2014/08/05

U..a..ha.. rowery dwa


Temperatura dobiła 42°C w dzień, 28°C w nocy. Media podają, że od jakiegoś czasu w Polsce również panują tropiki, lecz w Japonii dochodzi do tego obezwładniająca wilgotność powietrza, czyli zawartość pary wodnej: u nas aktualnie 94% - ni ręką, ni nogą... :) Coś tam jednak w naszym życiu się dzieje, choć opuszczanie klimatyzowanych pomieszczeń to nie lada wyzwanie.




W 3 poniedziałek lipca obchodzono w Japonii Święto Morza. Jest ono stosunkowo nowe, wprowadzono je jako święto narodowe w 1996 roku - na pamiątkę powrotu cesarza do portu w Yokohamie w roku 1876, gdy zakończyła się jego wyprawa po Japonii. Większość mieszkańców kraju miała tego dnia wolne od pracy, odbyła się masa imprez lokalnych, zaludniły się też nadbrzeża.

My nad wielką wodę jeździmy niezależnie od daty w kalendarzu. Co prawda, przez ponad rok trzymałam się z dala od niej, ponieważ dokładnie tydzień po naszej pierwszej wycieczce wybrane przez nas miejsce zostało zalane przez pamiętne tsunami (2011), jednak z czasem moje obawy wytonowały, na co wpływ miały m.in. informacje o tym, że w pobliżu wybrzeża powstał wtedy wir wodny, dzięki któremu fale o wysokości ponad 4 m nie były jeszcze większe i nie spowodowały strat w ludziach. 

Podczas wspomnianej wycieczki zaobserwowałam jednak, że ludzie sami dopuszczają do ryzykownych sytuacji. Na plaży przy oceanarium bardzo nieprzyjemnie zaskoczyło mnie zachowanie opiekunów grup przedszkolnych. Dzieci zabawę miały przednią, lecz dorośli zdawali się w ogóle nie przejmować tym, jak bardzo rozpierzchły się wzdłuż linii brzegowej i jak niebezpiecznie blisko zbliżają się do wody, zachwycone i radośnie „przerażone” falami. W efekcie wiele z nich na koniec maszerowało do autobusu w przemoczonych butach i spodenkach, a szczyt wszystkiego to był maluch, który skąpał się niemal cały, gdyż jedna z fal po prostu go przewróciła. Stojąca najbliżej (aczkolwiek daleko) opiekunka, która przez prawie cały czas najzwyczajniej w świecie bawiła się beztrosko wraz z częścią podopiecznych, nie dbając przy tym o to, że w takiej sytuacji trzeba mieć podzielną uwagę i oczy wokół głowy, zorientowała się dopiero poniewczasie, gdy chłopak sam już się pozbierał i ustawił do pionu, nawet jeszcze zanim wraz z T. zdążyliśmy podbiec do niego. Jak sobie pomyślę, że może tak na mokro zapakowano go w drogę powrotną, to zimno mi się robi tak samo, jak wtedy na jego widok. A zimno było i bez tego, na dodatek okropnie wiało, początek marca, lecz dzieci ubrane były kuso i cienko, tylko 3 dziewczynki miały kurteczki. Zgadzam się, z tym, że maluchy dobrze jest hartować, podobnie jak rozumiem, że warto je przyzwyczajać do samodyscypliny i odpowiedzialności, jednak scenki z plaży przywodziły mi na myśl tylko tumiwisizm i brak wyobraźni dorosłych. 




Miasta i wsie udekorowane zostały lampionami na okoliczność matsuri, czyli festiwali o różnorodnym charakterze. Odbywają się one nie tylko latem, niezależnie od pory roku i daty w kalendarzu zawsze można gdzieś trafić na jakiś festiwal, jest ich całe mnóstwo. Ich charakterystycznymi elementami są barwne korowody z platformami o różnych kształtach, ludzie przebrani w historyczne stroje, bębny, kramy z różnościami, imprezy towarzyszące z czynnym udziałem przedstawicieli społeczności lokalnych, w tym przedszkolaków i uczniów.

Podczas gdy w Polsce dzieci i młodzież szkolna mają wakacje od końca czerwca, Japończycy zaczęli swoje w ostatnich dniach lipca. Teoretycznie - por.: link. Chodzą do szkół i wydaje się, że piekielna pogoda nie wpływa na obniżenie wymagań wobec nich. Na boiskach jak zawsze odbywają się intensywne treningi baseballa (w pełnym rynsztunku), tenisa ziemnego, piłki nożnej czy bardziej egzotycznego kendō. Na ogrodzeniach suszą się małe ręczniki, którymi podczas przerw wycierane są zlane potem twarze i szyje. Wokół boisk biegają czasem ledwo już powłóczące nogami grupy młodych ludzi. - Zmęczenie może ogarnąć na sam widok. Po powrocie do domu też nie mają lekko, por. wywiad z japońskim profesorem: „nauczyciele zadają także prace domowe na wakacje, czego nie praktykuje się w innych krajach. W ten sposób tworzy się jakby druga szkoła poza oficjalną szkołą” link.




Z uwagi na klimatyzację, samochody przy sklepach i małych centrach handlowych pozostawiane są nierzadko na włączonym silniku, ale raczej nikt nie zagląda nerwowo, czy jeszcze stoją na parkingu. Zazwyczaj są puste, naprawdę nikt ich nie pilnuje. Czasem zostają w nich dzieci, które urządzają sobie w środku intensywne zabawy. Foteliki mają zwykle tylko najmłodsze, co skutkuje tym, że starsze także w czasie jazdy wstają, wspinają się, przechodzą na przednie fotele i z powrotem - to częsty widok. Podobnie jak małe dzieci na kolanach kierowców.





Japońscy kierowcy, niezależnie od rodzaju i marki pojazdu, mogą przyprawić o obrzydzenie. Pomimo obecności toalet na parkingach oraz wewnątrz sklepików kombini, do których duża część parkingów przynależy, spora część z nich oddaje mocz na zewnątrz. Nawet jeśli tuż obok znajdują się nieogrodzone domy z oknami wychodzącymi na daną stronę, nic sobie z tego nie robią i bezceremonialnie załatwiają się pod drzewem albo dosłownie frontem do posesji. 




My do auta od jakiegoś czasu ładujemy rowery. W tym kraju jazdę na rowerze, podobnie jak marszobieg i jogging, uprawia bardzo dużo ludzi w każdym wieku. Również latem, choć wspomniane warunki atmosferyczne wydawałyby się nie zachęcać do tego. Ja nie jeżdżę po mieście i okolicy, nie teraz. Dużo lepsze warunki panują w górach, gdzie temperatury są odczuwalnie niższe. W przeciwieństwie do Męża nie zapędzam się jednak w odludne miejsca, nie chcę natknąć się na niedźwiedzie, przed którymi ostrzegają liczne w górach tabliczki. Dla Niego natomiast to nic nowego, wchodziły Mu w drogę (czy może odwrotnie) już wcześniej. Nie zniechęca Go także deszcz, który szczególnie w minionym miesiącu padał obficie. Pora deszczowa, nazywana w Japonii piątą porą roku, odeszła na szczęście wraz z lipcową kartką z kalendarza.


Zakup roweru górskiego w firmowym sklepie w Tokio przebiegł 2-etapowo. Pomiarom i przymiarkom nie było końca, pracownicy solidnie przykładali się 
do swoich obowiązków. Na koniec jazda próbna wokół drapacza chmur, w którym zlokalizowany jest salon rowerowy - i do domu. Lecz nie na rowerze :) i nie 
od razu. Jako klienci sklepu samochód bezpłatnie zaparkowaliśmy w podziemiu, godziny limitowane, ale pomimo absorbujących wizyt w sklepie 
za każdym razem mieliśmy jeszcze czas na wypady w miasto.


Tak się kończy jazda w porze deszczowej.


Udogodnień dla rowerzystów jest w Japonii dużo, jednak dużo jest też do poprawienia. Por.: link.


W niektóre miejsca wracamy bardzo chętnie.


Kontaktu z przyrodą w Japonii wcale nie trzeba szukać daleko, choćby dlatego, że podobnie jak pola ryżowe na każdym kroku, także w obrębie miast, spotyka się mniejsze czy większe lasy bambusowe - poniżej drzewka przed restauracją oraz przy centrum handlowym. Po takim lasku raczej sobie człowiek jednak nie pochodzi, pozostaje ewentualne podziwianie z zewnątrz. Bambus potrafi wystrzelić w górę na 40 m, lecz rosną także okazy zaledwie kilkunastocentymetrowe, bardziej wpisujące się w definicję bambusa jako rośliny z grupy traw.




A odnośnie restauracji. Japończycy na potęgę zajadają się makaronem. Bardzo popularne są: gruby udon z mąki pszennej, cienki soba z mąki gryczanej oraz rāmen serwowany tylko w zupach (których są dziesiątki typów, część z nich ma w składzie pędy bambusa). Niezależnie od pory roku i pory dnia restauracje oferujące dania na bazie makaronu nie narzekają na brak klientów. Bynajmniej, często trzeba odczekać swoje na zewnątrz, tylu jest chętnych. Duża część z nich udaje się na posiłek z ręcznikiem na szyi, ponieważ makaron często jest składnikiem potrawy tak gorącej, że jedzący dosłownie spływa potem. 

Bardzo popularnym smakiem w Japonii jest curry, w związku z czym dużym wzięciem także latem cieszą się takie rozgrzewające dania, jak karē udon czy karē raisu. Podczas wyjazdów wolę jednak, gdy zatrzymujemy się w bardziej kojarzących się światu z curry restauracjach indyjskich, gdzie zjadam chlebki naan i surówki, a resztę oddaję Mężowi. Restauracji takich jest w Japonii bardzo dużo, ale łatwo trafić na brudną. (Małe japońskie też takie bywają i to nierzadko. Do zatrzymania się w nich nie zachęcają np. wielokrotnego użytku ścierki do samoobsługowego wycierania blatu.) Mamy z T. 2 ulubione, czyste, wygodne, przytulne, choć duże - tam jednak właściciele, kasjerzy, a nawet kucharze czy kto tam jeszcze pracuje na tyłach mają w zwyczaju stawać razem w jednym kącie i prawie w milczeniu obserwować jedzących. Pół biedy, gdy w lokalu znajduje się więcej klientów i uwaga panów Hindusów jest podzielona, ale gdy akurat oprócz nas nie ma nikogo, to dziwne uczucie. Łagodzone zrozumieniem, że chcą oni po prostu jak najbardziej dogodzić jedzącym - lecz łagodzone tylko trochę, ponieważ reagują na każdą żywszą aktywność przy stole i natychmiast podchodzą z pytaniem, czy wszystko w porządku, czy smakuje, czy doprawić itp. Dlatego nie wpadamy tam zbyt często, choć jedzenie mają wyśmienite i nie skąpane w tłuszczu jak gdzie indziej.

Gorące można też kupić zupy i napoje z automatów. Co prawda, część z nich na okres lata zostaje zdezaktywowana, jednak nie wszystkie. Można więc w razie ochoty sięgnąć po jakiś japoński odpowiednik gorącej herbaty z cytryną, jaką gasi pragnienie wielu ludzi w Polsce.




T. ochłody szuka też na wodnych skoczniach snowboardowych. Ja co najwyżej robię zdjęcia i konsekwentnie czekam na zimę, nie pali mi się do gipsu ;) Dziewczyny, które decydują się skakać, są zabezpieczone niczym kaskaderzy albo komandosi, żadne tam pokazy miss mokrego podkoszulka. I luz.




Oglądanie skoków na razie mi się nie znudziło. Jednak robię sobie przerwy i opuszczam miejsce w cieniu, aby pooglądać coś więcej. Najciekawsze ostatnimi czasy to emeryt paralotniarz, który awaryjnie wylądował na polu ryżowym, ale nie wymagał pomocy (pod telefonem miał przyjaciół, którzy szybko przyjechali i zapakowali go wraz z całym majdanem do busa). Nadgryziony zębem czasu Jizō, przed którym uczniowie pobliskiej szkoły i farmerzy zostawiają muszelki. Oraz różowe wstążki, których znaczenia nie zna nikt, kogo tu pytałam, a które w różnych częściach Japonii - zarówno w dzikiej głuszy, jak i w wielkich miastach - widuję zawiązane na drzewach, krzakach, badylkach, kamieniach, przydrożnych słupach, znakach drogowych, rusztowaniach.




Lecz długo spacerować się nie da, w każdym razie nie z początkową przyjemnością. Naprawdę nie wiem, jak dają radę wytrzymać tę pogodę ludzie pracujący po kilka godzin na zewnątrz, np. panowie dżedajktórzy najczęściej są w podeszłym i bardzo podeszłym wieku. Jak większość japońskich pracowników fizycznych widocznych w przestrzeni publicznej, ubrani są w kompletne uniformy z długimi rękawami i nogawkami, co ma sens chociażby dlatego, że Japończycy należą do grupy podwyższonego ryzyka zapadalności na nowotwory skóry i choć ten rodzaj raka stanowi wśród nich tylko 2-4 % wszystkich odnotowanych przypadków, to częstotliwość jego występowania wzrasta (por.: http://www.skincancer.org/prevention/skin-cancer-and-skin-of-color). Na pewno duża część osób pracujących na dworze w tę pogodę korzysta z chłodzących wynalazków, jakich tutaj jest całe mnóstwo, nie wyobrażam sobie jednak, żeby to im pomagało wystarczająco. A jednak, pomimo malującego się na ich twarzach dużego zmęczenia, zadziwia fakt, że większość z nich wykonuje swoje obowiązki bardzo rzetelnie: niemal z gracją machają ostrzegawczymi świecącymi pałkami albo żółtymi flagami, uprzejmie się kłaniają i mają jeszcze siłę się uśmiechać.




Mnie również jest do (u)śmiechu, ponieważ dzięki niedawno odkrytemu mydłu aleppo tego lata nie targam już wszędzie ze sobą bibułek matujących. Pierwszą kostkę kupiłam na próbę i okazało się, że aleppo znakomicie reguluje wydzielanie sebum nawet w taką wściekłą pogodę. A że mydło to ma jeszcze całe mnóstwo innych zalet, szybko się nie pożegnamy, to pewne - choć jest bardzo wydajne, w międzyczasie zamówiłam zapas. 


Jedna strona mydeł aleppo opisana jest robaczkami

Aleppo to pierwsze mydło wyprodukowane w formie stałej. Uznawane jest za najczystsze na świecie, gdyż tworzy się je z 4 naturalnych składników: oliwy z oliwek, oleju laurowego, wodorotlenku sodu oraz wody, naturalne są również dodatki (w opcjach) - żadnej chemii. Kolor zależy od proporcji użytych składników. 
Oryginalne aleppo od podróbek można odróżnić m.in. po tym, że unosi się na wodzie.



12 komentarzy:

  1. Witaj :)
    U nas właśnie rozpoczyna się burza. Upały były, to fakt. Ale jakoś dajemy radę. W pracy klimatyzacja, a w domku ok.
    Za to kwiaty cudnie rosną w gorące dni, w moim przyblokowym ogródeczku :)
    Ciekawa relacja z Japonii, ładne zdjęcia, dziękuję :) jak zawsze z resztą :)
    Pozdrawiam mile :)



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty natomiast jak zawsze zostawiasz miły komentarz, Morgano, dziękuję Ci.
      Porównując, w naszym przydomowym ogródku rośliny ozdobne także rosną na potęgę, jak i to, co pomiędzy nimi ;) Dopóki nie minie okres piekielnych temperatur, ja się do tego jednak nie dotykam. Natomiast mój Mąż ma w zwyczaju od razu po zwykłej rundzie na rowerze, umyciu go i zagarażowaniu sięgać po kosiarkę oraz wykonywać inne prace wokół domu - to chyba kwestia adrenaliny.
      Jeśli dobrze zrozumiałam, Ty również nie poddajesz się stopniom Celsjusza - tak trzymaj. Pozdrawiam wzajemnie :)

      Usuń
  2. Zdjęcia i piękne i ciekawe.
    Chciałabym kiedyś zobaczyć ten kraj - tylko bałabym się faktu, iż nie porozumiem się z Japończykami, a "krzaczki" są dla mnie nie do nauczenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Parafrazując powiedzenie popularne w Polsce, Japończycy czego nie dopowiedzą, to dopokażą - myślę, Loono, że dogadałabyś się bez wielkiego trudu :)
      Wiem ze swoich pierwszych doświadczeń, a aktualnie widzę także na przykładzie licznych latem turystów zza granicy, iż jeśli upatrzeni mieszkańcy tego kraju nie dadzą od razu nogi przed obcokrajowcem, dokładają starań, aby mu pomóc. Na przykład często sięgają po kartkę i ołówek, po czym następuje zabawa w kalambury, albo korzystają z translatorów głośnomówiących w swoich smartfonach. Nierzadko zdarza się, że nadkładają drogi, żeby potrzebującego gaijina doprowadzić do samego celu (mnie zdarzyło się nawet, że zapytani o pomoc w obcym mieście pracownicy jednego ze sklepów zwanych tu kombini zawołali swojego przełożonego, który jak gdyby to było oczywistością po prostu wyszedł ze mną i zaprowadził, dokąd zmierzałam). Lub kierują do kōban, czyli na posterunek policji, gdzie na wyposażeniu znajdują się plansze z obrazkami i podpisami w językach japońskim oraz angielskim, które ułatwiają zrozumienie sytuacji. W razie potrzeby panowie policjanci dzwonią do kogoś znającego angielski lepiej od nich i komunikacja przebiega za pomocą telefonu właśnie - także z własnych doświadczeń wiem, że nie okazują wtedy zniecierpliwienia ani pośpiechu i że niekiedy można nawet liczyć na bezpłatny transport ich autem służbowym. Poza tym, im większa miejscowość, tym więcej informacji w 2 językach, np. tablic drogowych i ulicznych czy kart menu, które dodatkowo zawierają fotograficzną prezentację oferty. A przed restauracjami albo wewnątrz spotyka się ekspozycje z wosku lub plastiku, które do złudzenia przypominają prawdziwe dania - wystarczy wskazać palcem i już.

      Miło, że wpadłaś, pozdrawiam Cię serdecznie.

      Usuń
    2. Dziękuję za obszerne wytłumaczenie :)
      Rzeczywiście,myślę, że jednak nie byłoby tak "nieporadnie" w Japonii :)

      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
    3. Nawet jeśli, to tym zabawniejsze wspomnienia ;)
      Wzajemnie, Loono!

      Usuń
  3. Tak, u nas bywało 37,a mieszkam nad morzem. Dzisiaj jest pochmurnie. Można odpocząć od upałów.
    Japońscy kierowcy, jak polscy. też wolą pod drzewkiem, hi, hi, hi.... W ten sposób znaczą teren, hi, hi, hi.... Ot, samcza mentalność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dorotko, w Polsce na takie widoki trafiałam sporadycznie, natomiast w Japonii mają one miejsce bardzo często, dlatego w moim odbiorze to nie jest zabawne. Na co dzień, gdy korzystamy z parkingów przy przydrożnych sklepikach, i bez tego musimy się czasem nagimnastykować, aby znaleźć miejsce postojowe bez niechcianego widoku, tj. na witrynę pełną wydawnictw z półgołymi panienkami - więc tym bardziej żadna przyjemność raz po raz widzieć sikacza, który stoi o kilka kroków od samochodu, do którego wracasz.
      Pozostając w temacie, lecz już raczej nie w związku z przydrożnymi toaletami (gdzie wskazany jest płynny ruch udających się za potrzebą oraz ze względu na potencjalne koszty) : Kilka lat temu pewna tutejsza firma zapowiadała szersze wprowadzenie na rynek japońskich pisuarów ze zsynchronizowanymi konsolami naściennymi, które być może wpłynęłyby na zmniejszenie częstotliwości załatwiania się na dworze. I niby fajnie, ale tylko na pozór. Dostępne gry sterowane są ciśnieniem strumienia oddawanego moczu, w taki sposób można bawić się na przykład w pokonywanie wirtualnego zapaśnika albo podnoszenie spódnicy animowanej onej.
      Chore. Zerknę lepiej na Twojego bloga, spodziewam się przyjemniejszych niusów. To lecę :)

      Usuń
    2. A teraz wrócę do pań przedszkolanek. Hm... dla mnie to nie tylko brak wyobraźni, ale również brak kompetencji. A jeśli by ta fala najwyczajniej w świecie porawła dzieciaka? Kto byłby winny? Nie! W głowie mi się po prostu nie mieści takie zachowanie.

      Usuń
    3. Mnie również, DD. Założyliśmy wtedy na tę plażę zimowe kurtki z kapturami, tak było zimno, lecz trwaliśmy jak na posterunku, dopóki szanowne towarzystwo nie zarządziło odwrotu. No po prostu nie mogliśmy ot tak opuścić tego miejsca, widząc, co się dzieje. Teoretycznie można było zwrócić uwagę tym młodym kobietom, ale uznaliśmy, że to by nie miało sensu, skoro prezentowały taką postawę nawet pomimo współobecności kilkorga rodziców i fotografa, którym również bezpieczeństwo dzieci zdawało się powiewać. Przyznam, że umęczyliśmy się psychicznie z powodu całej tej sytuacji. I wiesz, nie wyobrażam sobie, abyś Ty była w stanie zachować się tak, jak oni wszyscy. Na pewno zgodzisz się też ze mną, że nie ma tu nic do rzeczy to, czy w Japonii tacy opiekunowie małych dzieci mają status pedagoga, nauczyciela przedszkola jak w Polsce czy też niższy.

      Usuń
  4. Piękne zdjęcia znad morza :) bardzo mi brakuje spacerów po plaży i tego wiatru we włosach!
    Jeśli chodzi o dzieci to jestem w szoku!! Sama gdy mam pod opieką siostrzeńców to wychodzę z siebie, pilnując aby broń Boże nic im się nie stało... zabawa zabawą ale bezpieczeństwo musi być na pierwszym miejscu a tutaj... zupełny brak wyobraźni! Dobrze, że nikomu nic się nie stało.
    Pozdrawiam ciepło!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiatru było aż zanadto :) Za każdym razem trafialiśmy na korzystających z tego faktu surferów, podczas pierwszej wycieczki widzieliśmy ich już przez przeszklone ściany oceanarium - dla mnie widok niecodzienny tym bardziej, że w Polsce bliżej mi było do gór niż do morza. Natomiast do braku wyobraźni zauważalnej części opiekunów japońskich dzieci zdążyłam się już przyzwyczaić, tzn. nic mnie już chyba nie jest w stanie zaskoczyć. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi pewna nadopiekuńczość dająca się zauważyć w Polsce. Pomijając skrajne przypadki, nie uważam jej za coś szkodliwego, a raczej za wyraz prawdziwej troski i ludzkich uczuć.
      Siostrzeńca mam i ja, teraz już 18-letniego, lecz wcześniej dość często spędzał czas pod moją opieką. Podobnie jak Ty, nie lekceważyłam przyjmowanej na siebie odpowiedzialności, ale nie każdy rozumie, jak bardzo bezpieczeństwo osób małoletnich zależy od postawy dorosłych. A na pewno nie te panny, które same bawiły się jak dzieci zamiast dziećmi zająć się jak należy.
      Pozdrawiam :) I moje wyrazy uznania.

      Usuń