z Wrocławia, która przybyła tam przede mną. Helena Szarapanowska - te 2 wyrazy do dziś budzą moje głębokie wzruszenie. Dużo starsza ode mnie i dużo młodsza duchem, żywe srebro i złote serce.
Pani Helenka w drodze do naszego mieszkania przy ulicy Konowalca (pamiętam jakby to było wczoraj) od razu dała mi lekcję historii. Iwano-Frankowsk to dawny polski Stanisławów, stąd tak wielu Polaków tu mieszkających.
Naszym miejscem pracy była duża szkoła ukraińska, w skład której wchodziły 3 klasy polskie. Wydawać by się mogło, że takie okoliczności nie mogą być przyjazne, tymczasem zarówno pani dyrektor - kurpulentna, niska blondynka z wielkim kokiem i z ikrą - jak i całe grono pedagogiczne, wszyscy byli bardzo otwarci i sympatyczni. Do dziś pamiętam na przykład taką sytuację: Każdego miesiąca chodziło się do specjalnego urzędu z pytaniem o pensję. Tworzyły się długie kolejki, bo miasto duże, to i szkół wiele. Gdy pierwszego razu stanęłam jak wryta na widok zawiniętego ogonka, gdzieś na początku kolejki ujrzałam machającą do mnie postawną brunetkę, która wołała: - Іди сюди, ви наші! (czyt. Idi sjudi, wy naszi = Chodź tutaj, ty jesteś nasza). Okazało się, że to nauczycielka z mojej szkoły, z którą nigdy nawet nie rozmawiałam. Stała w grupce innych znanych mi tylko z widzenia pedagogów i nie dopuszczała możliwości, że ja mogłabym stać w tłumie nieznanych sobie osób gdzieś tam na końcu.
A z wypłatami to było tak, że ukraińska część była niemal symboliczna i rzadko kiedy wypłacana w całości. Zupełnie jak to opisuje w swojej książce Paweł Reszka - wielu mieszkańców Ukrainy albo czeka na pensję całymi tygodniami, czasem miesiącami, czasem w nieskończoność, albo należność lub jej część otrzymuje w postaci produktów. Przykładowo: kto pracuje w fabryce produkującej patelnie, dostaje wyznaczoną liczbę ich sztuk i potem musi wymyślić, jak je spieniężyć we własnym zakresie. Takie praktyki w niejednej byłej republice Związku Radzieckiego mają miejsce do dziś. 

Fartem w niefarcie, nauczycielom płacić dziećmi się nie dało i koniec końców wypłata była w pieniądzach. Ukraińscy pracownicy oświaty w międzyczasie radzili sobie jak mogli, nas ratowała polska część pensji wpłacana na konta w Polsce. Jeśli jednak nie było możliwości jechać do kraju (ja zjeżdżałam tylko 2 razy) i pieniądze się kończyły, ratowały nas opłaty za fakultatywne lekcje języka polskiego dla młodzieży polskiej, która za swoich podstawówkowych lat nie miała możliwości uczęszczania do klas polskich. Dla mnie osobiście pobieranie opłat było przykrym obowiązkiem, istniał jednak stanowczy zakaz udzielania lekcji bezpłatnie. Nie od razu dowiedziałam się, że zakaz ten ustanowiono z myślą o nas, polskich nauczycielkach, abyśmy tam nie przymierały głodem.

Sytuacja finansowa większości rodzin, które poznałam na Ukrainie, była zła. Zimą wcale nierzadkim przypadkiem był widok tenisówek przebiegających po kopiastym śniegu, niejeden z moich uczniów na drugie śniadanie przynosił z domu zimne placki ziemniaczano-marchwiowe. Opłaty dodatkowe uiszczano jednak honorowo, co do dzisiaj wspominam z wielkim szacunkiem. Mało tego! Często zapraszano nas do domów, aby podkarmić, także do domów ukraińskich, bez żadnych polskich korzeni; na stołach królowały wtedy пельмені (czyt. piel'mieni = ukraińskie pierogi). Albo przynoszono nam niespodzianki z domowych kuchni do naszego mieszkania; na przykład babcia jednej z moich uczennic robiła dla nas ... torty. Starałyśmy się zawsze odwdzięczać jak tylko mogłyśmy, no ale z dala od domów możliwości były ograniczone.

Wnuczka wspomnianej babci nazywała się pięknie po polsku: Ala Kowalska. Nieopodal szkoły mieszkała polska rodzina z małymi synkami, z których przykładowo jeden nazywał się Antoni Morgowski. Piękna tradycja.

Jeśli dobrze pamiętam, Antoś chodził do klasy 3, którą prowadziła Pani Helena. Mnie dostała się klasa 2. Klasy nasze liczyły niewielu uczniów, moja miała tylko 7 - warunki do nauki wprost idealne. Mimo że nieliczna, klasa moja była bardzo zróżnicowana. Dzieci potrafiły się jednak zgrać i wielokrotnie zaskakiwały mnie swoją pomysłowością. Na przykład na Dzień Nauczyciela zorganizowały występ, podczas którego wyśpiewały mi repertuar lidera lubianej przeze mnie telewizyjnej listy przebojów, a na koniec wręczyły mi kasetę z tymi piosenkami (mam ją do dziś). Wykonujący je Oleksandr Ponomariow jakiś czas temu brał udział w konkursie Eurowizji, nie przypominał jednak tego piosenkarza, którego lubiłam słuchać dawniej, po latach komercję wyczuwa się na kilometr. Lecz przy okazji pisania tego posta trafiłam na nagranie, które może budzić pozytywne odczucia, o ile przymknie się oko na postać wymienioną w tytule: link. Ja na Ukrainie doświadczyłam wiele dobroci, dlatego - mimo różnych pytań gdzieś z tyłu głowy - lubię oglądać to nagranie, podobnie jak link i link (twersja polska).

Pomarańczowa Rewolucja na Ukrainie pozostaje w pamięci wielu Polaków. Nikt wtedy chyba nie przypuszczał, że tamto zwycięstwo zostanie aż tak zaprzepaszczone.

Jedyny marsz, jaki ja pamiętam z Ukrainy, to była parada banderowców i ich zwolenników. Pierwszy i jedyny raz zobaczyłam wówczas całkiem odmienioną Panią Helenę. Jeden ze świętujących usłyszał Jej zdanie o Banderze i bandytach tego „bohatera”, i nie zważając na Jej wiek, zareagował chamsko, agresywnie. Zbyt wiele trudnych wspomnień miała jednak Pani Helena, aby odpuścić, i mężczyzna szybko dał za wygraną, oddalił się, złorzecząc pod nosem. Paweł Reszka w swojej książce pisze, że banderowcy do dziś cieszą się na Ukrainie dobrą sławą...

Poza tym jednym przypadkiem nigdy nie zdarzyło się, aby ktoś źle zareagował na nasz język polski, którego bynajmniej nie trzymałyśmy za zębami. Ludzie nie reagowali w ogóle lub okazywali zainteresowanie i sympatię, nawiązywali rozmowy.

Ulice Iwano-Frankowska prezentowały się dwojako: przebogato i ubogo, pośredniości nie widziałam. Nierzadkim widokiem były na przykład cuda motoryzacji i wożący się nimi miłośnicy złota, futer oraz żywych dekoracji w perukach. Częstszym jednak i wstrząsającym obrazem były babcie i dziadkowie zakutani w chusty, przycupnięci gdzieś w kącie, czekający na łaskę ludzką. Nie było znanych z polskich ulic żebraków-cwaniaków, tylko starzy ludzie z wyrazem rezygnacji na twarzach i w całej postawie. 

Generalnie jednak społeczeństwo nie pokazywało po sobie, jak ciężko żyje się na Ukrainie. Szczególnie wesoło było na bazarach, gdzie można było dostać przysłowiowe mydło i powidło. Ja najmilej wspominam spożywczą część największego w mieście bazaru, mieszczącą się w budynku-chłodni. Na spróbowanie kwasu chlebowego nigdy się nie skusiłam, za to lubiłam panie przekupki sprzedające twaróg z wielkich mis. Można sobie tam było nieźle podjeść, bo na zachętę każda zapraszała, aby spróbować, że smaczny - brało się ser po prostu w palce, Sanepid miałby uciechę. W porównaniu z pustawymi sklepami, do których tylko od czasu do czasu „rzucano” masło i inne zwyczajne przecież produkty, bazary zdawały się być rajem na ukraińskiej ziemi. Czego tam nie było. Warzywa, owoce, miód i jaja w różnych kolorach, mleko i śmietana rozlewane do słoików, które trzeba było mieć ze sobą. Najbardziej podstawowe produkty żywnościowe można też było kupić na rogach ulic i skwerkach, tam jednak towar wyprzedawany był na pniu. Wybór był niewielki, ale i tak o niebo bogatszy niż w sklepach, gdzie nie brakowało chyba tylko napojów alkoholowych.

Generalizując, mieszkańcy Ukrainy są bardzo towarzyscy i chętni do wypitki. Ciężka dola dla takiego kogoś, jak ja, kto do ludzi za bardzo się nie garnie, a do procentów to już w ogóle. Jednak serdeczność ludzi dominowała wszystkie stresy. Pamiętam na przykład, jak świętowano w naszej szkole Dzień Kobiet:

Pod wodzą pani dyrektor, wiekowej już kobiety, jeden za drugim odbywały się toasty (moja stanowczość oparła się wszelkim zachętom). W międzyczasie rozpoczęto muzykowanie - kto potrafił, grał na dowolnym instrumencie. A na Ukrainie edukacja muzyczna stała na bardzo wysokim poziomie. Obowiązkowo także śpiewy i tańce, głównie gromadne. Przez cały czas u zasłoniętych okien i w wyznaczonych przez panią dyrektor miejscach w szkole i wokół niej stały czujki - zmieniający się pracownicy, których zadaniem było wypatrywanie, czy szkoła nie jest obserwowana przez mundurowych lub tajniaków, obowiązywał bowiem zakaz zgromadzeń. Od czasu do czasu zabawę trzeba było przerwać i panowała cisza jak makiem zasiał. Po czym od nowa ;) Stoły uginały się od poczęstunku - co kto mógł, przyniósł na imprezę.

Zabawne wspomnienie mam także z całonocnej podróży koleją do Kijowa, gdzie w ambasadzie polskiej miał się odbyć turniej języka polskiego. Jechałam z 2 nastolatkami, jednak to one były moimi opiekunkami, ja gubiłam się w zwariowanej rzeczywistości ukraińskiej raz po raz. Gdy tylko pociąg ruszył, większosć pasażerów natychmiast porozkładała na stoliczkach gazety, na nich butelki, ogórki, jaja na twardo, jakieś ryby - doznania węchowe nie do opisania ;))) Ucztowaniu nie było końca, wszystko w radosnej atmosferze, kulturalnie, choć bez większych ograniczeń. Sam pociąg był strasznie obskurny, widok nieobleczonej pościeli marki grzyb murowany i herbaty w zaśniedziałych szklankach w równie zaśniedziałych metalowych koszyczkach skutecznie powstrzymywały przed skorzystaniem z nich, lecz sama atmosfera panująca w otwartym przedziałach była super :)

Z Kijowa wracałyśmy w podobnych nastrojach. Dziewczyny zdobyły wysokie noty, a i samo miasto dało nam trochę oddechu. Standard taki sobie, lecz rzucały się w oczy różnice in plus. In minus napatoczył się pan z małpką, z którą można było sobie zrobić zdjęcia. Małpka Lesia o zgodę nie pytała, od razu wskoczyła mi na ręce i nie było szans na ucieczkę. Zdjęcie jest do dziś w moim albumie. Mam na nim niewyraźną minę, gdyż Lesia miała chyba ADHD (tak, wiem, że to jednostka chorobowa wymyślona dla korzyści finansowych, ale piszę w potocznym znaczeniu) i przy okazji harców zadrapała mnie do krwi. Byłam pewna, że zaraziła mnie w ten sposób jakąś afrykańską chorobą na amen, i od powrotu wypatrywałam, czy już ropieje ;) Ostatecznie nic mi nie było, a z Kijowa nadeszła przesyłka - zdjęcie. Tam na miejscu podejrzewałam, że pan fotograf to zwykły naciągacz, tymczasem jak opłatę przyjął, tak z przysłania zdjęcia się wywiązał.

Z danego słowa wywiązano się także w Iwano-Frankowsku:

Na początku mojego pobytu systematycznie kilka razy w tygodniu wyłączano prąd, nie było wody. Maszerowało się więc z wiadrami 20 minut w jedną stronę do ulicznego ujęcia, stawało w długaśnej kolejce, po czym pompowało wodę ze studzienki jakie wcześniej widziałam tylko u swojej Babci w sadku i w skansenie. Za płotem nieopodal stacjonowało wojsko, ale żaden żołnierz nie pokwapił się z pomocą, mimo że wśród tłumów były także starowinki.

Przerwy w dostawach wody były dla mnie większym problemem niż brak elektryczności. Po pewnym czasie wszystko jednak wróciło do normy i żadnych ograniczeń w dostawach już nie było. Dlaczego, dowiedziałam się kilka miesięcy potem od kierowcy taksówki. Otóż bossowie miejscowej mafii kontrolującej sklepy walutowe, restauracje itd. ponosili duże straty, gdyż nie działały alarmy antywłamaniowe. Zażądali więc od władz miasta zaprzestania dotychczasowych praktyk. Władze raczej wyjścia nie miały, toteż przyobiecały i słowa dotrzymały. Welcome to Ukraine.

O elitach rządzących prawie się nie rozmawiało, w każdym razie nikt nie rozmawiał z nami, co zrozumiałe. Kto jednak potrafił czytać między słowami, nie miał watpliwości, jakie nastroje panują wśród ludzi.

To tyle o „mojej” Ukrainie.

Wracając do książki.
Jeden z podrozdziałów dotyczy wsi Muslimowo (Muslumowo) z czelabińskiego rejonu Syberii, gdzie pod koniec lat 40. powstały największe na świecie zakłady atomowe Majak. Do przepływającej przez wieś rzeki Tiecza systematycznie zrzucano ciekłe odpady radioaktywne. Kilkadziesiąt lat temu (w 1957) doszło także do niekontrolowanego wycieku na katastrofalną skalę; władze przyznały to dopiero w 1992. Niedługo potem (w 1964) nastąpiła kolejna katastrofa: eksplodował skład odpadów radioaktywnych, skażonych zostało około 40.000 km² terenu. Pod pretekstem epidemii żółtaczki ewakuowano mieszkańców kilku sąsiednich miejscowości, Muslimowa jednak nie uwzględniono. Po latach okazało się, że pozostawionych ludzi celowo potraktowano jak materiał eksperymentacyjny. Makabryczny dokument ujrzał światło dzienne w roku 2001. Dopiero w 2006 władze przyznały, że ewakuacja jest konieczna. Dziś twierdzą, że na program przesiedleń wydały miliony rubli i że dobiegł on końca, jednak do mieszkańców Muslimowa prawdziwa pomoc nigdy nie dotarła, od dziesięcioleci skazani są na życie na terenach, gdzie dawka promieniowania przekracza bezpieczny poziom nawet 50-krotnie. Niektórym z nich zaproponowano przesiedlenie do nowych prowizorycznych gospodarstw, które znajdują się zaledwie 2 km od fatalnej rzeki, do domów zrobione z lichych materiałów, nie wytrzymujących srogiej syberyjskiej zimy. Nie ma rodziny, w której nie występowałyby choroby popromienne, w wielu przypadkach chorują wszyscy, także na zespoły takich chorób. Lekarze, do których zwracają się o pomoc, zwykle reagują na dwa sposoby: ignorują ich, zaprzeczają oczywistym faktom, nie robią nawet biopsji zmian nowotworowych; albo testują na nich nowe medykamenty, bez wdawania się w „zbędne” konsultacje.
Ukończenie czytania książki informującej o powyższych faktach zbiegło się w czasie z otrzymaniem przeze mnie maila od M., w którym zadała pytanie, czy prawdą jest to, co podają polskie serwisy informacyjne - że władze Japonii zezwalają na powroty mieszkańców Fukushimy do domów w strefie będącej dotychczas zamkniętą.
Chcąc sprawdzić prawdziwość tych newsów, odwiedziłam m.in. Exignorant's Blog, na który 2 dni temu dodano aktualizacje. Tam wątek uciekał mi raz po raz, ponieważ moją uwagę przyciągały coraz to nowe informacje. Autor bloga między innymi cytuje wypowiedź dziennikarza Takashi Uesugi o tym, jak tutejsze władze manipulują pomiarami promieniowania w Fukushimie: „Zanim włączone zostaną liczniki Geigera, górna powierzchnia gruntu jest usuwana, a obszar oczyszczany wodą.” Przytacza także tegoroczną aktualizację wyników testów na obecność zmian w tarczycy, którym poddano 3.000 dzieci z Fukushimy. Zmiany takie zauważa się u dzieci niezwykle rzadko, tymczasem aż 1/3 z badanych z Fukushimy okazała się mieć guzki lub torbiele tarczycy. Do odsłuchania: link. Update: Więcej o chorujących dzieciach: link.

6 komentarzy:

  1. Laura7/5/12

    Jak zwykle niezwykle ciekawy wpis... Choć po koniec zrobiło się strasznie. Ale dobrze, że o tym piszesz.
    Odzywam się po przerwie, bo i w czytaniu miałam przerwę, choć nie tak długą i absolutną, jak moje milczenie. ;) I miło mi było (choć może "miło" to nie jest właściwe słowo...) po tej przerwie zobaczyć tak wartościowy tekst. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyjemnie czytało mi się opis „Twojej” Ukrainy.
    Piszesz: „jechałam jak na ścięcie”, ale jednak pojechałaś, odważna byłaś. Ukraina w tamtym czasie to był zupełnie inny świat. A dzisiaj pewnie byłabyś zaskoczona, choć minęło tylko (aż?) 15 lat.
    Mimo wszystko znajomych klimatów się tam dopatrzyłam. Pewnie jednak nie wszystko, nie wszędzie się zmienia… Mentalność ludzi najtrudniej zmienić.
    Książki nie czytałam, nie wpadła mi w ręce, ale już dopisałam ją do listy „do przeczytania”. I mój mąż chętnie ją przeczyta.
    Ściskam i pozdrawiam.
    PS. Nie mogę uwierzyć, że nie spróbowałaś kwasu chlebowego ;)
    PS2. Daj znać, że u Was wszystko ok, bo niepokojące te informacje o tornado :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iwonko, nie tyle odważna, co zdesperowana ;)
      Mimo zmian, o jakich piszesz, dziś pewnie dusza na ramieniu ciążyłaby mi jeszcze bardziej, mam bowiem o wiele większą świadomość sytuacji politycznej, jaka panuje na Ukrainie i w krajach ościennych. Faktycznej, nie tej wciskanej przez szklarzy z wierchuszki i zależne od nich media.

      Czytając książkę, wyczekiwałam także wątków białoruskich, pamiętając o Tobie i aby móc bardziej wyobrazić sobie tamtą rzeczywistość. Opisując kraje byłego imperium, autor skoncentrował się jednak na perspektywie „od kuchni", której zapewne wielu obcokrajowców nie jest świadomych. Chętnie poznam Wasze recenzje, gdy będziecie już po lekturze.
      A do kwasu chlebowego nie namówilibyście mnie za nic - ja alkohol akceptuję tylko w czekoladkach ;))

      O tornado w następnym re-.

      Usuń
  3. Anonymous27/6/12

    Dziękuję za Twój blog. Poszukiwałem informacji o Kombinacie chemicznym Majak, a trafiłem na Twój superblog, który przeczytałem jednym tchem.
    A kwas chlebowy lubię i sam robię.
    Marek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy27/6/14

      Ja rowniez dziekuje! Jestem pod bardzo pozytywnym wrazeniem tego, jak rozne tematy poruszasz i jak swietnie sie za nie zabierasz.
      Igor

      Usuń
    2. Mój komentarz z 2012 przepadł, wobec czego tym razem dziękuję podwójnie. Bardzo cenię sobie takie dowody zainteresowania zawartością bloga.

      Usuń