2014/06/10

Zakupy po japońsku - temat rzeka


Wizyty w japońskich sklepach po dziś dzień dostarczają mi niespodzianek, rozmaitych. Często są miłe i bardzo miłe, czasem wręcz przeciwnie. Najgorsze wspomnienie mam sprzed pół roku, z polubionego dużo wcześniej centrum handlowego, w którym znajduje się między innymi sklep Kaldi z produktami żywnościowymi spoza Japonii, w tym z Europy. Planowaliśmy z T. kupić w nim parę rzeczy, ale że nie zawsze są dostępne, postanowiłam najpierw sama się przejść i sprawdzić, po drodze zaglądając do kilku innych sklepów.



 Zdjęcia z damskiej toalety. Kabina w głębi to przebieralnia, gdzie można od razu założyć zakupione ubrania:



Zjechałam z parkingu i w centralnym miejscu na parterze zobaczyłam, że znów rozstawiono scenę, ludzie już się gromadzą dookoła, w tym dorośli z dziećmi jak to przy weekendzie. Pomyślałam: o fajnie, ciekawe co dzisiaj, może potem popatrzę. Pamiętałam wiele prawdziwych atrakcji zorganizowanych w soboty i niedziele dla całych rodzin, na przykład wspinanie się po przygotowanych skałkach, latanie balonem na linach sięgających najwyższego piętra, więc byłam szczerze zaciekawiona. Lecz krótko potem słyszę hałas niosący się tak daleko, że zwrócił moją uwagę. Zza ludzi widzę, że ze sceny krzyczy Japonka ubrana trochę jak gimnastyczka, pomyślałam: aha, czyli dzisiaj pokaz akrobatyki, pewnie sobie coś zwichnęła. Ale te krzyki jakieś takie zwierzęce, ona skacze, dzieci płaczą, dorośli robią zdjęcia i owacje. Podeszłam bliżej, a tam - nosz!... Centralnie w moją stronę wypinały się właśnie gołe cztery litery, zaś nad nimi równie skąpo okryta inna część ciała. Okazało się, że na scenie w międzyczasie rozłożono materace i w biały dzień, w miejscu publicznym, na oczach dzieci i wszystkich urządzono damski wrestling. Szoł udawane, ale się tłuką jak dzikie, prawie nagie i ryczące niczym z lasu, rozczochrane, rozmazane, wylewające się z trykotów. Prezentowana wulgarność najwidoczniej przypadła do gustu zgromadzonemu tłumowi, który za nic miał płacz dzieci, na pewno nie rozumiejących, dlaczego w takich okolicznościach rodzice oraz dziadkowie śmieją się, wiwatują i klaszczą. Mnie to wszystko tak zobrzydziło, że postanowiłam opuścić centrum, a po powrocie do domu przesłałam swoją opinię. W odpowiedzi przeproszono za zakłócenie spokoju podczas zakupów i wyjaśniono, że wrestling odbywa się cyklicznie, pozostałe kwestie gładko pominięto.

Tak więc zrobiłam w tym zwrot, wsiadłam w windę, w krótkich słowach wyjaśniłam Mężowi powód szybkiego powrotu i prosto z parkingu na dachu tego centrum pojechaliśmy do innego miasteczka handlowego, gdzie również znajduje się sklep z europejskimi produktami - Yamaya. Prawie zawsze znajdujemy tam czosnek w zalewie z ziołami, kapustę i ogórki z Krakusa oraz made in Germany. Niemieckie od jakiegoś czasu widuję także w typowych sklepach japońskich jak Welcia.

W zwykłych japońskich sklepach widzi się sporo marek popularnych w Polsce. Ze spożywczych najbardziej ucieszyła mnie dostępność Ferrero Rocher, Snickers i Kiri.

Na bieżąco zakupy najczęściej robimy w sklepach bardzo popularnej sieci Kasumi:


Wata cukrowa.



W tutejszych supermarketach najczęściej podchodzi się z pełnym koszykiem, kasjerzy podliczają towar i kolejno przekładają do drugiego koszyka. Robią to bardzo uważnie, układają starannie, delikatne towary odkładają najpierw na bok - dość powiedzieć, że gdy podczas pierwszego pobytu w Polsce T. zobaczył w akcji naszych polskich kasjerów i klientów lotem błyskawicy zbierających z taśmy rzucane na nią swoje uciekające zakupy, był w ciężkim szoku :) Ponadto przekładając każdą rzecz, japońscy kasjerzy na głos wypowiadają jej nazwę i cenę, tak że ma się kontrolę nad tym, jak przebiega podliczanie. Pytają też, czy rzeczy bardziej intymne (jak prezerwatywy, testy ciążowe, podpaski) zapakować w nieprzezroczystą torebkę. Następnie z zakupami poukładanymi jak w pudełeczku idzie się do stanowisk, gdzie można wszystko spakować, standardowo mając do dyspozycji rolki woreczków i folii ochronnej, stosy gazet, a czasem także złożonych pudeł kartonowych. Jeśli koszyk z przełożonymi zakupami jest ciężki, nierzadko zdarza się, że kasjerzy opuszczają swoje miejsce i sami zanoszą je te kilka kroków do lady pakowej, nieproszeni. Bywa to wzruszające i wprawiające w zakłopotanie, ponieważ robią tak nawet panie kasjerki w mocno zaawansowanym wieku (kasjerzy to rzadki widok). W co elegantszych sklepach (w zwykłych również, lecz dużo rzadziej) obsługa maszeruje wraz z klientami do wyjścia i dopiero tam wręcza torbę z zakupionymi rzeczami. Mistrzostwo świata zaś to były nasze zakupy obrączek w kilkupiętrowym sklepie jubilerskim w Tokio. Zarówno po pierwszym spotkaniu, gdy składaliśmy zamówienie i T. dokonywał płatności, jak i po drugim, gdy sfinalizowaliśmy transakcję i odebrali zrealizowane zamówienie, elegancka sprzedawczyni prowadziła nas do windy i tkwiła w dziękczynno-pożegnalnym ukłonie do czasu, aż drzwi windy zamknęły się za nami. Jeśli o mnie chodzi, to takie sytuacje bardziej wprawiają mnie w zakłopotanie niż sprawiają przyjemność. Podobnie nieswojo czułam się wcześniej tylko raz - gdy w dużym, ale jak najbardziej zwykłym sklepie odzieżowym młody sprzedawca przyklęknął, aby mi zdjąć buty zanim weszłam do przymierzalni... No ludzie... :)) Grzecznie, ale stanowczo odmówiłam i od tamtej pory zawsze alergicznie reaguję, gdy ktoś z obsługi podąża za nami, kiedy idziemy coś przymierzyć.

Przymierzanie bez butów to standard, ma miejsce prawie wszędzie. Należy zostawić je przed drzwiami/kotarą lub przed podwyższeniem wewnątrz (podobnie jak w japońskich domach). Na wyposażeniu przymierzalni dość często są specjalne nakładki na głowę/twarz, chroniące ubranie przed pobrudzeniem make-upem, a w sklepach obuwniczych darmowe stopki.

Japońscy sprzedawcy (płci obojga) zawsze są bardzo uprzejmi, ale rzadziej niż w polskich sklepach narzucają się ze swoją pomocą, choć o to, czy pomóc, pytają prawie zawsze. 

Typowy, ale nie jedyny, sposób przyjmowania pieniędzy wygląda tak, że kasjerzy otrzymane banknoty przeliczają na wysokości oczu klienta. Resztę wydają także po uprzednim przejrzystym przeliczeniu i podają na tacce. 


Wyjątkowa, pamiątkowa pięćsetjenówka.



Podobnie jak w urzędach i szpitalach, w wielu sklepach samoobsługowych u wejścia znajdują się umywalki lub stojaki z płynem bakteriobójczym, którym można oczyścić dłonie przed i/lub po zakupach (natomiast z czystością tychże miejsc różnie bywa, por.: link). U jubilera zaś zawsze podawano nam pakuneczki z chusteczkami nawilżanymi.


Poza tym widać wózki dla osób niepełnosprawnych, w podeszłym wieku, z nogą w gipsie itp. Niekiedy także dodatkowe pomocniki dla osób samodzielnie dokonujących zakupów. Oprócz tego sklepy wyposażone są w stojaki na parasole i/lub pojemniki z woreczkami, w które można schować mokrą parasolkę. Ja zaufanie mam tylko ograniczone, więc z przechowalni nie korzystam nigdy. Co prawda, nową można kupić bardzo tanio, ale moja jest z Polski i nie mam zamiaru ryzykować jej utraty.


To pomocnik dla zakupowiczów, którzy parasole wnoszą do sklepu. 
Później, jeśli na zewnątrz wciąż pada, mokry od parasolki woreczek wrzucamy do pojemnika.


Popołudniami, wieczorami i w weekendy kasjerami w wielu sklepach są uczniowie szkół ponadgimnazjalnych, którzy w taki sposób sobie zarabiają. Widać ich również podczas układania towaru na półkach. Wszyscy są uprzejmi, aczkolwiek daje się zauważyć, że część dziewczyn gwiazdorzy nawet na kasie, zachowania chłopaków można być bardziej pewnym. Oprócz młodzieży widać też sporo starszych osób, zwykle mężczyzn. Staruszkowie są odpowiedzialni głównie za sprzątanie terenu, porządkowanie wózków, a także kierowanie ruchem na parkingach wokół sklepów. Pracujących starszych osób jest dużo, bardzo dużo. Kierujący ruchem panowie Dżedaj, jak ich nazywam, szczególnie licznie widoczni są na parkingach przy Joyful Honda, dokąd jeździmy na joyful shoppingu.

Powyższy sympatyczny dziwoląg językowy ma swoje podwójne uzasadnienie.

Po pierwsze, język japoński w bardzo wielu przypadkach jest podobny do angielskiego, shoppingu jest znakomitym tego przykładem. Nie wszystkim Japończykom się to podoba (por.: link), jednak świetna sprawa dla turystów znających choćby tylko podstawy angielskiego. Po drugie, nawet gdy nie przepada się za robieniem zakupów, to trzeba przyznać, że gdy już nie ma wyjścia i w końcu trzeba się wybrać na maraton po sklepach, na każdym kroku widzi się starania, aby klientom ułatwić życie do maksimum.

Joyful Honda Home Centre to popularna w Japonii sieć sklepów pod jednym dachem. Można tam kupić niemal wszystko, co jest potrzebne w domu. Ba, niejeden Japończyk jest zdania, że można kupić wszystko, co jest potrzebne nie tylko do wyposażenia, ale i do wybudowania domu. Osobiście na budowlance się nie znam, ale fakt, w polskim Obi czy Castoramie nigdy nie widziałam tylu rodzajów narzędzi, desek, dachówek i innych rzeczy, których nazw nawet nie znam. Oprócz działu budowlanego w JH znajdują się także: spożywczy, apteczny, kosmetyczny, chemiczny, AGD, elektryczno-elektroniczny, okienny, meblowy, kuchenny, łazienkowy, tekstylny, szkolny, biurowy, fotograficzny, upominkowy, sportowy, turystyczny, motoryzacyjny. Na piętrze przeznaczonym dla rękodzielników można dostać chyba wszystko, w ilości trudnej do policzenia dostępne są różnorodne masy plastyczne, barwniki, papier, skóra, tkaniny, dzianina, filc, rzemyki i w ogóle różne sznurki, ozdoby i ozdóbki, a nawet drewno i to nie tylko w kawałkach. Między towarem na sprzedaż wyeksponowane są przykłady prac, jakie można z nich wykonać. A w jednej ze znanych mi JH znajduje się także stoisko z rękodziełami wykonywanymi na miejscu przez artystów i hobbystów, w tym także dzieci, mają oni swoją pracownię za przeszklonymi drzwiami i można ich trochę popodglądać w trakcie pracy.

Do sieci JH podobne są Super Viva Home i Homac, której sklepy są dużo mniejsze.





Odpowiednikiem popularnej w Polsce sieci sklepów Media Markt jest w Japonii K's:


Z pokazowych egzemplarzy sprzętu sportowego można korzystać do woli, wystarczy zdjąć obuwie. 
Nikt nie kontroluje, nie obserwuje (w każdym razie nie bezpośrednio).

Tak wyglądają jedne z najpopularniejszych modeli japońskich pralek. Pranie odbywa się w zimnej wodzie.

Nie ma chyba rzeczy, jakiej w Japonii nie dostanie się w różowej kolorystyce. 
Różowe zobaczyć można nawet pojazdy ascenizacyjne (szambowozy), elewacje prywatnych domów i bloków.


Fotele masujące nie tylko stanowią ekspozycję, ale można z nich korzystać dowolnie długo. Teoretycznie mają motywować do zakupienia, 
w praktyce są zajmowane przez klientów sklepu, którzy ucinają sobie w nich drzemki. Są też ludzie, którzy specjalnie po to przychodzą do K's, 
aby się tak zrelaksować. Niektóre domy towarowe mają podobne fotele na monety, tutaj natomiast wymasować można się zupełnie za darmo. 
Jest to nie lada atrakcja, ponieważ ceny takich foteli potrafią zwalić z nóg.


Na temat kosztów życia w Japonii zdania są podzielone. Moje jest takie samo, jak na początku: tanio nie jest, lecz nie zawsze musi być drogo. Mój Mąż twierdzi, że na pewnych rzeczach nie powinno się oszczędzać i warto kupować w renomowanych sklepach. Zgadzam się z tym. Zakupy robię jednak także w sklepach znanych w Japonii jako tanie i korona z głowy mi z tego powodu nie spada. Zwracam uwagę na jakość, a ta paradoksalnie często bywa w nich lepsza niż w drogich sklepach.


Fajną siecią tanich sklepów jest Daiso z artykułami po 100 jenów i coś koło tego. Skojarzenie ze znanymi w Polsce tzw. chińskimi sklepami nie jest przypadkowe, ponieważ faktycznie sporo tam rzeczy made in China. Lecz z drugiej strony również dużo made in Japan, dlatego gdy po 11.03.2011. zaistniała konieczność szczególnego wspierania tutejszej gospodarki, porzuciłam obiekcje. Oferta sklepów Daiso bazuje głównie na niewielkich rozmiarów rzeczach użytecznych w domu i zwykle jest przebogata. W każdym zobaczyć można „byle co” oraz przesadzone, lecz przede wszystkim całą masę przedmiotów użytecznych, w jakości nie odbiegającej od tego, co można kupić w normalnych sklepach, i często przebijających je rozmaitością oraz wzornictwem. Większość rzeczy utrzymana jest w stylistyce kawaii, pierwszy rzut oka może nieco zniechęcać, jednak poszczególne przedmioty często okazują się po prostu fajnie praktyczne. Poniżej bardzo fragmentaryczny przegląd tego, co tam można kupić:


Klamry do mocowania na balkonach suszonych i wietrzonych pledów, kołder, materacy. Futon to japońskie posłanie, w wersji współczesnej składające się 
z materaca, kołdry, koca i poduszki. W ciągu dnia przechowuje się je złożone w specjalnej szafie, nocą rozkłada na podłodze wyłożonej tatami (albo i nie).

Gumowe obuwie do sprzątania łazienki. W Japonii podłoga, ściany i sufit części prysznicowo-wannowej są wykonane z materiałów odpornych 
na działanie wody (przykłady: link zdj.17, link zdj.24).

Powszechniejsze od gąbek są szorstkie, ażurowe ręczniczki (baasu taoru).

Dostępne również w wersji na smartfony.

Podobno bardzo praktyczne zwłaszcza podczas upałów, lecz z braku doświadczeń ani nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam.

Niektóre japońskie propozycje masażu twarzy mogą budzić obawy, czy nie przyniosą odwrotnego efektu, por.: Tanaka Face Massage.

Osobiście nie planuję farbować włosów, w związku z czym mam nadzieję siwieć równomiernie i estetycznie. Ale pomysł fajny. 
Przypuszczam, że niezależnie od swojego wieku po takie korektory sięgają także Japończycy i Japonki, którzy swój naturalny kolor włosów 
zmieniają na brązowy (bardzo widoczny trend).

Silikonowy pojemniczek na onigiri - jedną z najbardziej popularnych przekąsek w Japonii, często zabieraną jako prowiant na drogę. 
Ryż formuje się w trójkąt (lub owal) i ewentualnie czymś nadziewa.

Sitka do zlewozmywaka - o wiele większe niż polskie, gdyż standardowe zlewozmywaki japońskie są duże i bardzo duże, podobnie jak umywalki 
(przykład: link zdj.15).

Zeszyt ćwiczeń do nauki pisma japońskiego



Gumki.

 Rodzynki dostępne są także w polewie truskawkowej.



Inną siecią handlową wartą, by o niej wspomnieć, jest Sanki




Ta łatwa do zapamiętania nazwa odnosi się do sklepów z nową, niedrogą odzieżą, obuwiem, galanterią i różnego rodzaju AGD. Z jakością różnie tam bywa, w stronę butów i bielizny nawet nie patrzę. Niemniej gdy T. ma coś do załatwienia w pobliżu takiego sklepu, ja w tym czasie idę się porozglądać, ponieważ zawsze można tam wypatrzeć pojedyncze sztuki odzieży w jakości nawet lepszej niż w galeriach i o nieoklepanym wzornictwie. Szukaliśmy tam też na przykład sportowych, pakownych toreb, w niektórych sklepach ich wybór jest porównywalny do sklepów sportowych. Lubimy rzeczy w stylu no logo, lecz jeśli nasze oczekiwania najbardziej spełniają markowe, a w dodatku warunki produkcji są porównywalne, nie silimy się na oryginalność i kupujemy.

Opaski chłodzące.




Do Sanki podobna jest sieć sklepów Shimamura




Niskie ceny są również w sklepach z rzeczami używanymi. Japońskie second-handy nie tylko sprzedają takie, lecz także skupują. My np. odwieźliśmy do Book●off 3 pudła książek, których treść już nie interesowała T. Wartość zwrotna nie powaliła nas na kolana, ale fajnie było mieć świadomość, że nie zmarnowaliśmy czegoś, co być może ucieszy innych. Natomiast do WonderREX odwieźliśmy m.in. komputer. Pod takim samym lub podobnym szyldem funkcjonują second-handy zarówno kilkupiętrowe, jak i całkiem małe. Asortyment jest bardzo zróżnicowany, np. w najmniejszym znanym mi WRexie można kupić zarówno resztki tapet i papierów do pakowania prezentów, jak i markową biżuterię, prezentowaną pod kluczem.


To tyle, jeśli chodzi o znane mi sklepy z przyjaznymi cenami. Oprócz nich okazją są sezonowe obniżki cen.


Ogłoszenia o obniżkach i promocjach są odtwarzane oraz wykrzykiwane na żywo. Na co dzień również słyszy się zachęty do kupowania - sprzedawcy wykrzykują je nawet bez przerwy, np. podczas porządkowania towaru. Odbywa się to bardzo mechanicznie i do dzisiaj robi na mnie dziwne wrażenie, zwłaszcza jeśli w sklepie nie ma nikogo więcej. W dużych centrach między regałami stoją lub spacerują pracownicy, którzy wykrzykują podobne zachęty i zapewnienia, że każdy może liczyć na ich pomoc. Ma to swoje plusy i minusy. Najgorzej jest w sklepach elektro, gdzie i tak panuje olbrzymi hałas, ponieważ bardzo dużo urządzeń jest włączonych na stałe (w tym cała masa telewizorów i ekranów ze spotami reklamowymi) lub włącza się automatycznie w reakcji na ruch. W takich sklepach energia elektryczna jest marnowana w stopniu wręcz trudnym do pojęcia, w niektórych pracują nawet elektryczne szczoteczki do zębów.

Hasła zachęcające do zakupów są też wykrzykiwane na zewnątrz, zwykle w wykonaniu młodych osób - albo specjalnie do tego zatrudnionych, albo będących sprzedawcami w reklamowanych sklepach.

Reklamy (nie tylko sklepów) są nieraz rozdawane w postaci małych opakowań chusteczek higienicznych lub maseczek na nos i usta. Taki pomysł na reklamę spotyka się z mniejszą niechęcią przechodniów, którzy zwykłych ulotek często nie biorą w ogóle albo od razu je wyrzucają (w Japonii jeszcze mi się nie zdarzyło widzieć, żeby na ulicę jak to bywa w Polsce, tu panuje zwyczaj wyrzucania swoich śmieci dopiero w domu). Jest to też dobry sposób na to, aby chusteczki i maseczki zdobyć na tzw. sępa; z tym, że wszystkie znane mi w Japonii pocket tissues są do niczego, rwą się nawet już podczas wyciągania z opakowania, te z pudełek są o wiele mocniejsze.

Torby, do których pakowane są zakupy, kasjerzy sklejają pośrodku kawałkiem taśmy klejącej, zwykłej lub z logo danego sklepu. 




W niektórych sklepach znajdują się darmowe katalogi firm wysyłkowych. Na zamówione towary oczekuje się niedługo, czasem dostawa następuje nawet z dnia na dzień, bez dodatkowej opłaty. Kurierzy dostarczają je przez cały tydzień, także w niedziele. Ku mojemu zdumieniu przesyłki o małych gabarytach pozostawiane bywają w stojącej przy naszym domu skrzynce pocztowej i jeszcze nigdy nic nie zginęło. Do zamówionych rzeczy nierzadko dodawany jest list w stylu kawaii - ozdobiony naklejkami, odręcznymi rysunkami itp. - z podziękowaniem za dokonane zakupy i z zaproszeniem do ich ponawiania. Takiemu listowi czasem towarzyszy też jakiś gratis: breloczek, chusteczka, paczuszka jednorazowych maseczek ochronnych itp. Oraz cała masa reklamówek w formie następnego wydania danego katolgu plus pojedyncze kartki z ofertami.




Zwykle jednak kupujemy na amazon.co.jp, gdzie koszty przesyłki zamówionego towaru są niskie lub nie ma ich wcale (ale nie zawsze), i na rakuten.co.jp - ze względu na bardzo różnorodną ofertę to miejsce w Internecie jest moim ulubionym, choć wśród wyszukiwanych przedmiotów raz po raz wyskakują tam jakieś takie ni z gruszki, ni z pietruszki, co wydłuża czas poszukiwań. Jednak jeśli czegoś potrzebujemy, szukamy cierpliwie, bo wiemy, że gdy już uda nam się znaleźć coś naprawdę trafionego, będziemy się tym cieszyć długo, bez odczuwania chęci wymiany na nowszy egzemplarz czy dogromadzania bez opamiętania. Także pod tym względem jesteśmy z Mężem do siebie bardzo podobni. A różnimy się w tym, że choć kupujemy tylko rzeczy nowe, mnie, podobnie jak w Polsce, nie interesują aukcje, wolę bez ponaglania przez czas spokojnie przemyśleć, czy dana rzecz naprawdę jest mi potrzebna i na ile będzie uniwersalna. Najbardziej trafione rzeczy z polskiego allegro oraz bardzo przeze mnie lubianej pakamery.pl (odwiedziłam ją także podczas ostatniego pobytu w Polsce, gdyż przepadam za oferowanymi tam torbami i torebkami) są ze mną do dziś:



Dżinsowej tuniki nie założyłam w Japonii jeszcze ani razu, w naszej części kraju latem jest zbyt skwarnie.


W dokonaniu wyboru odzieży na japońskich stronach pomagają tabele porównawcze (jednak nie na wszystkich). Jeszcze bardziej pomocne jest prawdopodobnie zestawianie zdjęć modelek szczupłych i tzw. puszystych, ubranych w taką samą, różniącą się tylko rozmiarem odzież, dzięki czemu można porównać, jak dany fason układa się na różnych sylwetkach (często np. na nissen.co.jp).



 
My częściej niż ubrania kupujemy jednak obuwie. Cieszy mnie, gdy z butów, których akurat z T. potrzebujemy, udaje mi się znaleźć bliźniacze. Kupowanie w sieci, wiadomo, odbywa się trochę w ciemno i zdarzają się niespodzianki. Przypadkowo poznałam tajemnicę Japończyków uważających się za zbyt niskich - buty z reniferkami okazały się mieć wkładki podwyższające, co akurat nam nie jest potrzebne i tylko wywołało uśmiech:






Z butami kupowanymi w Internecie wiąże się także ryzyko dotyczące rozmiaru: nawet jeśli dla siebie znajduję opisane idealnie, nierzadko okazuje się, że w rzeczywistości rozmiar jest mniejszy (bywa, że nawet o 2 numery). W zwykłych sklepach trudno znaleźć mój rozmiar, rozmiarówka kończy się zwykle tuż, tuż - na 24,5. Natomiast z dostępnością dużych rozmiarów męskich problemu raczej nie ma. Dlatego bywa, że więcej czasu niż wyszukanie obuwia dla Męża zajmuje mi dokonanie wyboru opcji kolorystycznej (o ile w kwestii wyboru T. akurat zdaje się na mnie, gdyż nie zawsze tak jest).





Crocsy są bardzo popularne w Japonii, często widuje się także ich tańsze odpowiedniki. Moim zdaniem generalnie to nie są ładne buty, ale fakt, że praktyczne w wielu sytuacjach. Zależało mi na znalezieniu nietuzinkowego wzoru - zamszowe wstawki spodobały się też T. Do codziennego użytkowania ja zdecydowanie bardziej wolę wygodne mokasyny. Ich męskie wersje nie odpowiadają mojemu Mężowi, stanowczo opiera się próbom namówienia Go na taki zakup :) Chętnie za to pomagał mi w sprawdzaniu poza rakuten i amazon pełnej gamy kolorystycznej mokasynów, jakie upatrzyłam dla siebie.

Upolować fajne buty to duże wyzwanie, ponieważ wśród ofert dominują wzory, jakie w Polsce wybierane są głównie przez starsze panie. Jednak największym wyzwaniem było dla mnie dotychczas wyszukanie prezentów z okazji ważnych wydarzeń w życiu najbliższych, celebrowanych w Polsce już po mojej przeprowadzce. (Po 11 III 2011 odradzam kupowanie czegokolwiek stąd, zagranica zwraca różnorodne towary made in Japan, por. np.: link). Przy wsparciu T. namierzyłam nietuzinkowe, wysokie na 30 cm, bardzo starannie wykonane lalki kokeshi. To jedna z nich:




Oboje z T. nie uznajemy chomikowania bez sensu, lecz czasem, gdy mi się coś bardzo spodoba, to kopiuję linki i fotki ku pamięci do osobnego folderu - z myślą, że może kiedyś to kupimy. Może nie, lecz w każdym razie zachowywanie zdjęć fajnych rzeczy sprawia mi przyjemność jak zabawa sprzed lat, gdy wraz z koleżankami ze szkoły otwierałyśmy grubaśny niemiecki katalog Quelle i każda z nas po kolei losowała stronę, po czym wybierała rzeczy, które by sobie kupiła. Najbardziej lubiłam tę wersję zabawy, gdy same sobie narzucałyśmy limity i z każdej otwartej na chybił-trafił strony mogłyśmy wybrać tylko po 1, góra 2 rzeczy. Nie wiem, dlaczego, lecz wersja „hulaj dusza” szybko mnie nudziła i powodowała nieprzyjemne uczucie przesytu. I tak mi zostało: zbierać namiary - chętnie, kupować - niekoniecznie.

Bywa, że zastanawiam się zbyt długo i uciekają mi fajne okazje; albo przeciwnie - ostatnie sztuki, w sam raz na mnie, kupuję za ułamek ceny początkowej:





Natomiast w ogóle nie zamawiam już japońskich kosmetyków. Pierwsze podejścia do zachwalanych na wizaz.pl, przez kosmetolożki i kosmetyczki na stoiskach reklamowych w tutejszych sklepach oraz wybieranie w ciemno, jedynie na podstawie składu, rozczarowały mnie na tyle, że rozglądam się już tylko za niejapońskimi, znanymi z Polski. W sklepach stacjonarnych podobnie, z japońskich kupuję systematycznie tylko nieliczne. A od kiedy mamy Bioptron (link) i zdecydowałam się na wszechstronnego zastosowania mydło Aleppo, wręcz bardzo nieliczne. Najważniejsze jest dla mnie staranne oczyszczanie i nawilżanie, nigdy nie walczyłam z upływem lat i nie mam zamiaru, chcę starzeć się naturalnie, dlatego nie potrzebuję własnej drogerii w domu.


Peeling enzymatyczny, link.

Koreańskie maseczki w postaci płatków (10/opak.), świetnie wpisujące się w japoński trend kawaī. Dostępne w kilku rodzajach.

Również koreańskie maseczki, tańsze i w moim odczuciu dużo lepsze od ich japońskich odpowiedników. Dostępne w 22 rodzajach.



Choć swoje sprawunki drogeryjne orientuję na rzeczy zwykłe i zakupów dokonuję zazwyczaj już na pamięć, w sklepach i działach kosmetycznych co jakiś czas moją uwagę przyciągają takie cuda:


Trudno było mi uwierzyć, ale naprawdę przynajmniej część Japonek goli swoje twarze. 
A standardowo takimi nożykami Japończycy obojga płci podgalają sobie brwi, to tutaj bardzo charakterystyczna cecha wyglądu.

Depilatory sprężynkowe.

Szablony do rzęs i brwi.

Oczy Japonek (i Japończyków, oczywiście) w naturalny sposób różnią się wyglądem. Po pierwsze, nie zawsze, a wręcz rzadko są skośne. 
Po drugie, są zarówno duże i „otwarte”, jak i małe, bardzo wąskie. Drugie najwidoczniej uważane są za nieładne, skoro sklepowe półki często niemal 
uginają się od najróżniejszych akcesoriów do poprawiania ich wyglądu, w tym przyklejek i klejów do powiek.

Wizualizacje z lekka żenujące, ale przynajmniej pełne równouprawnienie ;)

Informacji opatrzonych ręcznymi rysunkami lub stylizowanymi na takie jest w japońskich sklepach dużo, niezależnie od oferowanego asortymentu.



I ostatnie zdjęcia - reklamy z udziałem mężczyzny wystylizowanego na kobietę, co po części wynika z zaburzenia identyfikacji płciowej tej osoby, po części zaś z jej profesji (specjalizuje się w makijażach). Na pierwszy i drugi rzut oka robi dobre wrażenie, czasem wydaje się charakteryzować wręcz dystyngcją, jednak w Internecie jest sporo zapisów różnych reality shows, w których pokazuje swoje drugie oblicze. W sumie niewiele różni się od innego przebierającego się japońskiego celebryty (link) - tak samo sprzeciwiają się publicznie nieprzyjaznemu nastawieniu wobec tranwestytów oraz homoseksualistów, i tak samo nie po drodze im z godnością osobistą.


Przykładowy, pozytywny materiał filmowy: link.


Na sam koniec. Mniej więcej kwadrans przed zamknięciem tutejszych sklepów rozbrzmiewa w nich melodia znana w Polsce z utworu o ognisku, którego już dogasa blask, co na początku wprawiało mnie w nie lada zdziwienie. Na jej tle słychać komunikat w dwóch językach - japońskim i angielskim - uprzejmie informujący, że pora się zbierać i opuścić gościnne progi, oraz stopniowo gasną światła. Nigdy jednak nie spotkałam się z tym, żeby sprzedawcy okazywali zniecierpliwienie i ponaglali klientów.

26 komentarzy:

  1. Anonimowy10/6/14

    Bardzo dziękuję, doczekałam się :-) Tosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za to jakie Ty masz tempo :))) Kolacja, Tosiu.

      Usuń
  2. Bardzo ciekawy post i do tego dłuugi ;)
    Śmiać mi się zachciało jak przeczytałam fragment mówiący o naszych polskich kasjerkach :) Przez jakiś czas mieszkałam w Holandii i pamiętam, że byłam w ciężkim szoku jak zobaczyłam te ich spowolnione ruchy i to, że czekają aż każdy klient spakuje swoje rzeczy zanim zaczną obsługiwać kolejną osobę! To akurat nie byłoby takie złe, gdyby nie urządzano sobie przy tym pogawędek ;) Zakupy trwały i trwały... męczyło mnie to strasznie ;) W UK jest podobnie... teraz narzekam ale wiem, że po powrocie do Polski będzie mi brakowało tego luzu :)
    Ciekawe rzeczy można u Was kupić choć niektóre są dość przerażające jak te kleje do powiek! Ale wyboru słodyczy można pozazdrościć :) No i te gumki! dla mnie rewelacja :)
    Miałam coś jeszcze napisać ale wyleciało mi z głowy....
    Ahh zrobiłaś mi takiego smaka na czereśnie, że zaraz się ubiorę i pójdę po nie do sklepu :)
    Pozdrawiam ciepło!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zakupy nie są moim konikiem, więc i temat nie porwał mnie jakoś szczególnie, niemniej, Twoje zainteresowanie postem szczerze mnie cieszy. Tyle uzbierało mi się obserwacji, że dobrze było trochę je uporządkować, lecz chyba niechcący wprowadziłam Cię w błąd. Otóż tutejsi kasjerzy i kasjerki nie są powolni. Owszem, gdy do obsłużenia mają tylko jedną osobę, nie śpieszą się, ale też nie ślimaczą. Natomiast gdy ogonek jest dłuższy, uwijają się często jak w ukropie. Czasem trzeba swoje odstać, ale rzuca się w oczy, jak bardzo pracownicy dbają o to, żeby rozładować ruch - zawsze czynna jest odpowiednia liczba kas, a jeśli akurat przydałaby się jeszcze jedna lub kilka, natychmiast wysyłane są powiadomienia do tych, którzy w międzyczasie poszli wykonywać inne prace, albo przybiegają oni nawet nie wzywani. Mało tego, sami podchodzą do kolejki i informują, że można być szybciej obsłużonym przy innej kasie. Z Polski pamiętam, że raczej nie wyrywano się z takim powiadamianiem ;) Natomiast różnica na plus pracy kasjera w kraju nad Wisłą jest taka, że u nas chyba tylko w Biedronkach swego czasu kazano obsługiwać na stojąco, zaś w Japonii zdaje się to być powszechne.
      To tyle tytułem uzupełnienia. A w Holandii ani w Anglii nigdy nie byłam, więc dziękuję za ciekawostki z Twojej strony. Mam nadzieję, że czereśnie u Ciebie kosztują mniej, tutaj płaci się za nie dużo za dużo, a też za nimi przepadam. Pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Ha! Coś czuję,że zakupy w japońskich sklepach sprawiłyby mi wiele przyjemności. Widać,że tam właściwie traktuje się klienta. Chociaż nie lubię wielkich galerii handlowych, to tam zapewne by mi się spodobało. U nas kasjer przerzuca towar w tempie ekspresowym, co mnie wkurza, bo nie wiem, czy mam pakować , czy patrzeć na kasę ( gdyż mogą oszukać). Zamieniam się wówczas w zołzę i pakuje wszystko bardzo wolno zanim zapłacę. Jeśli przede mną ktoś pośpiesznie pakuje swoje zakupy - wstrzymuję kasjerkę: Proszę jeszcze nie kasować, bo stresuje pani mnie i klienta przede mną. Zwykle pomaga, ale na chwilę.Dlategomwolę małe sklepiki ze znaną mi obsługą, w których nawet pogawędzić sobie można

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, jak w Japonii, ale w wielu sklepach w Polsce mierzona jest prędkość kasowania produktów, narzucane są wyśrubowane normy. W sieciach Tesco (przykładowo) jeszcze w ubiegłym roku każdego dnia wywieszano na tablicach wykazy norm kasowania i na czerwono zaznaczano nazwiska pracowników, którzy ich nie wyrabiali, przeprowadzano z nimi rozmowy dyscyplinujące, a nawet wpisywano im notatki służbowe. Po interwencji związków zawodowych minimalny wymóg tempa skanowania obniżono z 1500 do 1250 produktów - na godzinę. To dużo tłumaczy. Ja częściej zakupy robiłam w sieci real, ponieważ było mi po drodze, i to tam uprawiałam sprint przy taśmie, nie nadążając z pakowaniem. W tutejszych sklepach nie ma takiego problemu, w każdym razie jeszcze nigdzie nie doświadczyłam. Myślę, DD, że pod tym względem czułabyś się w Japonii rzeczywiście komfortowo.

      Usuń
    2. A... to wyjaśniałoby, dlaczego tak szybko kasują i przerzucają towar. Jest to dla klienta baaaaaardzoo stresujące, dlatego wyraźnie PROTESTUJĘ. W sklepach sieciowych, w których częściej kupuję już mnie znają. Niektóre kasjeki kasują same pakują mi towar do reklamówek, zeby było szybciej.A ja myślałam,że to z grzeczności i sympatii. Oj naiwności kobieca! Serdeczności.

      Usuń
    3. Trudno stwierdzić z całą pewnością. Lecz osobiście jestem zdania, że niezależnie od pełnionego stanowiska ludzie miewają wewnętrzną potrzebę bycia rzetelnym oraz przyjaznym, mimo że na różne sposoby odziera się ich z godności. Może trafiasz na panie, które w ten sposób godzą 2 w 1, Dorotko. Naiwnością było by raczej myśleć, iż takie wyśrubowane normy są nakazywane wyłącznie z uwagi na dobro klientów, żebyśmy nie musieli kwitnąć w kolejkach.
      Spokojnego weekendu, ja również pozdrawiam Cię serdecznie.

      Usuń
  4. Witaj :)
    Co kraj, to obyczaj :)
    Dostałam oczopląsu, od barw, gamy towarów :)
    Pozdrawiam mile :) zawsze z wielką przyjemnością do Ciebie zaglądam i czytam ciekawostki o nieznanej mi bliżej- Japonii, dziękuję za to :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja dziękuję za Twoje odwiedziny, Morgano :)
      Od feerii barw można dać odpocząć oczom w toalecie, takie pomieszczenie zwykle utrzymane jest w spokojnej kolorystyce, oczy z orbit wychodzą tylko na widok pisuarów (rzecz w polskich toaletach damskich raczej niebywała, natomiast w Japonii wcale nie sporadyczna) i wiekowych panów porządkowych, bo i tak się tu przytrafia.
      Pozdrawiam Cię wzajemnie.

      Usuń
    2. Shinji16/7/14

      Wiesz co, troche niezrecznie mi o to pytac, ale po co te pisuary w damskich toaletach? Dla tych panow porzadkowych? :-)

      Wrestling sam w sobie jest glupi, a taki to juz szczegolnie powinien byc impreza zamknieta. Mysle, ze jako klient na zakupach tez poczulbym sie zdegustowany i potraktowany hurtowo jak jakis dewiant.

      Usuń
    3. Staruszkowie, na których natknęłam się w damskich toaletach, swoją pracę wykonywali dyskretnie i szybko, ani się tam nie rozglądali, ani tam nie przesiadywali. Nie wyobrażam sobie także, żeby ze znajdujących się tam pisuarów mieli korzystać transwestyci, natomiast nie mam pewności co do transseksualistów. Nigdy jeszcze nie widziałam, aby ktokolwiek z nich korzystał - i wolałabym nie zobaczyć. Ich węższy kształt wskazuje na to, że są to typowe „pisuary dla kobiet, przeznaczone do higienicznego oddawania moczu w pozycji stojącej” (cytat ze strony jednego z producentów), osobiście uważam jednak, że jest to czynność intymna, której w higieniczny sposób można dokonać za zamkniętymi drzwiami zwykłej kabiny, np. z pomocą takich wynalazków, jak P-Mate, GoGirl czy innych FUD (female urination device).

      Usuń
  5. To teraz ja się powymądrzam trochę.Mogę przedstawić sprawę z perspektywy klienta jak i pracownika w Polsce.Chociaż z pracą na kasie nie mam nic wspólnego.
    Po pierwsze.Faktem jest,że w wielu dużych sieciach kasjerki muszą liczyć klienta na tempo,bo takie mają zalecenia.Mnie też to wkurza kiedy nie nadążam z pakowaniem własnych zakupów do kosza,bo o torbach to nawet nie ma mowy,by nadążyć.Szczególnie denerwuje mnie,kiedy nie ma możliwości oddzielenia za kasą własnych zakupów od zakupów kolejnego klienta,którego kasjerka zaraz za mną "liczy".Dodatkowo w mniejszych marketach kasjer w tzw "międzyczasie" jest zobowiązany do uzupełniania towaru na regałach więc to też jakby tłumaczy ich pośpiech.
    Trzeba jednak dodać,że klienci nie pozostają tutaj bez winy.Często spotykałam się z sytuacją,kiedy tacy osobnicy stojąc w kilkuosobowej kolejce celowo popędzają kasjerkę,bo im się spieszy.Trzy osoby przy kasie to już tłum i nikt nie chce czekać.Najbardziej upierdliwe są osiedlowe "babcie" na emeryturze,które nigdy nie mają czasu,a w sklepie są po 3 razy dziennie.I jeszcze nowobogaccy,co to rozumy pozjadali wszelkie.
    Kasjerzy to ostatnie ogniwo z klientem,który może się wyżyć na sprzedawcy za całe nieszczęścia tego świata jakie go spotkało w ciągu dnia..Może mu naubliżać,nakrzyczeć na niego itp.Co gorsze nie można nic takiemu klientowi powiedzieć tylko zacisnąć zęby i robić swoje.A najlepiej zgasić go będąc przesadnie miłym:P Na szczęście klientów kulturalnych jest zdecydowanie więcej :D Absolutnie nikogo tutaj nie bronię i nie wynoszę na piedestał,bo po każdej stronie zdarzają się różni ludzie.Faktem jest,że drugą Japonią nie będziemy,bo nasza mentalność nam na to nie pozwala.Porównania w obsłudze w innych krajach nie posiadam:) Przynajmniej do najbliższego urlopu :D
    Co do artykułu.Jak zawsze obszerny i ciekawy.Z przyjemnością do Ciebie zaglądam.Mnie też opisane niektóre sytuacje w Japońskich sklepach wprowadzałyby w zażenowanie.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marzenko, dziękuję za obszerny komentarz.

      Każdy z nas w relację kasjer-klient wchodzi z jakimś bagażem doświadczeń wcześniejszych, nie zawsze pozytywnych, dlatego nietrudno o wybuch emocji. Ze strony kasjerów dochodzi świadomość tego, jak nisko ceniona jest ich pozycja, czego wyraz dają choćby dziesiątki memów, niestosowne i często nieadekwatne do rzeczywistości uwagi wyrażane w ich obecności („jeśli się nie weźmiesz za naukę, to skończysz jak ta pani”) i do czego przyczyniają się takie inicjatywy ich przełożonych, jak kamizelki dla nich z groteskowymi napisami („dla Ciebie zostałam kasjerką”). Po stronie klientów natomiast nie bez znaczenia są ich dalsze plany na dany dzień albo aktualny stan psychofizyczny, w związku z czym jedni życzą sobie, by obsługa była bardzo szybka, a inni wręcz przeciwnie. Jeżeli dodać do tego, że po obu stronach zdarzają się osobnicy o poślednim charakterze, czasem wychodzi z tego niezły kosmos. Ja również bywałam zirytowana, nie mogąc nadążyć za tempem skanowania moich zakupów, zdarzało mi się wstrzymywać obsługujące mnie osoby, empatia empatią, ale i ona ma swoje granice. Jednak myślę, że z nas wszystkich, to kasjerzy są w bardziej niekomfortowej sytuacji - praca w bezpośrednim kontakcie z ludźmi, masą ludzi, w dodatku pod podwójną presją na pewno jest bardzo obciążająca.

      Natomiast wracając na tutejsze podwórko. Ostatnio podczas zakupów moją uwagę zwróciła reklama z gorylem, która skojarzyła mi się z inną, zabawną zachętą do kupowania golarek. Gdy podeszłam z zamiarem zrobienia zdjęcia, okazało się, że również jest skierowana do mężczyzn, lecz tym razem dotyczy suplementów wspomagających tężyznę. W uścisku King Konga tkwiło kilka Japonek, jedna w drugą wylewające się z bielizny - żenada nawet większa niż wizerunek świni na paczce podpasek.

      Życzę Ci udanego urlopu, a w międzyczasie miłego dnia :)

      Usuń
    2. Co do Twojej ostatniej uwagi,to zgodzę się,że wiele reklam to ogromna żenada.Nie tylko w Japonii jak piszesz.
      Jeśli chodzi o obsługę w marketach.Miałam teraz okazję zaobserwować w czasie urlopu jak to jest w Londynie.Przyznam,że w większości sklepów i innych miejsc sprzedawcy byli mili,gotowi do pomocy.Bez względu na wielkość miejsca i narodowości sprzedawcy.
      Zaskoczyło mnie,że w dużych centrach odzieżowych kasjerki zupełnie się nie spieszyły mimo ogromnych kolejek.Powoli składały zakupy do toreb klienta i niejednokrotnie rozmawiały między sobą,co przyznam często dla mnie było denerwujące,ale jako przybysz potulnie stałam w ogonku :P
      W marketach spożywczych też raczej czekano,aż klient spakuje swoje zakupy i odejdzie od kasy.

      Usuń
    3. Jak wspomniałam w odpowiedzi na komentarz od Minted.Cream, Anglia jest mi bliżej nieznana, natomiast w tych krajach Europy, które odwiedziłam na krótko, nie robiłam zakupów w zwykłych sklepach, raczej w takich nastawionych na turystów. Dlatego czytam z zainteresowaniem, dziękuję!

      Hmm, żenujących reklam z Polski nie pamiętam ani z telewizji (telewizora pozbyłam się już kilka lat przed przenosinami z Polski), ani bezpośrednio ze sklepów. Lecz co do pogaduszek, mam żywo w pamięci nasze polskie ekspedientki, które ucinały je sobie nie podczas obsługiwania, ale zamiast tego - im potulniejsi klienci, tym dłużej to trwało. Nie napiszę, że w Japonii mi tego brakuje ;)

      Usuń
  6. Anonimowy27/6/14

    Mnie japonscy staruszkowie zaciagneli do Daiso, zeby mi pokazac szklo made in Poland. Ciekawe odkrycie, nie powiem, tylko wolalbym chyba, zebysmy niekoniecznie byli kojarzeni z piciem alkoholu nawet tak daleko poza granicami Polski ;-) Ale zdaje sie, ze Japonczycy wcale nam pod tym wzgledem nie ustepuja.
    Igor.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam i pomyślałam to samo. Jednak daleka jestem od generalizowania, że Polacy i Japończycy piją bardzo dużo. Sama nie piję w ogóle, od zawsze. Moi najbliżsi krewni oraz polscy przyjaciele także nie albo jedynie symbolicznie, okazjonalnie. W Japonii ani mnie, ani Męża nigdy nie częstowano alkoholem, choć szczególnie na początku mojego pobytu tutaj licznie zapraszano nas do prywatnych domów i restauracji (wizyty zapoznawcze). Trudno zaprzeczyć, że picie w Japonii jest dość powszechne, ale czy bardzo? W ciągu 3,5 roku na własne oczy widziałam tylko 2 zauważalnie wstawionych Japończyków na ulicy. Mój Mąż stosunkowo często ma różne spotkania poza domem (związane z obowiązkami zawodowymi oraz aktywnością w komitecie osiedlowym), nigdy nie wrócił będąc wyraźnie pod wpływem alkoholu, czasem nie pije w ogóle i nawet nie musi wzywać taksówki ze zmiennikiem za kierownicę. A gdy spotkania odbywają się w pobliżu naszego domu, mam okazję widzieć, że inni uczestnicy również nie są pijani, a są to ludzie w różnym wieku i na różnych stanowiskach. Ponadto, od kiedy Mąż awansował w pracy i w związku z tym częściej uczestniczy w spotkaniach biznesowych, poza tym nie pije już w ogóle, w domu nie mamy alkoholu w żadnej ilości. Podsumowując: większość nie stanowi o całości.

      Usuń
  7. Dziękuję za Twoje stałe juz odwiedziny u mnie na blogu oraz za miłe słowa dotyczące zdjęć.Staram się jak mogę,chociaż nie jestem profesjonalistką.To jedna z tych rzeczy,które lubię robić i mam nadzieję,że chociaż odrobinę wychodzi mi to poprawnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marzenko, dużo bardziej niż poprawnie :) Fotografia i fotografika nie interesują mnie na tyle, abym odczuwała chęć buszowania po stronach o takiej tematyce, podobnie hand made - jednak Twój blog jest jednym z nielicznych, na które szczerze lubię zaglądać, ponieważ to, czym się dzielisz, w mojej opinii jest nieprzekombinowane, estetyczne i naprawdę ładne. Już nie pamiętam, jak do Ciebie trafiłam, lecz cieszę się, że tak się złożyło.

      Usuń
    2. Shinji16/7/14

      To ja dodam, ze w Ks mozna kupic mega sprzet fotograficzny. Oraz toporne telefony z klapka ;-)

      Usuń
    3. To prawda. Takie z klapką to tzw. "Galapagos phones", co oznacza, że nie są w stanie przetrwać, utrzymać popularność poza Japonią. Lecz wygląd większości z nich może wprowadzać w błąd. Wyglądają tanio i tania jest ich produkcja, ale ich cena jest niejednokrotnie wyższa niż smartfonów, ponieważ nie jest wsparta dotacjami. Poza tym ^^ klapkę ma np. Sharp Aquos Phone The Hybrid 007SH wyposażony w Androida 2.3 Gingerbread, 3.4-calowy wewnętrzny wyświetlacz dotykowy LCD 3D o rozdzielczości 854 x 480 pikseli (jest on obracalny, dzięki czemu telefon może stać się modelem z ekranem dotykowym), 0.7- calowy zewnętrzny wyświetlacz OLED, aparat 16Mpix z możliwością wykonywania filmów HD, Wi-Fi, Bluetooh 3.0+EDR, GPS, czytnik kart microSD, tuner TV, mobilny portfel (RFID), port podczerwieni, wejście micro-HDMI, wodoodporną obudowę.

      Usuń
    4. Marcin30/3/15

      :) fantastycznie, co za wspaniałe wyliczenie. I wszystko w jednym.

      Usuń
    5. Dziękuję, sama sobie też zaimponowałam ;)

      Usuń
  8. Zakupy w tanich sklepach to obciach. Ale bieda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bywają większe, na przykład bieda umysłowa.

      Usuń