2012/07/17

Tsukuba Mountain


12 komentarzy:

  1. Spoglądanie na Japończyków poprzez pryzmat połowów delfinów nie wydaje się właściwe. Na pewno nie miałaś takiego zamiaru (w mężu nie widzisz chyba okrutnego Japończyka?).
    Delfiny (kudzira) nie stanowią podstawowego posiłku w Japonii. Wielu Japończyków w ogóle nie jadło tego mięsa ba, zjeść nie zamierza. Większość tych co jadła to najwyżej 2-3 razy w życiu. Według mnie zbyt mocne jest stwierdzenie, że Japończycy są okrutni, sugerujące, że przejawiają większe zamiłowanie do okrucieństwa od "ludzi zachodu" (tak to, być może błędnie, odebrałem). Osobiście jestem przeciwny połowom delfinów ale w większej mierze przemawia do mnie sprawa ich statusu zagrożonych gatunków (większość waleni pacyficznych jest zagrożona wyginięciem) niż względy etyczne. Dlaczego? Jestem mięsożercą i jem mięso. Krów, świń, kurczaków, ryb itp. Byłoby z mojej strony co najmniej nie na miejscu, jeść mięso i krytykować osoby, które je dla mnie pozyskują.
    Nasze zachodnie przekonanie o wyższości delfinów pośród ssaków podparte zostało przez wspaniałe filmy dla dzieci takie jak Delfin Um, czy Flipper. Poza tym, nasi przodkowie zjedli do reszty wszystkie delfiny z Bałtyku. My już nie wiemy co to skaczące wśród fal morświny, ech. Nie jestem przekonany jednak (jako biolog), że prosię czy krowa cierpi mniej, lub też ich cierpienie jest mniejsze od zabijanych delfinów. Zdolność komunikowania się oraz społeczne zachowania przejawia wiele zwierząt (nawet ptaki o małych móżdżkach). To, że są to najpiękniejsi mieszkańcy oceanów jest dla mnie bezsprzeczne, ale czy wystarczające by zamienić te zwierzęta w „święte krowy”? Myślę, że nie (pomijając gatunki zagrożone).
    Co do cyrku, już sam zapach związany z cyrkiem przyprawia mnie o mdłości. Aczkolwiek uwielbiam oceanarium (nie śmierdzi), gdzie mogę zobaczyć świat, na razie dla mnie niedostępny (nurkuje tylko przy brzegach). I o zgrozo, lubię występy fok czy delfinów, aczkolwiek bez delfinarium, też mogę żyć, wiem, że nie najprzyjemniejszy jest los zwierząt w niewoli. Przy okazji połowów delfinów, wiele delfinariów na świecie zakupuje od Japończyków żywe delfiny. Tak więc biznes się kręci, jest popyt, jest podaż.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój mąż nie przejawia nawet cienia okrucieństwa, dlatego jest moim mężem :) Podejście do poruszonej kwestii trochę nas jednak różni. Mianowicie oboje jesteśmy przeciwni bestialstwu ludzi wobec zwierząt, lecz wobec faktów dokonanych On nie jest tak kategoryczny, jak ja, i np. w przeszłości nie miał oporów przed zjedzeniem dania z wieloryba, którym Go poczęstowano. Dla mnie jest to nie do pomyślenia. Uznaję dominację gatunku ludzkiego w łańcuchu pokarmowym, jestem mięsożercą, lecz spożywanie zwierząt, o których wiem, że są traktowane ze szczególnym okrucieństwem (gęsi, wieloryby, delfiny), byłoby w moim własnym odczuciu przykładaniem ręki do pracy oprawców. Zabijanie może odbywać się szybko. Jeśli jest przedłużane w czasie i powoduje dodatkowe cierpienia, uważam to za totalnie niehumanitarne.

      Co do postrzegania Japończyków w ogólności. W życiu nie kieruję się stereotypami. Wiem, że Japonia „słynie” z okrucieństwa, znam historię Jednostki 731 czy rzezi dokonanej w Nankinie, jednak stoję na stanowisku, że narodu nie można w nieskończoność oceniać poprzez pryzmat takich faktów z przeszłości. Większość Japończyków, których znam, wydaje się być ludźmi o prawych cechach charakteru, przyjaznymi wobec innych. Szanuję ich i autentycznie lubię. Z drugiej strony jednak widzę, że okrucieństwo w tym narodzie bynajmniej nie zniknęło wraz z upływem lat. Dowody są nie do podważenia, choćby nieliczące się ze zdrowiem i życiem obywateli decyzje podejmowane po 11.03.2011. Pozwolenie na mordowanie w karygodny sposób złowionych wielorybów i delfinów też jest utrzymywane w mocy prawnej. Generalnie jednak, Japończyków jako ogół określiłabym bardziej mianem biernych wobec aktów okrucieństwa niż okrutnych. Choć taka bierność też ma cechy okrucieństwa i przywodzi na myśl chińskie powiedzenie: -Jest jak Japończyk, okrutny dla innych i dla siebie samego- (czy jakoś tak).

      W oceanarium byłam tylko raz, tutaj, wcześniej oglądałam jedynie w sieci. Miejsca takie mają w sobie coś magicznego, chętnie pojechałabym znowu, do większego niż w Ōarai, aby jeszcze mocniej poczuć klimat świata podwodnego. Z jednym zastrzeżeniem: musztra pingwinów, popisy orek i delfinów to nie jest to, czego oczekuję, nienaturalne sytuacje nie zdobywają mojego poklasku.

      Bardzo dziękuję za przedstawienie w komantarzu swoich punktów widzenia. Oraz za ciekawostki - nie wiedziałam na przykład, że w Bałtyku żyły delfiny.

      Usuń
  2. W sprawie szybkiej i nieokrutnej śmierci, owszem postęp idzie do przodu, ale zabijają ludzie. Errare humanum est, a jak sie zabija sto zwierząt dziennie, to co najmniej kilka ich procent ginie w męczarniach. Gdyby Japończycy zmajstrowali zespół jeżdżący do amerykańskich ubojni bydła i kręcili te krwawe sceny jak chociażby takie: http://www.youtube.com/watch?v=Ds58jsFoJBA ciekawe czy nie zaczęlibyśmy postrzegać inaczej i Amerykanów. Między okrutnym a wymagającym Japończykiem jest spora różnica. A rozmiar ich okrucieństwa, nawet biorąc pod uwagę Nankin, ma się nijak do państw tworzących kolonie na podbitych lądach (oni po prostu myśleli, że taka jest norma przy podbijaniu). Wzięli przykład z Wlk. Brytanii i Hiszpanii i Francji, tak te kraje zdobywały kolonie - poprzez terror i masowe mordy. Nie wzięli jednak pod uwagę faktu, że akurat w tym czasie gdy oni byli gotowi do kolonizowania, Świat się opamiętał i zechciał z tego wycofać. Ale wracając do okrucieństw wojennych, straszy się nas japońskimi samobójcami wyolbrzymiając problem. To oczywiście bardzo na rękę Amerykanom zwłaszcza, że masakry z Hiroszimy i Nagasaki cechowało dalece większe okrucieństwo. Cel uświęca środki? Ja myślę, że nie.
    Całe życie spędzam na poszukiwaniu prawdy, w biologii jest to dosyć łatwe. Ale gdy sięgamy do historii, musimy zawsze pamiętać, że tę piszą zwycięzcy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do mnie, nie uważam, że rodzaj i rozmiar okrucieństwa powinny być wyznacznikiem klasyfikacji na większe i mniejsze zło. Zło to zło. I nie uważam, aby jakimkolwiek usprawiedliwieniem było wzorowanie się na innych. Nie jest jednak moją intencją predysponowanie do roli sędziego, tym bardziej, że nie jestem historykiem ani politologiem. Ani nie mam zamiaru wieszać przysłowiowych psów na Japończykach. Jestem w stanie zrozumieć, że ku wojnom pchała ich przede wszystkim desperacja i to ona leżała u podstaw ich działań, które wybrali celem uniknięcia losu innych nie-białych i nie-chrześcijan. Ich próby uniknięcia własnego zmarginalizowania i zagubienia poprzez mordowanie innych narodów azjatyckich nie znajdują jednak mojego zrozumienia, zwłaszcza, że z historii wynika, iż wcześniej niemal w ogóle nie próbowali zapewnić sobie ich poparcia. Japonia ma pecha, tylko zwycięzców się nie sądzi, a ona ostatecznie przegrała.

      W żadnym razie nie umniejszając przewinień Japonii, uważam, że funkcjonowanie stereotypu największego na świecie okrucieństwa tego kraju jest co najmniej nie fair. Jakoś niespecjalnie przeszkadzała reszcie świata świadomość okrucieństwa Japończyków wobec Koreańczyków, Chińczyków, Filipińczyków - nikt nie reagował. Ich udział w II WŚ został wręcz sprowokowany przez Stany Zjednoczone (Pearl Harbor) i to one sprzedawały im wszystko, czego potrzebowali do działań wojennych, do samego końca. Amerykanom „bardzo na rękę” jest mnóstwo rzeczy, lecz ich się dziwnym trafem nie czepia wcale lub nie tak bardzo, jak Japończyków i innych nacji, które dały/dają swoje niechlubne popisy na kartach historii.

      Wywiązała się nam interesująca wymiana uwag, dziękuję :) Tym bardziej, że w gruncie rzeczy widzę, iż wcale nie tak bardzo różnimy się w poglądach. Pozdrawiam.

      Usuń
  3. WOW, naprawde świetna dyskusja! Dziękuje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyjemność po mojej stronie :) I po stronie mojego męża - którego cieszy, gdy mogę w sieci „porozmawiać” z Rodakami o otwartych głowach. Pozdrawiamy!

      Usuń
  4. Piękne zdjęcia! Dawno nie byłam w górach, generalnie wolę jednak morze, ale ostatnio coraz bardziej mnie ciągnie do naszych gór :)

    I od siebie tylko dodam, bardzo podoba mi się Wasza dyskusja w komentarzach. Jest taka no... dyskusja, a nie atak, co jest niestety rzadko ostatnio spotykane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się chce to wszędzie jest blisko :D! Nie no, przesada, niestety góry są bliżej. Tobie i (jak mawia moja mamuśka :D) Małżowi też życzę udanego lata!

      Usuń
  5. WItaj :)
    WIdzę, że miałaś miłą wycieczkę w góry. Lubię góry, a najbardziej lubię góry nad morzem! A co do opalenizny... Y. złapało słońce i mimo, że ja sama nie mam super jasnej skóry i też się opaliłam, to i tak przy nim wypadam blado. Gdzie tu sprawiedliwość? ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W dodatku takie 2 w 1 oszczędza mordęgi w podróży, prawda? Cóż, w Polsce nie mamy tak dobrze, lecz z drugiej strony takie, a nie inne rozmieszczenie gór, jezior, morza postrzegane jest przez znanych mi Japończyków jako dodatkowa atrakcja naszego kraju. Niech im będzie ;) Na ich opinię wpływ mają zapewne także odmienne doświadczenia komunikacyjne, choćby klimatyzacja w standardzie czy przyjazna infrastruktura drogowa - coś normalnego w Japonii, a w Polsce wciąż w sferze życzeń.

      Z tego, co widzę tutaj, naturalny odcień skóry Japończyków jest bardzo różny: od bladego po śniady. Większość osób, które widuję, przez cały rok wygląda jakby miała umiarkowaną opaleniznę, taką w sam raz: nie za jasną, nie za ciemną (na przykład mój mąż). Gdy taka osoba dodatkowo złapie jeszcze trochę słońca, to tylko pozazdrościć, mnie w każdym razie - podobnie, jak Tobie - „słoneczny” odcień skóry bardzo się podoba. Tak więc absolutnie łączę się z Tobą w żalu ;))

      Usuń
  6. Anonymous20/7/12

    a ja mam pytanie kulinarne.... co to jest? te trzy kulki na patyku na zdjeciu numer 13. jadlam takie w Kyoto, zakupione na stoisku ulicznym w (powiedzmy proszku) i gestej polewie. pojecia nie mam co to bylo ale dosc smaczne. co to jest, jak sie nazywa? z gory dziekuje za odpowiedz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo proszę: Te kulki to dango, tradycyjne japońskie kluski z mąki ryżowej. Jest wiele odmian tego dania. Ty prawdopodobnie jadłaś mitarashi-dango: polane syropem z sosu sojowego, cukru i skrobi.
      Oferta ze zdjęcia chyba by Cię jednak nie skusiła, „ucztą” byłaby bardziej dla sanepidu ;) To częste w Japonii, nawet w kulinarnych programach telewizyjnych, zwłaszcza takich, które prezentują przyrządzanie dań przykładowo przez właścicieli małych jadłodajni czy godpodynie domowe z konkretnej części Japonii - wszystko jakieś takie zapyziałe, a na dodatek puszczone samopas, niedoczyszczone paznokcie przyrządzających. To odkrycie to jedno z moich większych szoków japońskich, niestety.
      Pozdrawiam.

      Usuń