2014/07/12

Lepsze niż asadora Teściowej


Dzisiaj nad ranem wybudził mnie ze snu alarm przesłany automatycznie na komórkę w związku z trzęsieniem. Najczęściej ignoruję takie komunikaty, wynika to z ich częstotliwości i następstw nie odbiegających od normy - ale nie tym razem, ziemia bowiem nie drgała jak zawsze do tej pory, lecz bujało nią jak łodzią. Doznanie interesujące tym bardziej, że nie byłam pewna, czy to tak naprawdę, czy tylko błędnik zareagował na nagłą zmianę pozycji. Ostatecznie jednak nic więcej się nie zadziało, co - jak na razie - jest charakterystyczne dla naszej okolicy, nieszczęścia nas omijają. Nawet wczoraj, choć sprawdziły się zapowiedzi meteorologów i tajfun Neoguri dotarł także do naszej wyspy, nie okazał się tak niebezpieczny, jak na południu Japonii, powiedziałabym nawet, że jedynie symbolicznie zaznaczył swoją obecność. Mogłam nawet w drodze powrotnej z wycieczki dokończyć robić zdjęcia płaskorzeźbom, które już dawno wpadły mi w oko. Znajdują się na placu przy budynku biblioteki, którą przy okazji wspólnie spędzonej niedzieli pokazała mi kiedyś mieszkająca w tamtej miejscowości Yū-san.

Część biblioteczna budynku wyposażona jest w sofy, na których czytali sobie Japończycy w różnym wieku, od maluchów po staruszków. Nie widziałam niczego, co by wyglądało jak sztywne polskie czytelnie, bardziej przypominało to empiki. Po prostu brało się książkę z regału, siadało z nią wygodnie i czytało, nie trzeba się było wpisywać do żadnego rejestru ani zastawiać swojej karty bibliotecznej. Wśród czytelników było kilkoro młodych rodziców z berbeciami w wózeczkach. Stało też łóżeczko z drabinką, a w nim przytulanki.

Ku mojemu zdziwieniu, towarzyszący nam syn Yū, będący wówczas jeszcze przedszkolakiem Shun, na pamięć skierował się do kącika dla młodszych czytelników, sięgnął po książkę, usiadł z nią na pokrytej wykładziną podłodze i - przepadł. Ten nadruchliwy kilkulatek pogrążył się całkowicie w czytaniu i oglądaniu, w ogóle nie zwracał uwagi na otoczenie. Okazało się, że rodzice bardzo często tu z nim przychodzą, a jeszcze częściej mu czytają - codziennie na dobranoc. Szczerze: nie spodziewałam się takiej postawy rodziców w kraju postrzeganym jako ojczyzna maniaków komputerowych, jak już, to prędzej wyobrażałabym go sobie zasypiającego przy audiobooku. A tu proszę :) Brawa tym większe, że książka, którą wybrał, okazała się popularno-naukową dla dzieci, a nie jakimś komiksem.

Część biblioteki wyposażona była w komputery, a także niezależne odtwarzacze DVD i płyt kompaktowych, pomieszczone na znajdujących się wokół regałach. Kilku nastolatków odrabiało przy tych stanowiskach prace domowe (blaty zasłane były materiałami szkolnymi, więc nie było wątpliwości).

W sali naprzeciwko trwały przygotowania do występu zaproszonego artysty i wspólnego koncertu karaoke. Przybywający na tę okoliczność Japończycy w starszym wieku wyglądali elegancko: niektórzy byli w kimonach, inni w garniturach/garsonkach, a kilka pań uzupełniło swój skromny strój sporych rozmiarów naszyjnikiem i kwiatem wpiętym we włosy. Wyglądało to bardzo sympatycznie. Nieliczni spośród oczekujących gawędzili sobie na zadaszonym, przeszklonym patio.

Zanim udaliśmy się w kolejne miejsce, Shun-chan nie odmówił sobie spaceru po górce-trawniku, podobnie jak ściany budynku udekorowanej po jednej stronie pięknymi płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny z historii Japonii. Wtedy jednak nie miałam czasu przyjrzeć się im uważniej.

Tym razem oglądałam w obecności Męża, na spokojnie. I od końca, co wiązało się z usytuowania parkingu.




Taką dekorację uważam za znakomity pomysł. Oglądałam z zainteresowaniem i z o wiele większą przyjemnością niż dawało mi zerkanie na ulubioną asadorę Teściowej - nadawany codziennie rano serial historyczny, jednorazowo trwający zaledwie 15 minut, lecz z uwagi na nagromadzenie oraz intensywność ekspresji dla mnie i tak za długo.



18 komentarzy:

  1. Widzę,że ja i mój aparat mielibyśmy tez co tam robić:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ciekawe, z czym później skomponowałabyś wybrane zdjęcia :) - bardzo lubię oglądać zestawienia według Twojego pomysłu.

      Usuń
  2. Matko, trzęsienie ziemi.... dla mnie to horror. Przy każdym alarmie dostawałamby palpitacji serca.
    Fotki obejrzałam z największą uwagą. Doskonałe! Ot, moje klimaty. Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można się przyzwyczaić, Dorotko. Lecz Ty nie musisz - wprawdzie Twoje strony zaliczają się do 11 regionów sejsmicznych na terenie Polski, ale nie do tych o wyższej aktywności.
      Miło mi, że spodobały Ci się zdjęcia. Zasiedzieliśmy się tam z prawdziwą przyjemnością, zresztą nie tylko my. Buziole!

      Usuń
  3. Shinji16/7/14

    Nie widac wyraznie, jedna ze scen to chyba wybuch bomby atomowej. Z jakimi opiniami na temat Horoshimy i Nagasaki mozna spotkac sie w Japonii? Czy panuje przekonanie, ze Ameryka chciala przeprowadzic zrzuty, choc wcale nie musiala?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja spotykam się głównie z opiniami oględnymi. Dla znanych mi Japończyków są to symbole męczeństwa, lecz nie są oni chętni do rozprawiania o tym, jak do niego doszło. Amerykanie zaatakowali cele cywilne, a nie wojskowe (co prawda w Hiroszimie znajdowały się fabryki zbrojeniowe i stacjonował 40-tysięczny garnizon, ale na 1 żołnierza przypadało 6 cywilów), lecz Japończycy niejednokrotnie postępowali podobnie – poczytaj sobie np. o stosowaniu przez nich w czasie IIWŚ strategii sankō-sakusen: „wszystko zabijać, palić i grabić” – myślę, że pamięć o tym może być jedną z przyczyn, dla których w Japonii raczej nie podkreśla się aspektu ludobójstwa dokonanego na mieszkańcach Hiroszimy i Nagasaki.

      Nigdy nie spotkałam się też z opinią, że Ameryka nie tyle musiała, co chciała przeprowadzić zrzuty. O tym,
      - że wyprodukowanie bomb pochłonęło olbrzymie środki i trzeba było poprzez ich użycie uzasadnić społeczeństwu USA te wydatki;
      - że chodziło o pokazanie światu, a zwłaszcza Związkowi Radzieckiemu, iż USA jest w posiadaniu bomb atomowych i nie zawaha się ich użyć;
      - że bomby zrzucono, aby zmniejszyć ilość potencjalnych ofiar po stronie amerykańskiej;
      - że chciano zmaksymalizować liczbę ofiar po stronie japońskiej i wywołać panikę;
      - że przeciwnie, chciano ocalić zarówno aliantów, jak i Japończyków, przyśpieszyć kres działań zbrojnych, ponieważ nic nie wskazywało na to, żeby kapitulacja mogła nastąpić bez użycia takich drastycznych środków, na teren Japonii wkroczyłyby wojska Stalina, nastąpiłyby ciężkie walki w Mandżurii, a bombardowania konwencjonalne i tak poczyniłyby straty porównywalne do skutków użycia broni jądrowej;
      - że bomba Little Boy wykonana była z uranu, a Fat Man z plutonu i chodziło o poznanie oraz porównanie ich skutków;
      - że Amerykanie zniszczyli dwa miasta, aby uzmysłowić światu dramatyczną siłę broni jądrowej i aby ta broń nigdy więcej nie została użyta (a szło właśnie ku zimnej wojnie)
      słyszę od występujących w mediach historyków i analityków wojskowych z różnych krajów, lecz nigdy nie natknęłam się na taką wypowiedź autorstwa Japończyka.
      Natomiast znam japońskie doniesienia o tym, że Nagasaki było celem rezerwowym, a potraktowano je bombą zamiast miasta Kokura lub Nagoja (ze względu na złą widoczność i awarię jednego z dodatkowych baków paliwa). Oraz że amerykańscy naukowcy, wśród nich Oppenheimer, proponowali, aby tylko postraszyć japońskich polityków i przywódców wojskowych poprzez zademonstrowanie im pokazowego, kontrolowanego wybuchu bomby atomowej, jednak ich własny rząd i generałowie odrzucili ten pomysł.

      Usuń
  4. Witaj :)
    Jestem, wróciłam, po długiej remontowej przerwie.
    Nadrabiam blogowe zaległości, zabieram się za czytanie. Komentarze wkrótce.
    Pozdrawiam mile :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przywitam Cię chlebem i solą, lecz szczerze cieszę się, że już jesteś :) W Japonii niektórzy ludzie kontynuują zwyczaj rozsypywania soli wewnątrz całego domu po wyjściu szczególnie niemiłej osoby - to tytułem wyjaśnienia, żeby nie było, że Ci żałuję ;) Pozdrawiam wzajemnie.

      Usuń
  5. Płaskorzeźby "na żywo" muszą wyglądać bajecznie! :)
    Opis biblioteki bardzo mi się spodobał :) Będąc jeszcze w Polsce bibliotekę odwiedzałam dość często, mieściła się w starej kamienicy i była na prawdę klimatyczna. Później przeniesiono ją do centrum handlowego: zyskała więcej powierzchni, salę komputerową i dużą czytelnię ale straciła niestety to "coś".
    Pozdrawiam ciepło!! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba jakiś sponsor umożliwił, bo nie wyobrażam sobie dobrze wyciszonej czytelni w takim miejscu. W ogóle nie wyobrażałam sobie biblioteki w centrum handlowym. Takie rozwiązanie ma na pewno wiele plusów, lecz tego „czegoś” faktycznie szkoda. Zastanawia mnie, o co bardziej chodziło decydentom: żeby ułatwić dostęp do biblioteki czy żeby za jednym zamachem pociągnąć czytelników ku konsumpcjonizmowi. Dziękuję za ciekawostkę. Zaintrygowałaś mnie i trochę poczytałam na ten temat. Skłaniam się ku opinii pewnego urbanisty, który napisał, że przenoszenie wszystkiego do c.h. jest nie tyle uzupełnieniem, co konkurencją dla miast i zabija ich życie.
      Również pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Jeśli jesteś ciekawa to zapraszam na stronę biblioteki: http://bibliotekamanhattan.pl/?id=22
      Centrum to przegrało na popularności z wybudowaną niedaleko Galerią Bałtycką, jeśli weźmiemy też pod uwagę, że w owym centrum udziały mają czołowi trójmiejscy politycy to opcja "pociągnąć czytelników ku konsumpcjonizmowi" wydaje się być bardziej prawdopodobna :)
      Moje miasto umiera... gdyby nie bliskość uczelni a co za tym idzie sporej liczby studentów to zostałyby pewnie same centra, banki i chwilówki :/

      Usuń
    3. Eksperyment wykonany, lecz niestety nie udany... jak śpiewał Kazik na krótko przed tym, kiedy ja zostałam studentką po raz pierwszy. Pozostaje mieć nadzieję, że końcowe słowa jego piosenki (których nie przytaczam, bo smutno się robi na samo ich wspomnienie) nie okażą się zupełnie prorocze, choć wiele zdaje się na to wskazywać.
      Dziękuję za komentarz i załącznik, zawsze potrafisz mnie czymś szczerze zainteresować.

      Usuń
    4. Przesada. Znam ta piosenke. I co niby na to wskazuje?

      Usuń
    5. Ktoś mądry powiedział, że w dobie powszechnej informacji nieświadomość faktów jest wyborem. Pozostań więc w swojej niewiedzy czy ignorancji, masz do tego prawo.

      Usuń
  6. Cześć :) Biblioteki z Twojego opisu przypominają szwedzkie. Też są sofy, kąciki z zabawkami dla najmłodszych, zakamarki, nie trzeba wypożyczać, by na miejscu rozsiąść się i poczytać sobie prasę lub książki. Płakorzeźby przepiękne. A Ciebie podziwiam, że masz takie mocne nerwy. Mam na myśli te trzęsienia ziemi i tajfuny. Pozdrawiam :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Joasiu, dziękuję za komentarz. Moje podejście do wymienionych przez Ciebie zjawisk charakterystycznych dla Japonii ewoluowało. Na początku reagowałam głównie zaciekawieniem. Dość szybko przyzwyczaiłam się do nich, chyba aż za bardzo, ponieważ zaczęłam je zwyczajnie ignorować. Dopiero z czasem uświadomiłam sobie w pełni, że choć póki co w naszym miejscu zamieszkania jest bezpiecznie, to nie zawsze musi tak być. Teraz zwłaszcza gdy zatrzęsie odruchowo robię znak krzyża, na mój względny spokój przekłada się także to, że bardziej przemyślałam i lepiej zorganizowałam wszystko na wypadek ewakuacji i jej ewentualnych następstw.
      Pozdrawiam Cię jak zawsze serdecznie :)

      Usuń
  7. Trudno byłoby mi żyć, kiedy miałabym świadomość niebezpieczeństwa. I ten lęk, gdy ziemia się trzęsie. Do tego nie da się przywyknąć. Zazdroszczę tych bibliotek, w których są sofy, można lekcje odrobić, skorzystać z komputera. Większość tych, które znam, to siermiężne ( czyli zaczytane, mocno podniszczone książki, brak nowości ), ściany dawno nie odnowione. Może z czasem będzie lepiej. Dzięki za płaskorzeźby, oglądałam z przyjemnością. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre wyposażenie japońskich bibliotek nie zawsze jest równoznaczne z tym, że budynek i wnętrza również robią wrażenie. To tak gwoli ścisłości.
      Za to sofy są tu nawet w niektórych salach kinowych :) Już kilka razy na takie trafiliśmy. I to wcale nie w jakimś kinie „na bogato”, tylko w zwykłym multipleksie w raczej niedużym mieście. 2-osobowe, po 2-4, a reszta to standardowe krzesła. Takie rozwiązanie podoba mi się nawet bardziej niż kino łóżkowe pod baldachimami będące atrakcją międzynarodowego festiwalu filmu i muzyki Transatlantyk, który od kilku lat odbywa się w Poznaniu - pomysł interesujący, jednak wyciągnąć się przed ekranem wolę we własnym domu.
      Wzajemnie, Ultro.

      Usuń