2012/11/02

Bochi - japońskie cmentarze


Tak się szczęśliwie złożyło, że dni, kiedy w Polsce obchodzi się Wszystkich Świętych i Zaduszki, są w tegorocznym grafiku T. dniami wolnymi od pracy. Dzięki temu mogliśmy wybrać się na cmentarz, aby ten wyjątkowy czas zaakcentować choć symbolicznie.

Znaleźć cmentarz w Japonii nie jest trudno ani trochę. W każdej znanej mi miejscowości - od wsi po metropolie - dotychczas widziałam co najmniej kilka cmentarzy, raz dużych, raz małych, raz takich na zaledwie kilka miejsc. Napotkać je można dosłownie wszędzie.





Cmentarze najczęściej są wciśnięte pomiędzy budynki, tuż przy ulicach, pod mosty. Dominująca większość z nich sprawia mniej lub bardziej smutne wrażenie, bywa także, że wręcz ponure.





Chyba żaden polski, nawet najbardziej skromny cmentarz nie wywarł na mnie takiego przygnębiającego wrażenia, jak te wszechobecne japońskie. Ziemia w Japonii jest przeraźliwie droga, stąd zapewne zagospodarowywanie pod cmentarze każdego wolnego, nieatrakcyjnego płachetka.

Miejsca pochówkowe na cmentarzach są horrendalnie kosztowne. Między innymi z tego powodu właściciele cmentarzy starają się dotrzeć do potencjalnych klientów na różne sposoby. W ubiegłym roku zdębiałam, gdy okazało się, że miła Japonka, z którą po powrocie do domu minęliśmy się w drzwiach, była przedstawicielką jednego z większych cmentarzy, a jej praca polega na stukaniu od drzwi do drzwi w poszukiwaniu chętnych do zakupu miejsca pochówkowego. Rodzina T. ma własne, już częściowo zagospodarowane miejsce na cmentarzu na Hokkaido, gdzie się urodził, więc pani Japonka miejsca nie sprzedała, za to umówiła się wówczas z Teściową na kolejne spotkanie celem uzgodnienia szczegółów odnośnie pośmiertnego transportu itd. Na moje oko Teściowa przeżyje nas oboje.

Inną formą promocji są reklamy telewizyjne. Nigdy wcześniej, w żadnym kraju nie widziałam, aby ktoś reklamował cmentarz.


Takie nekropolie leżą poza zasięgiem możliwości finansowych większości Japończyków. Z powodu cen bywa, że ludzie tutaj w ogóle nie mają swoich grobów. Prochy zmarłych są rozrzucane według ich woli wyrażonej za życia, do zadośćuczynienia której można zamówić specjalny serwis, dużo tańszy niż całkowity koszt miejsca na cmentarzu. Albo są po śmierci przechowywane w urnach ustawianych w domach, bezosobowych magazynach lub najnowszej generacji kolumbariach na czip w wielopoziomowych budynkach, wpasowanych w nowoczesne otoczenie. Znajdują się takie na przykład w nieodległym Tokio, ale tylko o nich słyszałam i czytałam.

Na własne oczy natomiast miałam możliwość zwiedzenia dwóch zwykłych japońskich cmentarzy.

Przy pierwszym zatrzymaliśmy się w drodze z dłuższego wypadu. Po raz kolejny T. dał przykład tego, że nie należy do typowych Japończyków, bardzo przesądnych w kwestiach związanych ze śmiercią. Jak gdyby nic, uciął sobie regeneracyjną drzemkę kierowcy na parkingu dla osób odwiedzających groby, znajdującym się dosłownie kilka kroków od pierwszych rzędów. Cmentarz, choć przylegający do jakiegoś zakładu pracy i ruchliwej ulicy, otoczony był z wielu stron gęstą zielenią, która nie tylko wyciszała hałasy, ale i łagodziła ponury wygląd tego miejsca. Które, jak się okazało, mimo wszystko kryło kilka niespodzianek.

W tle symboliczna pagoda.

 

Na cmentarzu trwało przenoszenie pozbawionych opieki, starych urn i nagrobków. Ten kąt prawdopodobnie przeznaczono na miejsce symbolicznej pamięci. 
Za murem: przyfabryczny parking.

Prawdopodobnie magazyn urn. A może miejsce na prochy zwierząt domowych, nie wiem.

Powiadomienie umieszczone na miejscu z niedokończonym nagrobkiem, aby rodzina pochowanej tu osoby skontaktowała się z zarządcą cmentarza.



Dane osób przewidzianych do zajęcia po śmierci miejsca w tym samym grobie zamalowuje się na czerwono, a w odpowiednim czasie kolor ten usuwa. W ten sposób oszczędza się pieniądze i czas potrzebny na grawerowanie.

Pojedyncza deszczułka z modlitwą w intencji zmarłego to stupa, kształtem zbliżona do strzelistej pagody.

Najfajniejszy kamon, czyli herb rodowy.

Kubek z nadrukiem zdjęcia klasowego.

Jedno jedyne zdjęcie, jakie kiedykolwiek widziałam na japońskim cmentarzu. Tu: fotografia ucznia w mundurku szkoły średniej.


 


Oglądanie wszystkiego wciągnęło mnie tak bardzo, że straciłam rachubę czasu. Ostatnie zdjęcie zrobiłam już w przelocie - gdy T. je zobaczył już na komputerze, powiedział, że wyglądam jak duch, którego odbicia boją się przesądni Japończycy i dlatego nie fotografują na cmentarzach.

My przesądni nie jesteśmy i dzięki temu ponury obraz dotychczas widzianych cmentarzy został w końcu przysłonięty przez bardzo odmienny - T. zrobił mi niespodziankę niejako z okazji Wszystkich Świętych i pokazał najładniejszy cmentarz w naszym mieście, położony w ustronnym miejscu, do którego docierają odgłosy natury zupełnie tak samo, jak na cmentarzu w mojej rodzinnej miejscowości w Polsce. W dodatku z kilkoma nagrobkami pochowanych tam chrześcijan, o czym świadczyły nie tylko wyryte w kamieniu krzyże, ale także cytaty z Pisma Świętego.


Budynki po prawej stronie to krematorium i dom pogrzebowy.


Ja: - Kto to? T.: - Taka jakby Maryja.

Artykuły spożywcze zostawia się po to, aby duchy zmarłych nie przeobraziły się w głodne, złe demony. W okresie japońskiego święta zmarłych na grobach roi się od różnych, 
głównie owoców. Poza tym okresem, jak widać, wierni tradycji są tylko niektórzy Japończycy, większości ta obawa przed demonami mija do następnego roku.




Ubiegłoroczny okres Wszystkich Świętych i Zaduszek spędziłam w Polsce, więc dopiero w tym roku doświadczyłam, jak to jest być w tym czasie z dala od atmosfery towarzyszącej tym dniom. Tutejsze cmentarze świeciły pustkami, jako że Japończycy tłumnie odwiedzają groby swych bliskich latem, podczas liczącego 500 lat buddyjskiego święta O-bon. Nie ma na moim blogu sprawozdania z obchodów takiego święta, a na ponowne zmierzenie się z tą częścią japońskiej rzeczywistości nie mam ochoty. Okazuje się bowiem, że Japończycy podczas odwiedzin na cmentarzu koncentrują się na rytualnym obmyciu nagrobka, wstawieniu do wazonów kupionych w supermarkecie gotowych bukietów, ułożeniu napitków i pokarmów dla dusz zmarłych, po czym, zapaliwszy kadzidło i na chwilę zamknąwszy oczy, króciutką modlitwę zdają się uważać za dopełnienie obowiązku. Za to dużo więcej czasu i starań wkładają w przygotowania do towarzyszących japońskiemu świętu zmarłych festiwali, na które wybierają się wytwornie wręcz odziani, wyćwiczeni w tańcu bon odori. Moja tolerancja religijna przechodzi w Japonii istną próbę ognia.

T. mówi, że chciałby w przyszłym roku pojechać na 1 XI do Polski, aby poczuć atmosferę święta znanego Mu tylko z opowiadań i z YouTube. A ja się z tego ogromnie cieszę. Wszystkich Świętych i Zaduszki są w Polsce odbierane bardzo różnie. Jedni narzekają na coraz większą komercję towarzyszącą przygotowaniom do tych dni. Innym nie podoba się to, że - jak  twierdzą - to ponure święta. Dla mnie natomiast od zawsze te dni są przede wszystkim czasem nadziei. Nie tylko w odniesieniu do przyszłości, ale także teraźniejszości, konkretnie: relacji miedzyludzkich. Uwielbiam atmosferę panującą w tym czasie na polskich cmentarzach, nie koncentruję swojej uwagi na utyskiwaniach z powodu cmentarnego zastaw się, a pokaż się ani z powodu robienia biznesu z wypominek. Za to zawsze czerpałam ogromną radość ze spotkań z przyjaciółmi, z którymi nad grobami ich bliskich wspominaliśmy wspólne przeżycia. Jak choćby z początków nauki w szkole podstawowej, gdy przed swoją tragiczną śmiercią Artek, starszy brat mojej najlepszej wtedy koleżanki, na ochotnika odwoził mnie z ich osiedla na swoim składaku. Takie niby nic, a przywołuje lawinę wspomnień, których nie chce się zapomnieć. Podoba mi się także to, że rozmowy niekoniecznie związane są ze zmarłymi, którym w te dni oddajemy szczególny hołd pamięci, ale dotyczą zwykłych spraw codziennych, już z Nimi niezwiązanych, że ludzie nie wzbraniają się przed śmiechem, zachowują naturalnie. Zupełnie jak po pogrzebie mojej zmarłej tragicznie za granicą koleżanki z liceum, podczas którego koledzy dyskretnie organizowali spontaniczne spotkanie klasowe, miejscem którego stała się pizzeria, gdyż tylko tam akurat była wystarczająca liczba wolnych miejsc. W czasie tego spotkania, gdy toczyła się ożywiona, wesoła rozmowa o tym, co po tylu latach słychać u każdego z nas, naszła mnie refleksja, że ja też chciałabym mieć taką stypę - niewymuszoną, naturalną, z pamięcią o mnie, ale niezdominowaną przez wspomnienia związane z moją osobą. Tyle że dużo się zmieniło i raczej nie będzie moim życzeniem odsyłanie urny do Polski. A z uwagi na podjętą przez nas decyzję, podyktowaną nie kończącymi się wydarzeniami okołofukushimowymi, w Japonii nie będzie komu urządzać takiego z serca płynącego pożegnania. No cóż.

Jest na świecie ta­ki rodzaj smut­ku, które­go nie można wy­razić łza­mi. Nie można go ni­komu wytłumaczyć.
Nie mogąc przyb­rać żad­ne­go kształtu, osiada cias­no na dnie ser­ca jak śnieg pod­czas bez­wiet­rznej nocy. 
– Haruki Murakami


________________________________________________________________________________________________




Wypatrzone w supermarkecie:

24 komentarze:

  1. Bardzo lubię zwiedzać cmentarze w wielu krajach, a te japońskie należą do moich ulubionych. Na mnie w ogóle nie sprawiają przygnębiającego wrażenia, podobają mi się. Najpiękniejszy widziałam w Koya-san, spacer po nim był dla mnie sporym przeżyciem mistycznym: http://chihiro.blox.pl/2009/06/Wsrod-duchow-lesnych-i-cmentarnych.html Widziałam w życiu trochę ponurych cmentarzy, ale żadnego w Japonii. Te na Twoich zdjęciach też nie robią na mnie wcale ponurego wrażenia.
    Bardzo podoba mi się też japońska tradycja Bon, a nigdy nie przepadałam za polskim Świętem Zmarłych. Może dlatego, że nie jestem chrześcijanką (to właściwie chyba główna przyczyna, dla mnie te chrześcijańskie rytuały zawsze były trochę obce), a może też dlatego, że w Polsce często to święto to okazja do obgadania osób odwiedzających groby (groby moich dziadków i ich przodków są w małej miejscowości i zawsze to była wyprawa, by tam pojechać) i ocenienia, czy wystarczająco dużo pieniędzy wydali na znicze i inne "gadżety" (takie teksty podsłuchałam kiedyś). Mniej tu szczerego żalu, więcej odbębnienia obowiązku. Ja wolę zmarłe bliskie osoby wspominać kiedy chcę, kiedy mam nastrój, a nie w jeden dzień w roku przeżywać ponowną żałobę, bo tak wypada w kalendarzu. Zresztą jako buddystka z przekonania wierzę, że bliskie mi osoby już się odrodziły w kolejnych wcieleniach, a po co mi stać nad nagrobkami skrywającymi resztki ich ciał?
    Poza tym japońskie tańce i parady z okazji Bon bardziej przypadają mi do gustu. Śmierć traktuję naturalnie, jako część życia, wspominać zmarłych lepiej jest na wesoło, z radością. I koncentrować się na żywych, a nie zmarłych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dzień dobry, Chihiro :) Jak miło, że poświęciłaś swój czas, bardzo Ci dziękuję za szczery komentarz. I za link - cieszę się, że zostawiłaś namiar, z którego mogą teraz skorzystać także inni Czytelnicy (nasza garstka plus moi polscy Przyjaciele i Brat), ponieważ Twoja relacja jest warta przeczytania i pooglądania. Wróciłam do Twojego posta z przyjemnością, wspaniale oddałaś atmosferę tamtego niesamowitego miejsca. Ja natomiast piszę tutaj o cmentarzach, które widuje się w Japonii na co dzień. Zdecydowana większość tych, które ja mam okazję widzieć - najczęściej z okna samochodu - w moim odbiorze wygląda ponuro przede wszystkim z uwagi na otoczenie, w które zostały wkomponowane: bardzo często bure, zaniedbane, zabałaganione, nieestetyczne. Którego staram się nie widzieć, będąc już na terenie cmentarza i kierując uwagę na szczegóły danego miejsca, co skutkuje łańcuszkiem skojarzeń i refleksji - i zapomnieniem o Bożym świecie. Tak, ja też lubię zwiedzać cmentarze, zostało mi to z Polski.
      Zastanawiające, że obie piszemy o odbębnianiu obowiązku, ale w przeciwnych kierunkach :) Cóż, to zapewne nie tyle z powodu różnic religijnych, lecz po prostu osobistych obserwacji. Ja zawsze cieszyłam się na dzień Wszystkich Świętych, a radość tę utrzymywała także możliwość naocznego przekonywania się, dla jak wielu bliskich mi osób czas ten jest czasem autentycznych starań wynikających bynajmniej nie z próżności i chęci zaimponowania innym, lecz z potrzeby serca, i bynajmniej nie ograniczonych do sprawunków i dekorowania grobów, ale polegających także na przygotowaniach wewnątrzduchowych, aby spędzić ten dzień z pełnym szacunkiem dla zmarłych, oraz na entuzjastycznym robieniu planów, jak ten niewymuszony obowiązek połączyć ze spotkaniami, które - z różnych powodów - możliwe są tylko tego dnia. I dlatego mój stosunek do Wszystkich Świętych był i jest jaki jest, choć oczywiście mam świadomość tego, że ludzie są różni i zachowania żyjących czasem wręcz urągają pamięci zmarłych.

      Usuń
    2. Sądzę, że niemal na pewno nasz odbiór cmentarzy ma związek z tym, co kojarzymy z nimi. Ty pamiętasz spotkania przy grobach z przyjemnymi spotkaniami, ja żadnych spotkań nigdy nie miałam. Ot, odwiedzałam dziadków, jak jeszcze żyli i mieszkałam w Polsce i razem szliśmy na cmentarz. Ale po ich śmierci (babcia zmarła w 2003, a dziadek chyba trzy lata temu) ani razu nie byłam w Polsce na Święto Zmarłych. Z religią, wierzę, ma to dużo wspólnego. Nie rozumiem, po co miałabym stać nad nagrobkiem, przecież nie mogę modlić się do kogoś/czegoś, w kogo/co nie wierzę. Wierzę, jak napisałam, że oni już się odrodzili w nowym wcieleniu, po co mi stać nad resztkami ich ciał? Po prostu te chrześcijańskie rytuały są dla mnie osobiście puste, bo nie wierzę w koncept śmierci jako ostateczności. Pamiętam o dziadkach gdy byli żywi, to dla mnie bardzo cenne wspomnienia, lecz dla mnie pamięć o nich nie ma nic wspólnego z odwiedzaniem grobów, bo ich w tych grobach nie ma, są tylko resztki ciała - a to nie oni. Symbolu ich życia czy śmierci jako grobu osobiście nie potrzebuję.
      Wydaje mi się, że podobnie mogą postrzegać te kwestie Japończycy (a nawet na pewno niektórzy postrzegają), stąd może brak dbałości o groby. Ja osobiście w ogóle nie rozumiem konceptu cmentarza (pomimo faktu, że lubię je oglądać), ideałem byłoby dla mnie gdyby każdego kremowano po śmierci, a prochy rozrzucano nad morzem czy rozsypywano na ziemi. Gdziekolwiek, to przecież nie ma żadnego znaczenia. A ile ziemi wykorzystano by na świecie na ważniejsze cele...
      Co do estetyki to widzę to inaczej - estetyka to zresztą kwestia gustu, mnie się podoba i szaro-bura estetyka i ascetyzm nagrobków, surowość. Odnośnie lokalizacji to przecież w Polsce też cmentarze bywają wciśnięte między bloki, albo gorzej - wyrzucone są za miasto, tak że trzeba mieć samochód, by do nich dojechać. Cmentarz zaś jest tak naturalnym miejscem jak supermarket czy szkoła, więc czemu miałby znajdować się w jakiejś szczególnej lokalizacji? A propos lokalizacji, lubię bardzo londyńskie stare cmentarze, ulokowane najczęściej przy starych kościołach, między budynkami, tak że np. idąc do pracy czy na zakupy przechodzi się przez cmentarz. To jest dla mnie wspaniałe połączenie idei życia i śmierci jako czegoś zupełnie normalnego, naturalnego - a my w dzisiejszym świecie odsunęliśmy trochę śmierć na bok, spychamy ją w niepamięć, boimy się jej i przeraża nas. To moim zdaniem ma katastrofalne skutki, dlatego podoba mi się, jak cmentarze są po prostu częścią krajobrazu.
      A czy byłaś tu kiedyś na chrześcijańskim cmentarzu?

      Usuń
    3. Nie byłam, nawet nie wiem, gdzie takie się znajdują i na razie nie chcę wiedzieć. Na ile siebie znam, wizyta w takim miejscu w czas Wszystkich Świętych jeszcze bardziej wzmogłaby moją tęsknotę za Ojczyzną.

      Przeczytałam Twoją wypowiedź uważnie, Chihiro. Dużo jest różnic w naszym podejściu do poruszonych kwestii, w jednym jednak zgadzam się całkowicie: nie ma sensu silić się na jakiekolwiek praktyki, jeśli nie są zgodne z naszymi przekonaniami. Mam nadzieję, że Cię nie urażę - zapewniam, że nie jest to moją intencją - lecz podam za przykład turystów określających siebie jako chrześcijan, a podczas podróży małpujących puste dla nich rytuały buddyjskie, traktując je po prostu jako atrakcję do zdjęcia lub dla zabawy. Nie rozumiem takiej postawy, podobnie jak tłumaczeń, że to przecież „nic takiego”. Wiadomo mi, że przynajmniej część Japończyków buddystów bynajmniej nie traktuje takich zachowań z zadowoleniem, bardziej jako uwłaczanie ich religii. A patrząc od drugiej strony, nie wyobrażam sobie swojego Męża, który jest agnostykiem - z tych, którzy nie odrzucają idei istnienia Boga Jedynego ani nie potrzebują dowodów na Jego istnienie - kreślącego na piersi znak krzyża. Na pewno dużo straciłby w moich oczach, jeśli robiłby to bez wewnętrznego przekonania, że to jest także Jego znak.

      Kolejne, z czym się zgadzam, to że cmentarz jest miejscem naturalnym, na pewno nie demonicznym. Tylko widzisz, ja nie dostrzegam w polskich lokalizacjach dystansowania się od takich miejsc - czy znajdują się na terenie miast, czy na obrzeżach, we wszystkich znanych mi przypadkach widzę, że miejsce wybrano w sposób przemyślany. Na przykład na osiedlu miasta wojewódzkiego, na którym pracowałam, niewielki cmentarz otoczony był przez bloki, sklepy, rozległy trawnik i zespół szkół, ale tak ogrodzony i tak wkomponowany we fragment zachowanego drzewostanu, że ani nie raził swoim widokiem, ani nie sprawiał wrażenia miejsca najważniejszego w tej części osiedla. I mimo że co dzień mijały go dzieciaki i psy, zawsze wokół niego było czysto.

      A w Japonii, jak napisałam, nie podoba mi się brzydkie, zaniedbane, zabałaganione otoczenie wielu tutejszych cmentarzy. Występujące na tyle często, że uważam to już za kolejną cechę charakterystyczną tego kraju (proszę nie mylić z totalnym uogólnieniem). Zdjęcia najdobitniej to dokumentujące nie udały mi się, będę uzupełniać na bieżąco. Natomiast ascetyzm nagrobków nie stanowi dla mnie problemu estetycznego. Przykrość sprawiłby mi widok niechlujstwa, jednak tego nie widuję na japońskich cmentarzach, nawet na najmniejszych i najskromniejszych, zawsze są uporządkowane. W przeciwieństwie do posągów Jizō-bosatsu - buddyjskiego bóstwa otaczającego swą opieką dzieci, podróżnych, kobiety w ciąży, ludzi znajdujących się w niebezpieczeństwie, a także plony (proszę, popraw mnie, jeśli coś mylę) - fartuszki, śliniaczki i czapeczki, w które są ubierane te posągi, często są tak brudne, a obok ułożonej przed nimi piramidki z kamieni nierzadko wala się tyle śmieci, że w głowie mi się nie mieści, po co taki posąg przy cmentarzu, przy drodze, na podwórzu czy w innym miejscu, skoro nikt o niego nie dba. Nawet w Nikkō, przy drodze z podziemia do znajdującej się na liście Światowego Dziedzictwa Kultury Rinnoji, latem straszył taki widok. Porównując, jeśli widziałam w Polsce przydrożne krzyże i kapliczki z bukietami wypłowiałych sztucznych kwiatków, zawsze takie miejsce było uszanowane, uprzatnięte. Ta różnica we wrażliwości i konsekwencji rzuca mi się w oczy od początku.

      Piszesz o przerażeniu, jakie budzi śmierć. Czy ja wiem... Oboje z Mężem traktujemy śmierć jak naturalną kolej rzeczy. Nie znam nikogo, kto bałby się śmierci jako śmierci; cierpienia fizycznego towarzyszącego śmiertelnym chorobom, myśli, że najbliżsi nie poradzą sobie bez nas - to tak, ale nie samego faktu umierania. Natomiast znam mnóstwo ludzi, którzy śmierć banalizują w sposób dla mnie nieakceptowalny, jak horrory czy Halloween. Pytanie tylko, czy to jest skutek czy przyczyna tego, co sygnalizujesz.

      Usuń
    4. Dużo jest różnic, bo jesteśmy odmiennymi osobami, z innym spojrzeniem na świat, innymi doświadczeniami i obserwacjami. Dla mnie tak samo jak dla Ciebie dziwne jest czynienie rzeczy wbrew sobie, jeśli ma się wybór (pomijam sytuacje skrajne, w których wierność sobie oznacza pewną śmierć własną lub bliskich).

      Oczywiście, że mnie nie uraziłaś. Przyznam, że nie spotkałam się z nikim, kto by naśladował rytuały buddyjskie. O jakie rytuały chodzi? Co takiego można naśladować? Ja osobiście nie praktykuję żadnych religijnych rytuałów, bo dla mnie też buddyzm to nie religia, a filozofia życia, po prostu droga, która wydaje mi się (ale podkreślam, że to dotyczy mnie) jedyną właściwą, która płynie z głębi serca i daje mi ukojenie. Tak samo też nie robię znaku krzyża po wejściu do kościoła chrześcijańskiego, ale w każdej świątyni, czy to kościół, chram czy meczet zachowuję się z szacunkiem dla wyznawców danej wiary. Tego wymaga zwykła przyzwoitość.

      Pisząc o odsuwaniu cmentarza na margines miasta myślałam o cmentarzu, na którym pochowany jest mój dziadek, którego notabene niemal nie znałam, pod Olsztynem. Ostatni raz byłam tam jako dziecko, no, młoda nastolatka, ale wówczas nie można tam było się dostać żadnym transportem miejskim. Osoby bez samochodu nie były w stanie dotrzeć na ten cmentarz. Może coś się zmieniło, nie wiem. Za dużo cmentarzy polskich nie widziałam, przyznaję, może to wyjątek i reszta jest naprawdę ładnych, zadbanych i lepiej wkomponowanych w otoczenie? Nie upieram się, zresztą nie chcę też porównywać za bardzo, bo to przecież do niczego nie prowadzi :)

      Wiesz, w Japonii w wielu miejscach jest naprawdę nieładnie. Brakuje jasnych strategii urbanizacyjnych, każdy buduje sobie domki jak chce - takie mam wrażenie - i w wielu okolicach można odnieść wrażenie bałaganu, chaosu, pewnej prowizorki (i czasem to naprawdę jest prowizorka). Do tego wiszące wszędzie kable, do których się już przyzwyczaiłam, bo nie ma wyjścia, psują strasznie widok. Japonia jest jednocześnie i przepięknym i bardzo brzydkim krajem, zależy na co spojrzeć. O prowincji mogę się tylko wypowiadać w odniesieniu do mojej podróży sprzed trzech lat, ale muszę pojeździć, by wypowiadać się z większą swobodą, bo zwyczajnie za mało jeszcze widziałam. Ale jestem pewna, że masz rację co do tych zaniedbanych strojów Jizo-bosatsu.

      Co do strachu przed śmiercią to mało o tym rozmawiam z ludźmi, to nie jest wygodny temat. Ale wiem, że wiele osób się boi właśnie śmierci jako śmierci, i tego co potem. Halloween niewiele ma wspólnego z podejściem do śmierci, to staroangielskie święto o pogańskich korzeniach, podczas którego czci się plony (stąd chyba wszechobecne dynie dzisiaj) oraz przyjmuje duchy zmarłych. A ponieważ przybywały też złe duchy, ludzie - tak się uważa - przebierali się, by nie dać się im rozpoznać. Nie widzę w tym bagatelizacji śmierci, wydaje mi się, że tak jak poprzez horrory próbuje się raczej oswoić śmierć (lub złe demony). Pokazać, że nie jest taka straszna. Co tym ciekawsze, że tak naprawdę nikt nie wie, jak śmierć wygląda, gdy naprawdę nadchodzi...

      Usuń
    5. Piękna jest ta Twoja uwaga o szacunku dla wyznawców innej wiary. Choć przyznam, ja miewam z tym problem, ponieważ nie potrafię nie widzieć, jeśli zachowania ludzi są rozbieżne z wytycznymi ich religii, ani zrozumieć, jak można do kwestii wiary podchodzić powierzchownie. To temat rzeka i odnosi się także do chrześcijan, tutaj krótko i pod kątem Japonii: Mam szczęście spotykać ludzi, którzy zaskakują mnie swoją otwartością, choć nie wyrywam się z pytaniami. Ale uderza mnie to, jak wielu Japończyków – niezależnie od poziomu wykształcenia, statusu społecznego – nie jest w stanie mi wytłumaczyć, co oznaczają czynności wykonywane przez nich w miejscach kultu religijnego, choćby po co uderzają w kane (dzwony i gongi), do kogo kierują swoje modlitwy. Podobnie jak uderza mnie widok turystów, o których wiem, że są chrześcijanami, a jednak biorą udział w „świętej loterii” omikuji przepowiadającej przyszłość. Albo kupują dla siebie lalki daruma na szczęście – co z nimi zrobią po roku, gdy należy rytualnie spalić je w świątyni buddyjskiej, aby nie przynosiły niepowodzeń?... Albo małpują gasshō, w buddyzmie gest złożenia rąk i ich podniesienia w wyrazie wdzięczność lub szacunku - komu tę wdzięczność i szacunek okazują?...

      Tokio znam, mieszkam blisko, bywamy tam z Mężem od czasu do czasu. Bardziej jednak lubimy wycieczki w mniej komercyjne miejsca na mapie Japonii. Na podstawie dotychczasowych obserwacji mogę stwierdzić jedno: czy metropolia, czy mieścinka – ten kraj wcale nie jest tak ładny, jak go się przedstawia w przewodnikach turystycznych. W moim odbiorze to nawet nie kwestia tych kabli, o których zresztą pisałam niedawno w osobnym poście. Tu generalnie istnieje inne podejście do ładu, porządku i czystości – nie dba się o to tak, jak w Polsce. Im więcej zwiedzamy, tym bardziej to widzę. Ciekawa jestem Twojego odbioru, chętnie poznam Twój punkt widzenia, gdy poznasz trochę więcej Japonii. Zakończyć chcę jednak pozytywnie: nie widzi się tutaj aktów wandalizmu na taką skalę, jak w Polsce, powiedziałabym nawet, że sporadycznie.

      W kwestii Halloween i horrorów mam inne zdanie niż Ty, Chihiro. Wierzę w życie po życiu i nie podoba mi się robienie sobie zabawy z duchów, a w popularyzacji takiej aktywności widzę nie oswajanie ze śmiercią, a znieczulanie na nią, prowadzące do obojętności na strach i cierpienie innych. Nie jest mi też obojętne to, że rodowód Halloween wywodzi się z okultyzmu; że zwyczaj „cukierek albo psikus” bierze się od celtyckich kapłanów-satanistów, którzy krążyli po ludziach, domagając się jedzenia i przeklinając tych, którzy im odmówili; że co groźniejsi żądali nie tylko jedzenia, ale także młodych osób, które następnie składali w ofierze szatanowi; że w zamian dawali świece wykonane z tłuszczu ludzkiego, których światło miało ochronić resztę domowników; że według Antona Szandora LaVeya, autora „Biblii Szatana”, Halloween ma dla satanistów niemal tak samo ważną rangę, jak Noc Walpurgii. To tak w największym skrócie.

      Usuń
  2. Wpis N. i komentarz Chihro wykazują, że w jednym kraju można zaobserwować dane zjawisko w zupełnie innej odsłonie. Tak samo jest z Jordanią - piszę o tym co obserwuję wokół siebie, ale inna osoba mieszkająca tutaj może widzieć to samo w innym rejonie miasta czy kraju i to już byłaby zupełnie inna lub przynajmniej nieco odmienna relacja. Na mnie te małe cmentarze ze zdjęcia też zrobiły przytłaczające wrażenie, takie zdawałoby się porzucone, zapomniane, jak nieurodzajny kawałek ziemi. Ale te dwa ostatnie pokazane z bliska - już nie, chociaż cmentarze nie są moim ulubionym miejscem na ziemi, to wzruszają mnie szczególnie gdy mijam czy zatrzymuję się nad grobami osób, które odeszły za wcześnie lub, gdy widzę groby, które swoim wyglądem świadczą o zapomnieniu. Wraz z moją rodziną mijając takie groby omiataliśmy je trzymaną w siatce miotełką i stawialiśmy znicze - nie tylko w Święto Zmarłych. Do pewnego wieku nie lubiłam tego święta, wydawało mi się ono smutne i nudne, marzłam i marzyłam o powrocie do domu - jako dziecku, potem do niego dojrzałam i stało się ono ważne ze względu na symboliczne spotkanie z tymi, którzy odeszli i spotkanie tych, którzy wciąż żyją - niektórych tylko ten jeden raz w roku. A potem - przestałam mieć możliwość uczestniczenia w tym Święcie i odwiedzam groby podczas pobytów w Polsce, teraz już zupełnie z własnej i nieprzymuszonej woli. W Jordanii, przynajmniej w rodzinie mojego męża, nie ma tradycji odwiedzania grobów, dbania o nie, chociaż czasami, spontanicznie, odwiedza się grób najbliższej osoby, szczególnie, gdy zmarła niedawno, jednak nie stawia się zniczów ani kwiatów, groby to kopczyki ubitej ziemi, ale pamięć o zmarłych trwa w ludziach, często wspomina się tych, którzy odeszli, prosi Boga o ich wstąpienie do Raju...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przed chwilą wyszukałam zdjęcia jordańskich cmentarzy, te kopczyki otoczone kamieniami uderzają surowością wyglądu... Takie nekropolie wyglądają jak kamienna pustynia, a jednak jestem zaskoczona, ponieważ nie wywarły na mnie smutnego wrażenia. Widzę w nich coś, czego brakuje mi w przypadku większości japońskich cmentarzy: Atmosferę wspólnoty zmarłych (trudno mi to określić dokładniej), jaką zawsze czuję odnośnie polskich cmentarzy, nawet jeśli tylko oglądanych na ekranie, podczas gdy w Japonii nie tylko malutkie cmentarze wydają mi się samotne, odrzucone w byle jaki kąt. I spokój w miejscu spoczynku - zupełnie inaczej niż w przypadku tych licznych japońskich cmentarzy, wokół których trwa zgiełk ruchliwych ulic, hałas dobiegający ze znajdujących się tuż obok zakładów pracy itp. Ale to są, oczywiście, moje osobiste odczucia. I właśnie dlatego, aby mój subiektywny odbiór nie został odebrany jako tendencyjny krytycyzm, pokazuję także 2 cmentarze od środka, takie bardziej z duszą. Jednak ważniejsza od wrażeń estetycznych jest dla mnie pamięć o zmarłych, bo co z tego, że ktoś wykosztował się na piękne miejsce pochówkowe, jeśli jest ono wyraźnie odfajkowane i opuszczone, podczas gdy ktoś inny na smętnym cmentarzyku systematycznie daje wyraz swojej pamięci poprzez wymianę zawartości wazonów czy zapalenie kadzidełek. Pamięć o zmarłych świadczy o żywych, takie jest moje zdanie i miło mi wiedzieć, że w Jordanii jest ona szanowana, a wspominki o zmarłych są czymś naturalnym.

      Mamo Ammara, fragment o rodzinie Twojego Męża przypomniał mi o tutejszej ciekawostce: Otóż z okazji O-bon Japończycy z reguły odwiedzają tylko groby przodków związanych z nazwiskiem rodowym, czyli gdybym ja była Japonką, która przyjęła nazwisko męża, to na groby zmarłych z mojej strony nie wybieralibyśmy się. Ta reguła działa też w drugą stronę: jeśli Japończyk przyjmuje nazwisko żony, planuje odwiedziny tylko na grobach jej krewnych. Od tej reguły zapewne są wyjątki, lecz tak to generalnie wygląda z tutejszą organizacją w związku ze świętem zmarłych. Jak widać, co kraj, to obyczaj.

      Dziękuję za nieoczekiwaną, jak już wiesz, wizytę. Doceniam i z serca dziękuję :*

      Usuń
  3. Dziwne są te japońskie cmentarze, a zwłaszcza ich lokalizacja. Najbardziej przygnębiające (dla mnie) zdjęcie bochi to Twoje szóste zdjęcie, mały cmentarzyk, wciśnięty gdzieś, pomiędzy domy…

    Bardzo lubię odwiedzać cmentarze, szczególnie takie stare, zapomniane. A 1-go listopada najbardziej lubię cmentarz po zmroku, z tą łuną światła bijącą od zniczy, z odrobiną tajemniczości, z niewielką już ilością odwiedzających.
    Ostatnie trzy lata, nie tylko we Wszystkich Świętych odwiedzaliśmy polskie cmentarze na Białorusi, kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Polską, na terenie, który kiedyś był Polską. Niesamowite wrażenie i kawałek pięknej historii. I na tych cmentarzach są chowani Polacy po dzień dzisiejszy, napisy na płytach są po polsku, czasami z błędami, ale widać, że ludzie tam żyjący, mimo że to już tyle lat minęło, nie zapomnieli swojej polskości. Łza się w oku kręciła…

    Tutaj, w KSA nie trafiłam jeszcze na mizar - muzułmański cmentarz. Nawet nie wiem, gdzie ich tu szukać, ale spróbuję się dowiedzieć. Nie wiem, czy można byłoby tam wejść, ale chętnie zobaczyłabym takie miejsce.

    Jeszcze odnośnie Twojego, droga N., posta, to refleksyjnie mi się zrobiło czytając ostatnie jego zdania :( Tylko, że życie często nas zaskakuje, jest pełne zwrotów i niespodzianek, i chyba nie można niczego być pewnym. A może na koniec życia przeniesiecie się w Twoje rodzinne strony? ;)

    Pozdrawiam cieplutko, bo u mnie +28*C i jest bardzo przyjemnie ;)
    I pozdrawiam moje "przedkomentatorki", bo ciekawie czyta się Wasze komentarze.
    Spokojnej nocy, droga N., bo u Ciebie już przecież porządny wieczór :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, Iwonko, co mnie bardzo zasmuca w przypadku takich wciśniętych pomiędzy budynki cmentarzy? Choć dookoła tyle ludzi, nie widuję tutaj spontanicznych wpadań mieszkańców i przechodniów na chwilę zadumy, co tak charakterystyczne w Polsce, zarówno na cmentarzach, jak i w kościołach, gdzie o każdej porze dnia kogoś widać. A jeszcze bardziej to, że te poupychane cmentarzyki zdają się być niewidoczne dla Japończyków, zazwyczaj bowiem mijają je zupełnie obojętnie. Oczywiście piszę to tylko na podstawie własnych obserwacji, faktem jednak jest, że u nas często wystarczy parę minut, aby zauważyć kogoś zmierzającego na cmentarz, tu natomiast można się nie doczekać w ogóle, jeśli cmentarz nie stanowi atrakcji turystycznej. I nie teoretyzuję. Ten chłopczyk, którego widać na jednym ze zdjęć, oraz starsza pani, której nie ośmieliłam się sfotografować, to jedyne osoby, jakie kiedykolwiek widziałam w dzień powszedni na japońskim cmentarzu, niezależnie od tego, ile czasu miałam na obserwacje.

      Twoje piękne wspomnienia z Białorusi przypomniały mi moje z Ukrainy. Tam po wielu polskich cmentarzach zostały tylko pojedyncze mogiły, ponieważ władze Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej swego czasu nakazały zlikwidować te symbole polskości. Na przykład w „moim” Iwano-Frankowsku, czyli dawnym polskim Stanisławowie, taki los spotkał Cmentarz Sapieżyński, na którym znajdowały się mogiły polskich powstańców listopadowych i styczniowych, a także napoleończyków i legionistów - w 1980 roku zrównano je z ziemią, a następnie teren przeznaczono pod budowę hotelu i teatru. Brak słów.

      Również z Ukrainy pamiętam jeszcze coś innego: Otóż byłam bardzo zdziwiona, gdy okazało się, iż wciąż żywa tam jest tradycja polegająca na tym, że w dniu prawosławnych Zaduszek (zwanych Prowodami, o ile mnie pamięć nie myli) ludzie wykładają na cmentarne stoły jedzenie i alkohol, który rozlewa się do kieliszków, po czym resztę wylewa na grób, a następnie przystępuje do zakrapianego wódką ucztowania. Ta informacja wprawiła mnie w takie osłupienie, że zrezygnowałam z zaproszenia otrzymanego od zaprzyjaźnionych ukraińskich rodzin i wolałam zostać w domu.

      A w tym roku nie zostałam. Pochodziłam sobie po cmentarzu, porozmyślałam i raz jeszcze utwierdziłam w przekonaniu, że podjęliśmy słuszną decyzję. Nic mi po pięknym ostatnim pożegnaniu, jeśli odchodziłabym ze świadomością narażenia własnych dzieci na ogromne, realne ryzyko co najmniej kilka pokoleń do przodu. Do Polski planujemy się przenieść, chyba nawet pisałam o tym na blogu, lecz myślimy o tym z coraz mniejszym zapałem, gdyż celem głównym przeprowadzki było umożliwić dzieciom życie w kraju mniej pokręconym niż Japonia. „Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość" - nic dodać, nic ująć.

      Lecz żeby nie kończyć tak smętnie. Chętnie przeczytam o Twoich wrażeniach, jeśli uda Ci się znaleźć mizar (nie znałam tej nazwy). Gdy Mama Ammara napisała, że muzułmańskie groby to kopczyki, wyobrażałam je sobie jak koreańskie, tymczasem okazały się być bardziej podobne do beduińskich. Wpadły mi w oko także zdjęcia cmentarzy brazylijskich, z nagrobkami podobnymi do architektury jordańskiej właśnie - no ale gdzie Brazylia, gdzie Jordania :) Niesamowite, na jak wiele sposobów ludzie na świecie zagospodarowują takie miejsca. Nie byłam pewna, czy naprawdę chcę tworzyć post o cmentarzach, tymczasem okazało się, że w konsekwencji dowiedziałam się dużo interesujących rzeczy. To jeden z powodów, dla których lubię tu kontakt z Wami, poszerzacie moje horyzonty :) Iwonko kochana, pozdrawiam Cię serdecznie, dziękuję za wizytę!

      Usuń
  4. Czytając wszystkie komentarze i Twój wpis, trochę Wam zazdroszczę tego, że jesteście w stanie doceniać całą atmosferę świąt, albo chociażby "cieszyć" się z wyjścia na cmentarz, podumać, zastanowić się.
    Ja odczuwam na cmentarzu tylko niezadowolenie. I nawet nie przez komercjalizm (zawsze będzie nam towarzyszył i zawsze będzie rósł), nie przez to, że to przygnębiające święto, ale może przez złość. Spotkań przy grobach nigdy nie miałam. Jedynie podczas pogrzebów. I złoszczę się patrząc na grób, że dla jednych liczy się tylko to ile światełek się świeci, czasem tylko na Święto Zmarłych, a na co dzień nie robią nic, aby "zaświecić światełko" tej osobie, poprzez swoje czyny, pamięć. (No, metafora taka :D).

    A może dlatego, że zawsze widzę taką skrajność. Albo całkowity brak zainteresowania grobem, tak, że zarasta pod kupą liści, albo bieganie co dwa dni od iluś lat na grób i polerowaniu go.

    I mimo wszystko widzę duże podobieństwo do grobów japońskich i naszych, polskich. U nas, złe głodne duchy błąkają się w czyśćcu. Tylko szkoda, że to podobieństwo nie obejmuje też przesądu kradzenia kwiatów/zniczy/ozdób...

    Czy ja już mówiłam, N., że kocham zdjęcia, które wrzucasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś sobie przypominam ;) Dzięki, traktuj je jako rewanż za Twoje poczucie humoru, którym rozbrajasz mnie na swoim blogu :)))

      Teorii czyścowych jest kilka, nawet głoszonych w polskich kościołach tego samego wyznania. Ale podwójna różnica taka, iż tu panuje przesąd, że jeśli ducha nie nakarmisz, to zezłośliwieje. Nie wiem, czy traktować to na poważnie, podobnie jak nie wiem, co sobie tak naprawdę myślą ci Japończycy, którzy „cztery” mówią jako „yon” (po japońsku) zamiast „shi” (sino-japoński), ponieważ to drugie znaczy także „śmierć” i zgodnie z przekonaniem o funkcji magicznej języka mogłoby wpłynąć na rzeczywistość. Albo ci, którzy obawiają się potknąć i upaść na cmentarzu, bo nie przeżyją nawet 3 godzin. Ani ci, którzy spotykając procesję pogrzebową, chowają kciuki do kieszeni, aby nie wywołać śmierci swoich rodziców. Męża pytać nie mam po co, ponieważ nie jest przesądny, a Japończycy, o których wspominam, z kolei nie sprawiają wrażenia przesądnych tylko dla żartu, jak to najczęściej bywa w Polsce, jeśli już. Na szczęście nie wszyscy Japończycy w to wierzą i za takimi już łatwiej nadążyć.

      Wiesz, Dev, częstego udawania się na cmentarz, nawet skrajnie częstego, nie traktowałabym automatycznie jako coś złego. Ludzie mają różne potrzeby emocjonalne i różnie przeżywają śmierć najbliższych, dla części z nich taka aktywność jest zapewne jakąś formą terapii. Dla mnie bardziej dziwnym zachowaniem jest robienie ze swoich wycieczek na cmentarz sposobu na życie uprzykrzającego życie innym. Na przykład kiedyś, podczas spaceru po cmentarzu w nowym dla mnie mieście (już nie pamiętam, przy jakiej okazji), nastrój skutecznie popsuła mi dziarska staruszka, z bezpiecznej odległości zarzucająca mi w głos wypatrywanie ozdób wartych ukradzenia. Byłam w szoku, mówiąc krótko.

      Twoja metafora bardzo mi się podoba :) Trafnie to ujęłaś. I po części Cię rozumiem: niejednokrotnie zdarzyło mi się zdematerializować, gdy nieoczekiwane towarzystwo wokół grobu zdawało się nie pamiętać, po co we Wszystkich Świętych przychodzimy na cmentarz, raz nawet zrobiłam w tył zwrot i tyle mnie widziano, na cmentarz wróciłam już po uroczystości, spędzić tam czas na spokojnie, a nie ćwicząc się w trzymaniu nerwów na wodzy. Tak, nie tylko nieobecność, ale i obecność ludzi potrafi zepsuć atmosferę tego święta.

      Pozdrawiam Cię serdecznie, dziękuję, że się tu zatrzymałaś na dłużej niż zerknięcie na zdjęcia ;)

      Usuń
    2. Na zdjęcia zawsze zerkam :D!

      W sumie nie pomyślała o tej terapii. Niektórzy potrzebują takiej formy.

      Zaś co do przesądów, to z Japończykami chyba Polacy nie mają co się równać, ale też mamy takie, w które nawet dla śmiechu wierzymy (kominiarz, nie kładzenie torebki na ziemi etc.) :) Sama się stosuję do jednego, tego z torebką na ziemi i uciekającymi pieniędzmi. Niby głupie to, wiadomo, przesąd, ale kurcze, wizja uciekających pieniędzy jednak bardziej na mnie działa :D

      Usuń
    3. Dopóki się z tego śmiejesz, nie jest z Tobą jeszcze tak źle ;)))

      W Japonii przesądów jest od groma i trochę, ja jednak nie chciałabym pisać o takich, z którymi nie wiążą się żadne moje obserwacje. Im im mniej takich obserwacji, tym łatwiej mi pamiętać, że wiek mamy już XXI.

      Usuń
  5. N. :-) a więc "odwiedziłaś" jordańskie cmentarze ... jesteś niesamowita :-). Mi one kojarzą się z takim powrotem do źródeł - blisko natury, bez ziemskiej otoczki (jakkolwiek brzmi to dziwnie, bo ziemia ziemia i jeszcze raz ziemia otacza zmarłego, ale wiadomo o jaką ziemską otoczkę mi chodzi :-)).
    Japońska ciekawostka, o której piszesz jest niezwykle zaskakująca - czy wszystko musi być takie odgórnie ustalone, uregulowane, z podziałami? Rozumiem, że nie jest to zasada, za której złamanie grozi kara grzywny lub areszt;), ale i tak niezwykłe naprawdę.
    A jeszcze mam jedno pytanie - na zdjęciach moją uwagę przykuły te drewniane "listwy" - wiadomo czym one są?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje pierwsze skojarzenie na widok jordańskich cmentarzy to: „Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz”... Jestem nimi zaskoczona bardzo pozytywnie.

      Z dotarciem do tego, co to są te listwy-deszczułki nabiedziłam się niemało, prędzej by było zapytać Męża, a nie stawiać na samodzielność ;P Dlatego tym bardziej cieszę się, że Cię one zainteresowały, przynajmniej mój trud nie poszedł na marne ;)

      Na ile się orientuję, Japończycy lubią ustalone zasady, dzięki którym mniej komplikacji w życiu (przynajmniej z założenia). Cóż, w Polsce ludzie łamią sobie głowy nad tym, jak zdążyć odwiedzić wszystkie groby, a tu - problem z głowy. Można i tak, mnie jednak bardziej odpowiada polskie wariatkowo niż japońskie układy.

      Usuń
  6. Droga N., bardzo przepraszam, cofam pytanie - znalazłam odpowiedź w tekście :-), wcześniej umknęło mi to zdanie między zdjęciami.

    A poczytałam też komentarze i chciałam dorzucić, że nie wierzę w przesądy, niewiele ich chyba nawet znam i np. maniakalnie rzucam torebkę na podłogę i ... nie mam pieniędzy :D. Znaczy powinnam wierzyć? :D

    I jeszcze: z grobu mojego dziadka znikały na przemian kwiaty (które moja babcia i mama wymieniają regularnie od ... 40 lat ) i granitowy dzban. Kolejny dzban przytroczono do grobu na stałe, kwiaty ginęły dalej. Moja babcia napisała list do złodzieja i wsadziła go do dzbana. Kwiaty już nigdy nie zginęły, zginęła ławka ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahahaha :))) Najmocniej przepraszam :))) Bombowa historia, trochę przypomina mi tę, jak z kolei mojej ukradziono pieniądze wysłane z listem, a Ona się zmartwiła, że może tych pieniążków było zbyt mało dla złodzieja, no bo na pewno biedny... Babcie potrafią rozładować każdą sytuację :)))

      M.A., kochanieńka, chyba powinnaś wierzyć - ja z uporem maniaka siadałam na rogu stołu i za mąż wyszłam w wieku lat 38 :))) Rany, ale mi dzisiaj robisz śmiechoterapię, uwielbiam Cię! :)))

      Usuń
  7. Dużo się zdarzyło, ale jeszcze więcej zdarzyć się może....
    Po prostu chłonę wiedzę o Japonii w Twoim podaniu. Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja dziękuję, DD - im więcej poznaję Cię poprzez Twojego bloga, tym bardziej cieszą mnie Twoje odwiedziny.

      Usuń
  8. Japonczycy wierza, ze dusza zmarlych podczas obonu wraca do domu, dlatego obrzadki przy grobach ograniczaja sie do niezbednego minimum. Zapala sie za to lampiony, ktore maja wskazac duszom droge do domu.Podejrzewam, ze taniec podczas obon tez mial cos wspolnego z naklanianiem dusz zmarlych by powrocily do domu albo z ich zabawianiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego, co wiem, Agatko, Japończycy wierzą, że w podziękowaniu za opiekę nad grobami (a trzeba przyznać, że w przeciwieństwie do otoczenia same groby bardzo rzadko wyglądają na zaniedbane) duchy ich zmarłych przodków odwiedzają domowe ołtarze. By uczcić te odwiedziny, organizują więc tradycyjne tańce nie tylko na ulicach i dziedzińcach świątyń, ale także właśnie w domach. Tańce te są radosne, co ma związek z opowieścią Maha Madgalyayana, ucznia Buddy: Dzięki swej nadprzyrodzonej mocy ujrzał on ducha zmarłej matki, który wisząc głową w dół, cierpiał męki w świecie Głodnych Duchów. Aby ulżyć tym cierpieniom, zwrócił się do Buddy o poradę, a on polecił mu ofiarować jedzenie mnichom, którzy właśnie powrócili z rekolekcji. Maha uczynił to, po czym miał wizję uwolnionego ducha matki - i z radości zaczął tańczyć.
      Związek z tą samą opowieścią widać też podczas tradycyjnej ceremonii pogrzebowej, gdy krewni zmarłego wybierają kości z popiołów jego spalonego ciała i układają w urnie najpierw kości stóp, a na końcu kości czaszki, aby zmarły nie znalazł się w pojemniku do góry nogami.

      Usuń
  9. Wspaniale wszystko opisałaś :) z ciekawością oglądałam zdjęcia. Jak widzisz choć na chwilkę dotarłam do Ciebie:) jeszcze zajrzę i poczytam komentarze :) Wspomnę tylko, że dotarłam również do Twojego komentarza i udało mi się również odpisać - to wielki sukces:) Pozdrawiam serdecznie Iwona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iwonko, w blogosferze preferuję bezinteresowność, więc proszę mi się tu nie stresować przypadkiem :) Do lektury komentarzy w wolnej chwili jak najbardziej zachęcam, są integralną częścią mojego bloga. Dziękuję Ci za miły komentarz; opis byłby lepszy, gdybym była w stanie zrozumieć zawiłości buddyjskiego myślenia - lecz nawet sami Japończycy zdają się w tym gubić, dlatego pomimo przeprowadzonych rozmów i przeczytanych materiałów autorstwa ludzi, którym ten temat jest bliższy, w moich wypowiedziach stoi jak stoi. Pozdrawiam wzajemnie, serdeczności!

      Usuń