2012/09/30

Pełnia okrucieństwa


Jelawat przechodzi właśnie nad naszą wyspą. Według informacji meteorologów z JMA nie jest już supertajfunem najwyższej kategorii, spadł z 5 do 1, stanie się sztormem tropikalnym. A może już nim jest, nie wiem, pogoda w każdym razie wisielcza.

Do Japonii dotarł wczoraj, w naszej części kraju było jednak spokojnie i prawie całą sobotę spędziliśmy poza domem. Spotkaliśmy się z 2 podwładnymi T., jednego z nich już znałam, odwiedził nas z córeczką zaraz na początku mojego zamieszkania tutaj. Była taka maleńka, nieśmiała, a wczoraj nie do poznania. Miejscem naszego spotkania był wszystkim nam po drodze parking przy jednym z kombini, po którym biegała bez wytchnienia, z krótkimi przerwami na research półek w sklepie.

Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się widzieć, aby obsługa lub klienci jakiegokolwiek japońskiego sklepu reagowali na to, co z wyłożonym towarem wyczyniają dzieci - a wyczyniają czasem aż za dużo. Wielozmysłowe poznawanie świata ma rozwijający wpływ na maluchy, no ale bez przesady. Często widzę małych Japończyków biegających po sklepach z wypatrzonymi przez siebie artykułami, bawiących się nimi na różne sposoby, układających je w przejściach między regałami, robiących misz-masz na półkach, a czasem niemal demolkę, łącznie z podrzucaniem towaru i uderzaniem w niego z całą siłą. I to nie tylko maluszki, nie do końca świadome, co wolno, a czego nie. No ale najwidoczniej w Japonii wolno dużo więcej niż w Polsce. Zestawiając z obserwacjami w innych miejscach publicznych, ze swojej strony poprzestanę na podsumowaniu, iż na tę chwilę moim zdaniem polskie dzieci są dużo bardziej ułożone (w pozytywnym tego określenia znaczeniu i generalizując, rzecz jasna).

Wspomniana Japoneczka aktywna była bardzo, ale tylko w sympatyczny sposób. Zniszczeń w sklepie nie odnotowano ;) Rachunki mogły ograniczyć się do sprawunków wcześniej zaplanowanych, głównie dango




Te japońskie kulki ryżowe można bez trudu zrobić w domu. Potem zjada się je w ramach tradycji związanej z wrześniową pełnią księżyca, na okoliczność której w Japonii odbywają się tsukimi, czyli spotkania, podczas których podziwia się jego okrągłą tarczę. Popularnymi dekoracjami w tym czasie są zdźbła trawy susuki, tj. miskantu chińskiego.

Na powyższym zdjęciu widać natomiast inną dekorację. W Polsce traktowana jest jako łańcuch choinkowy, a w Japonii można taką spotkać przez cały rok, są tak ozdabiane sklepy, restauracje, biura i inne miejsca użyteczności publicznej, występuje w różnych kolorach i rozmiarach. Takie widoki poza okresem bożonarodzeniowo-noworocznym na razie mi tu nie spowszedniały, ale to jeszcze nic, bardziej zaskakują różnych rozmiarów Mikołaje w pełnym rynsztunku, także przez cały rok zdobiące wystawy i wnętrza, niezależnie od ich charakteru. Jest ich jednak o wiele, wiele mniej, widuję sporadycznie.

We wrześniu nasz księżyc jest zdaniem Japończyków, jak mi powiedziano, piękniejszy niż kiedy indziej. Ale wrzesień jest także miesiącem, który rozpoczyna w Japonii coś obrzydliwego - trwający aż do maja sezon połowów delfinów, nierozerwalnie związany z ich bestialskim traktowaniem:

Część spośród odłowionych zwierząt odsprzedawana jest przez rybaków do centrum treningowego. W bieżącym roku cena za jednego żywego delfina wynosi około 10 000 $. Zakupione przetrzymywane są w specjalnych basenach, gdzie najpierw poddaje się je głodzeniu, a następnie tresurze. Gdy już nauczone zostaną spożywania wypatroszonych ryb, odsprzedawane są do delfinariów na całym świecie. Aktualna cena sięga nawet 250 000 $ za jednego wytresowanego delfina.

Delfiny, które po złowieniu nie przejdą selekcji, są od razu zabijane. W jednej tylko zatoce w mijającym miesiącu zabito ich ponad 80, przy około 25 odłowionych celem sprzedania treserom. A wszystko w zgodzie z obowiązującym w Japonii prawem.




Szczegóły tego procederu przytaczane są w Internecie między innymi za Konradem Szymańskim, wolontariuszem organizacji ekologicznej. Polak ten jest (a w każdym razie był jeszcze kilka dni temu) tzw. strażnikiem w zatoce delfinów na Taiji, skąd przesyła zdjęcia dokumentujące dokonywaną masakrę. W sieci dostępne są również materiały filmowe z równie drastycznymi scenami. I w tej samej przestrzeni inne, powtarzające się treści: o tym, że Japonia słynie z poszanowania natury i nieingerowania w nią. Tak, akurat.

Co do mnie, mam na sumieniu udział w oglądaniu show w japońskim delfinarium i bardzo żałuję, że nie byłam wówczas w pełni świadoma tego, co przechodzą trafiające tam zwierzęta. Na co dzień widuję z kolei masowe formowanie drzew na podobieństwo miniaturowych bonsai oraz wybetonowane przestrzenie - częstotliwość, z jaką napotyka się ten materiał, bardzo kontrastuje z tym, nad czym rozpływają się piewcy Japonii „żyjącej w harmonii z przyrodą”. Co również znamienne, ilekroć w sieci pojawi się krytyczna wypowiedź na temat zalewu betonu w Japonii, z miejsca następuje wespół-zespół akcja „uświadamiania” osobie, która się na taką wypowiedź poważyła, że beton jest w Japonii potrzebny i już.  Jakby to zmieniało fakt, że jest go tutaj po dziurki w nosie. Osobiście skłaniam się ku niepopularnej opinii, iż niezależnie od tego, że z pewnych powodów rzeczywiście materiał ten zdaje się być tu nieodzowny, ogólnie jego ilość w tym kraju sprawia wrażenie, że ktoś na tym robi niezły biznes lub że jest to ślepe kontynuowanie betonowej fiksacji, tudzież 2 w 1.



Update:

YouTube  - uwaga, nagranie zawiera sceny drastyczne.

Filmweb - „Zatoka delfinów”.




6 komentarzy:

  1. Wiedziałam, że Japończycy mordują delfiny, ale teraz widzę, że byłam bardzo niedoinformowana... Zabijać tylko dlatego, że nie przejdą selekcji...
    Po prostu brak słów...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj ponownie, Elen :* Brak słów, dokładnie tak, jak piszesz.
      Z uwagi na wysokie ceny delfinów przeznaczanych do delfinariów rzeczywiście można wnioskować, że to one kuszą do urządzania masakry tym biednym zwierzętom. Mięso i tłuszcz tych, które nie miały „szczęścia” przejść selekcji, rozdzielane są pomiędzy poławiaczy oraz sprzedawane, w tym do supermarketów (wiem, że w postaci sashimi). Podobno tylko znikomy procent Japończyków jada delfiny, inni preferują wieloryby... Bez komentarza.

      Usuń
  2. Rano wyczytałam, że po przejściu nad Tokio Jelawat uspokoił się. Mam nadzieję, że całkiem osłabł i nad Hokkaido nie narobi już szkód.

    Mała Japoneczka słodka :) A to co piszesz o zachowaniu się dzieci w sklepach, to jakbym widziała małych Saudyjczyków, czy ogólnie, arabskie dzieci, tutaj. Szok! Roznoszą wszystko, co im wpadnie w małe łapki, a pozwala im się na wszystko. W restauracjach normalnym widokiem jest chodzenie małych dzieciaczków (dwulatków, ale też i czterolatków!) po stole. Najnormalniej w świecie, w swoich małych bucikach, chodzą między talerzami, gdzie kelnerzy podają im jedzenie. Widziałam to już wielokrotnie, właściwie za każdym razem, kiedy jesteśmy gdzieś w kawiarni, czy restauracji, ale do dzisiaj mnie to powala na łopatki. I też nie zwraca się uwagi tym dzieciom, ani, co właściwsze, ich rodzicom.

    A zdjęcie z delfinami okropnie smutne. I najsmutniejsze jest to, że wszystko dzieje się zgodnie z prawem :(

    Ściskam mocno :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tajfun po raz pierwszy nie przeszedł zupełnie bokiem, lecz nie ma szkód, gdzieniegdzie tylko jakieś drobiazgi. Kolejny raz żywioł oszczędził naszą okolicę, tylko żal ludzi z tych regionów, gdzie w ostatnich dniach doświadczyli większego strachu i strat. Dziękuję, Iwonko :*

      Mówiono mi i tak też czytałam w różnych opracowaniach na temat Japonii, iż dzieciaczkom w tym kraju pozwala się na duży luz, gdyż z chwilą pójścia do przedszkola kończy się ich beztroskie życie, a zaczyna kierat. Uważam jednak, że wszystko powinno mieć granice, także swoboda w zachowaniu. Aż takich sytuacji, jak opisujesz (ło matko i córko o_O), nie widuję, ale wiele z widzianych wywołuje mój dyskomfort. Głównie z tego powodu, iż uważam, że jest dużo prawdy w tej polskiej mądrości ludowej o skorupce i jajku. Mnie nie jest obojętne, że przykładowo w sklepie można zostać staranowanym przez licznie biegające i wrzeszczące dzieci (to częsty widok tutaj, a Japończycy w ogóle są bardzo hałaśliwi, zupełnie sprzecznie ze stereotypem wyciszonego mieszkańca KKW), ponieważ jestem przekonana, że właśnie z takich pozornie błahych zachowań bierze się brak szacunku dla drugiego człowieka. I skoro jest przyzwolenie na takie i podobne zachowania już w dzieciństwie, nie dziwi mnie, dlaczego w tym kraju tak często i bardzo ludzie nie liczą się ze sobą nawzajem - bo czymże jest na przykład mobbing w japońskich zakładach pracy, seksizm, szowinizm, spędzanie czasu z hostessami i ich męskimi odpowiednikami oraz w pachinko zamiast ze współmałżonkami itd. itp., a wszystko na niesamowicie dużą skalę. Dziwi mnie natomiast, że powszechne jest zaprzeczanie oczywistym faktom czy ich minimalizowanie w wypowiedziach osób, które Japończykami nie są, a w Japonii były lub są. No ale punkt widzenia zależy także od tego, jakimi wartościami kierujemy się w życiu, ponieważ to one są pryzmatem, poprzez który postrzegamy świat, prawda? Przykład idzie od dorosłych, smutne więc.

      Japończycy decydujący o obowiązujących zasadach są nieludzcy nawet dla obywateli własnego kraju (sytuacja po awarii w Fukushimie), więc los delfinów tym bardziej nie porusza ich sumień, to wydaje się oczywiste. Prawo jest surowe także dla obrońców zwierząt, którzy narażają się na ogromne ryzyko, gdyż w Japonii mają status przestępców (i nie chodzi nawet o jakieś wyskokowe akcje).

      Buziaki, Iwonko.

      Usuń
  3. NIE!!!!! NIE DOCZYTAŁAM DO KOŃCA! STANĘŁAM NA DELFINACH!
    Kocham delfiny! To bardzo inteligentne i towarzyskie zwierzęta. Jak można! Nie!
    Coś mi się wydaję,że już przestaję lubić Japończyków!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga DD, ja też przepadam za delfinami... Podzielam Twoje oburzenie. Aby było sprawiedliwie, muszę jednak podkreślić, że część Japończyków postępuje wobec nich obrzydliwie, lecz są także tacy, którzy aktywnie protestują przeciwko tym masakrom.

      Usuń