2013/02/15

Koniec świata, lubię kucharzyć


Deszcz meteorytów uderzył dziś w Rosję, gigantyczna asteroida leci w kierunku Ziemi, a mój post wciąż niedokończony. Nasz glob niby tylko ma zostać muśnięty, ale kto ją tam wie, więc lepiej zbiorę się w sobie, żeby nie zostawiać bałaganu chociaż w swojej (blogo)sferze. ;)


Japończycy licznie stołują się w restauracjach, dość powiedzieć, że przed wieloma z nich wystawione są siedziska różnego rodzaju, aby oczekiwanie na wolne miejsce w środku nie zniechęciło ludzi, gdyż konkurencja jest bardzo duża. Poniżej przykład z galerii handlowej tuż po otwarciu:




My od czasu do czasu też gdzieś wpadamy, ale tylko gdy głód nas dopadnie daleko od domu. Dla mnie to przyjemność mniejsza niż średnia, zwykle zamawiam to samo, w zależności od tego, gdzie jesteśmy, np. chlebki naan lub pizzę. Dużo większy wybór ma T., jednak od kilku miesięcy chętnie rezygnuje nawet z ulubionych dań kuchni japońskiej na rzecz kuchni polskiej w domu. Wspominałam kiedyś na blogu, że pracami domowymi podzieliłyśmy się z Teściową według Jej propozycji: ja sprzątam, Ona gotuje - co było mi bardzo na rękę, gdyż wstrząsa mną na widok takich popularnych rarytasów”, jak natto o zapachu przechodzonych skarpet czy mini rybki wyglądające jak robaki.
  
Ostatecznie na umowie odnośnie podziału prac domowych wyszłam jak Zabłocki na mydle. Na własne życzenie. Uznałam bowiem, że w kwestii zdrowego, bezpiecznego żywienia mogę ufać tylko sobie, dlatego pora się przełamać. Poszło tym łatwiej, że mam wsparcie w Mamie, która zaczęła mi przysyłać paczki żywnościowe. W pierwszej znalazły się m.in. przetwory z naszych polskich grzybów, co miało znaczenie bardzo symboliczne. (Por.: w sąsiadującej z nami prefekturze Tochigi stężenie radioaktywnego cezu w grzybach wzrosło jesienią ze 134 Bq aż do 3000 Bq - link.) Tak więc i sprzątam, i gotuję. Nie stanowi to dla mnie żadnego problemu, tym bardziej, że Teściowa ma swoje lata i także z tego powodu niezbyt komfortowo czułam się, gdy zabierała się do przygotowywania posiłków, podczas gdy ja miałam odpoczywać, choć jedyna praca w domu, która mnie wyżyma z sił, to mycie 19 okien.

Moje gotowanie jest pl i tylko z konieczności łamane przez jp. Tego łamania nie lubię, nazbyt często zdarzają się niespodzianki, które konsekwentnie wyrzucam do kosza na śmieci, przykład sprzed kilku dni:




Specjalistą nie jestem, więc nie wiem, czy takie mutacje to wynik Fukushimy, ale wobec tego, że co i rusz dowiaduję się o anomaliach podobnego i innego rodzaju, które wykrywane są u zwierząt i roślin, wyrzucam bez mrugnięcia okiem. 

Czas spędzany w kuchni jest dla mnie tym bardziej przyjemny, że znaleźliśmy znakomite urządzenie wielofunkcyjne, w dodatku made in Japan, co bardzo ucieszyło T. Zadowolenie z produktów japońskich wcale nie jest oczywistością - poprzedni robocik, na który się uparłam, bo mi się wydawał bardzo poręczny, nie wytrzymał nawet 2 miesięcy użytkowania łącznie, na nic zdała się wymiana po falstarcie, 3.980 jenów wydane na marne: 




Dlatego następnym razem przystałam na wybór T. Okazał się strzałem w dziesiatkę. Produkt jest bardzo nieskomplikowany w obsłudze, szybki w działaniu, dużo bardziej cichy od typowych robotów kuchennych i na dodatek łatwy w utrzymaniu w czystości. A że nadaje się niemal do wszystkiego, zakochałam się w nim na długo przed walentynkami:





Tylko jedno ostrze, a tyle (i jeszcze więcej) możliwości: 



Więcej filmików na: michibakpchannel.




Na stronie internetowej Michiba Kitchen Product jest cała masa propozycji kulinarnych, nie korzystam z nich jednak. Poznawane w sieci przepisy modyfikuję zawsze tak, aby jak najmniej w nich było japońszczyzny.


Przy okazji naszych poszukiwań dokupiłam więcej rzeczy przydatnych w kuchni, którymi wcześniej nie zaprzątałam sobie głowy, a które teraz bardzo mi się przydają, np.: 



 


Poniżej zdjęcia typowego wyposażenia japońskich kuchni - podgrzewacza wody, który po zagotowaniu utrzymuje ją w gorącej temperaturze, 
oraz garnków do ryżu suihanki:


 



I kika mniej standardowych urządzeń kuchennych:





Na komputerach i w telefonie mam zakładki, do których wklejam najfajniejsze linki do przepisów wypatrzonych w sieci. I wprowadziłam prawie szlaban na sos sojowy, który w Japonii jest tak popularny, że niektórzy wręcz zlewają nim każdą potrawę, a o którym już wiem, iż zawiera prawie 20% soli, więc jego zalety są bardziej smakowe niż zdrowotne. Bardzo pilnuję, aby T. nie wracał do takiego nawyku, gdyż w ostatnich badaniach okresowych wyszedł Mu podniesiony poziom tzw. złego cholesterolu, więc nadwyżka soli jest niewskazana. Wyniki pozostałych badań - bardzo dobre, więc jeśli przypilnujemy tego cholesterolu, będzie super.

Pracownicze badania okresowe w Japonii to poważna sprawa. Kraj ten od jakiegoś czasu zmaga się z problemem otyłości, w związku z czym tutejszy rząd zdecydował: od ubiegłego roku firmy zatrudniające ludzi z nadwagą płacą o 10% wyższą składkę emerytalną. Zgodnie z tymi przepisami, pracownicy powyżej 40 roku życia powinni być regularnie ważeni - jeżeli nie zmieszczą się w wyznaczonych normach, ich pracodawcy za to zapłacą, dosłownie. Specjaliści liczą na to, że bodziec finansowy zadziała i że w związku z tym spadną koszty leczenia wywołane otyłością (a w ciągu ostatniej dekady średnia waga mężczyzn wzrosła o 10%, kobiet zaś o 6%). Od roku 2008 ponadto mierzony jest obwód pasa u pracowników przedsiębiorstw państwowych i instytucji publicznych w tym samym przedziale wiekowym - mężczyźni mogą mieć maksymalnie 85 cm, a kobiety 90 cm. W przeciwnym razie łamią japońskie prawo i narażają się na reprymendy ze strony lekarzy i pracodawców.

Być może z powodu takich obostrzeń od pewnego czasu w Japonii zaczyna brakować - jak wyraził się jeden z komentatorów - rdzennych zapaśników sumo. Jednym z najbardziej popularnych jest tu zawodnik z Finlandii, był o nim program w telewizji.

A skoro o sportach dalekowschodnich...

Jakiś czas temu wkleiłam na swoją japońską stronę na Facebooku podrzucony mi link do informacji, że kilkanaście zawodniczek narodowej kadry dżudo złożyło oficjalną skargę na to, że są przez trenerów poniżane słownie oraz bite. Wtedy nie miałam czasu, aby zgłębić temat, teraz jestem w szoku. Okazuje się, że skarga została złożona jesienią, ale za jej rozpatrywanie zabrano się dopiero, gdy upublicznili ją dziennikarze. Zarzuty potwierdzono, lecz trenerów ukarano jedynie upomnieniem. (Główny winowajca odszedł sam, pewnie nie w smak mu była wrzawa w mediach.) Co gorsza, minister sportu przyznał, że bicie od lat jest częścią warsztatu japońskich trenerów.

Idąc tym tropem, poszukałam dalej. Okazuje się, że znęcanie się ma miejsce nie tylko nad dorosłymi, ale także nad dziećmi. Według bardzo niedawnych badań w ciągu minionych 30 lat z tego powodu (bicie bambusowymi kijami, wywieranie presji na dawanie z siebie więcej i więcej) zdarzyło się kilkaset przypadków uszczerbku na zdrowiu, łącznie z paraliżem, i każdego roku umiera średnio 4 dzieci. Głównie podczas lub wskutek treningów dżudo, dlatego od wiosny zeszłego roku istnieje w Japonii stowarzyszenie ofiar takich wypadków, powstało jako prywatna inicjatywa i zajmuje się między innymi wyciąganiem na światło dzienne przypadków ukrywanych. Ujawnione przypadki już na tę chwilę stanowią przerażający obraz (przykładowy link do strony, gdzie ukazano to bardzo przejrzyście).

Aż mi się odechciało pisać dalej. Na Facebooku uzupełnię jutro.

12 komentarzy:

  1. Zacznę od papryki. U na w Polsce (jak to brzmi :D) raz też taką miałam. No nie identyczną, ale w papryce rosła papryka. Nie wiem skąd pochodziła, ale to było jakiś czas temu. Z kolei niedawno oglądałam program, gdzie pokazywano i tłumaczono dlaczego w jajku kurzym po rozbiciu było... drugie jajko! (Było, ale zamiast "urodzić" jajko się cofnęło i zostało otoczone następnym, bardzo duże było).

    Czytając dalsza część posta... kurczę, Polki to jednak są "kury domowe" i koniec kropka :D Nie wszystkie, ale jednak jeśli dojdzie co do czego, to zrobi wszystko i jeszcze będzie jej to sprawiać radość. Na dodatek nic nie tracąc ze swojej niezależności. Czyż my nie jesteśmy piękne?!

    Na dalszą część o sprawie "sportowej" poczekam do jutra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Facebooku napisałam niewiele więcej niż tutaj, temat mnie obezwładnił. Zapytałam T., jak to jest z tym dyscyplinowaniem za pomocą bambusowego kija, i właściwie nie musiałam czekać na odpowiedź, Jego mina mówiła sama za siebie. Za Jego czasów szkolnych to był standard, że trenerzy poszturchiwali nimi uczniów, aby się bardziej starali, a po zajęciach wymierzali nimi karę, jeśli uznali, że dzieciaki zasłużyły. Z tego, co wyczytałam, podobnie jest także teraz i to nie tylko na treningach dżudo. Oficjalnie stosowanie kar cielesnych zabronione jest w Japonii od kilku dziesięcioleci.

      Dziwnie wyglądające warzywa widziałam w Polsce niejednokrotnie, nigdy jednak aż tak. Internauci założyli w sieci stronę ze zdjęciami płodów rolnych zbieranych w Japonii od „po Fukushimie” i z adnotacjami o poziomie ich skażenia. Ja nie mierzę, oszalałabym chyba sprawdzając wszystko po kolei, ale wyrzucam za każdym razem, gdy coś wydaje mi się podejrzane.

      Bycie kurą domową okazuje się moim alter-ego :))) Poważnie rozpatruję pomysł na zapisanie T. do Związku Hodowców Kur Ozdobnych ;)))

      Usuń
  2. Kochana N., przeczytałam cały post jak zwykle z wielkim zainteresowaniem, a dzisiaj nawet uda mi się chyba skomentować juhu :-).

    Cudownie, że Twój mąż (i teściowa, chociaż ja tam wolę z moją nie mieszkać - kompromisy z mężem są wystarczająco liczne ;-)) są otwarci na inne kuchnie, kuchnię polską. Gotowanie sprawia wg mnie przyjemność, gdy ma odbiorców (wdzięcznych odbiorców), a gdy jeszcze ma się odpowiednie narzędzia pracy i półprodukty to już w ogóle miód :-).

    Zdziwiła mnie japońska otyłość, tj. że taki problem w ogóle w Japonii istnieje. Japończycy kojarzą mi się ze szczupłością, filigranowością, a tu proszę, jednak.

    Jeśli chodzi o skażoną żywność, to nie dziwie się Twojej ostrożności - u nas też zdarzają się wybryki natury i dotyczy to również papryki (papryka w papryce, pomidor bliźniak itd.), ale nie dziwię się, że wolisz nie ryzykować. Od dość dawna chcę też powiedzieć/zapytać, ale dotąd nie było okazji: otóż w Jo jada się sporo tuńczyka z puszki, skropionego sowicie cytryną, ja też dodaję go do sałatek i tuna pasta. Mamy swojego ulubionego i jakiś czas temu odkryłam, że jest Made in Japan. Najpierw, ze względu na Ciebie (nie mam żadnych innych więzi emocjonalnych z Japonią, a TA więź jest silna:-)) ucieszyłam się ogromnie, że jem tuńczyka z kraju zamieszkania N. :-), a następnie zastanowiłam: a co jeśli zapuszkowany jest radioaktywny tuńczyk? Ciekawe czy to możliwe?

    Przemoc w każdej postaci jest wstrząsająca i, gdy doszłam do tego, ostatniego wątku, uleciał ze mnie dobry humor :-(. Nie facebookuje, więc pewnie go nie pośledzę, ale też nie wiem czy mam na to siłę - wystarczy mi to, co kątem oka i ucha sączę z tutejszej TV na temat wydarzeń w Syrii i Palestynie. Na więcej przemocy po prostu nie mam siły :(.

    Ściskam i pozdrawiam najserdeczniej jak potrafię!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tuńczyka z Japonii z całego serca odradzam! Pamiętam, że w maju ubiegłego roku - tyle czasu po katastrofie - Amerykanie odkryli, że migrujące z wód tutejszych w ich kierunku tuńczyki błękitnopłetwe są napromieniowane. Oczywiście od razu odezwali się specjaliści różnej maści, którzy uspokajali, iż poziom wykrytych izotopów cezu nie zagraża zdrowiu potencjalnych konsumentów, lecz z drugiej strony przyznali, że przed 11 III 2011 obecność cezu 134 była w rybach żadna, a cezu 137 bardzo niewielka. Od tamtego czasu co i rusz pojawiają się w niezależnych mediach udokumentowane informacje o napromieniowanych rybach. W ubiegłym miesiącu na przykład głośno zrobiło się o murasoi z połowu blisko elektrowni - skażenie było na poziomie 250 000 Bq/kg, jest to 2 500 razy więcej niż określa rządowy limit, a ten w międzyczasie kilkakrotnie był windowany. Wycieki z elektrowni nie ustały, ryb w przybrzeżnych wodach mnóstwo, a nie przypuszczam, aby tutejsi decydenci przejmowali się tym, co eksportują, skoro nawet swoim rodakom sprzedają zabutelkowaną wodę z Fukushimy oraz przymierzają się do zmuszenia sklepów w całej Japonii, aby sprzedawały żywność stamtąd. Przykro mi, kochana Mamo Ammara, że tak Ci muszę odpowiedzieć.

      Odbiorców mojego gotowania mam tu aż za bardzo wdzięcznych ;P Do tego stopnia, że zaczęłam porcjować dosłownie wszystko, ponieważ sama nie zdążałam sobie podjeść, tak szybko następowały dokładki. I nie omieszkam dodać, iż pierwsza kończy zawsze Teściowa, nie wiem, gdzie Jej się to wszystko mieści.

      Dziękuję ślicznie za wizytę :*

      Usuń
    2. Droga N., wiedziałam, że będę mogła liczyć na rzeczową odpowiedź, specjalistko w tym, niestety kolejnym przytłaczającym, temacie. A więc tuńczykowi z Japonii powiemy: nie, chociaż to ograniczy i tak już dramatycznie ograniczony zakres tego, co z produktów toleruje mój mąż - on uznaje tylko tego jednego! :-(. I nawiązując do ostatniego akapitu - tylko pozazdrościć: lepiej polować na to co się samemu ugotowało, niż ze smutkiem stwierdzać, że dla innych jest to niejadalne ;-). Na szczęście poza wybrednym mężem, mam jeszcze Ammara - coraz wybredniejszego niestety, ale na te kilka polskich potraw jest zawsze głodny - aż chce się stać przy garach :-). Buziaki!

      Usuń
    3. Miła M.A., ze smutkiem to patrzę, jak czasami bezczeszczą potrawy ugotowane z bezcennych składników made in Poland, przykładowo mieszając wszystko jak leci z ryżem ;) Dla mnie to takie samo dziwactwo, jak dla nich przyrządzany przeze mnie tylko dla siebie ryż z truskawkami i z polską śmietaną, które to danie za pierwszym razem zostało wręcz obfotografowane i o którym wiedzą już wszyscy sąsiedzi ;P

      Przykro mi ogromnie, z powodu tego tuńczyka... Mam nadzieję, że Twój Mąż przyjmie zmianę w domowym menu ze zrozumieniem. I że pod względem ogólnego stosunku do proponowanych przez Ciebie kulinariów Ammarek jednak nie do końca wda się w Tatę ;)

      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  3. Przeczytałam z zainteresowaniem,ale trwam przy swoim -gotuję z konieczności :P Czasem tylko coś mnie napadnie i dodam do tego trochę serca,dlatego podziwiam Cię w Twojej decyzji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marzenko, ja w sumie też z konieczności. A przyjemność, jaką z tego mam, to taki niespodziewany bonus :)

      Usuń
  4. Ja gotuje codziennie z konieczności. Kiedyś próbowałam kupować obiady - rodzina zastrajkowała. Zatem gotuję z konieczności i wcale nie z przyjemności. Chociaż i tak czasami bywa,że gotuję, bo chcę - wówczas mam z tego przyjemność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, zaczynam odczuwać coś jakby wyrzuty sumienia, że mi się odmieniło... XD

      Dorotko, skoro Twoi bliscy zastrajkowali, rozumiem, iż bardzo smakowało i smakuje Im właśnie to, co Ty gotujesz - tym większe więc wyrazy uznania dla Ciebie, że choć przyjemność masz tylko czasami, to pyszne efekty zawsze.

      Usuń
  5. Kura Ozdobna! No padłam ze śmiechu :) Ciekawe, czy Twój mąż będzie chętny wstąpić do tego Związku ;)

    Zaskoczyłaś mnie postępującą otyłością wsród Japończyków. Zawsze wydawało mi się, że są szczupli i drobni. Ale wszechobecne fastfoody pewnie nie pomagają im w zachowaniu zgrabnej sylwetki.

    Papryka w sumie zupełnie "normalna", w sensie, że wszędzie takie mutacje się przytrafiają, nawet w ekologicznych uprawach. Ale nie dziwię Ci się, że dmuchasz na zimne, przy tym wszystkim, co wokół siebie zdarza Ci się oglądać...

    Ale największe zaskoczenie w tym wpisie, to Twoja radość z gotowania. Do czego to doszło :) Ty, która wolałaś 5 godzin sprzątania czy prasowania, niż 5 minut gotowania - kucharzysz!
    Tym bardziej gratuluję, bo najwyraźniej ta kuchenna "konieczność" sprawia Ci satysfakcję, zwłaszcza że domownicy doceniają Twoją pracę. Miłe i cieszy :)

    Pozdrawiam słonecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iwonko, przepraszam Cię serdecznie, że odpisuję dopiero teraz. Parę razy już przysiadałam do laptopa, a tu T. wraca niespodziewanie wcześniej: to z pracy, to ze spotkania służbowego - no kosmita normalnie, nie Japończyk :D

      Na zapytanie o ten ZKO, gdy już opanował śmiech, odpowiedział, że może lepiej nie, bo by się jeszcze z czasem napuszył jak kogut na podwórku u mojej Babci i z nowa osobowością już by mi się tak nie podobał ;)

      W Japonii restauracji fastfoodowych jest bez liku. Pamiętasz, zanim zaczęłam gotować, sama dość chętnie kupowałam w Makudonarudo, choć tylko z braku laku. McDonald's, KFC itp. często usytuowane są tuż lub prawie obok siebie. Radiostacje non stop nadają reklamy, liczyłam kiedyś w samochodzie, na kanale, który zwykle odbieramy: w przeciągu godziny było ich kilkanaście. Na mnie na szczęście to już nie działa.

      Wiesz, Iwonko, co mi się bardzo podoba w moim kucharzeniu? To, że potrafię przyrządzić coś fajnego nawet na poczekaniu i z niczego, to chyba nasza polska cecha narodowa :) Za którą przepadają i T., i Teściowa, zawsze głodni ;)))

      Co do tej przykładowej papryki natomiast... Już komentarz Dev przypomniał mi, że w Polsce także widywałam podobne warzywa. Lecz nigdy aż tak „pokręcone”, dlatego mam się na baczności. Choć wiem, że czasem coś wygląda zupełnie normalnie, a jest bardziej szkodliwe niż takie cudaki. No, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże. Albo i nie, czas pokaże.

      Buziaki!

      Usuń