2014/09/24

Retrospekcja




Wczorajszy wyjazd na długo wyczekiwany film „Ewolucja planety małp” jest moim ulubionym wydarzeniem minionych tygodni. Wzruszyłam się, ponieważ w trakcie seansu dotarło do mnie to, co wprawdzie wiem od samego początku, lecz co nazwałam w swojej głowie po raz pierwszy: mój Mąż jest postacią ze wszech miar szlachetną. Długo by uzasadniać. Nie piszę „człowiekiem”, ponieważ refleksję wzbudziła we mnie nie tyle kreacja Malcolma, co Caesara. O porównanie do szympansa ;) T. w ogóle się nie obraził, przeciwnie, dla rozładowania emocji już w domu zademonstrował próbkę swojego własnego talentu aktorskiego ;)

Obejrzawszy ”Dawn of the Planet of the Apes”, porzuciłam wcześniejszy zamiar poszukania materiałów o charakterze backstage. Bohaterów wczorajszego reboota chcę zachować w pamięci tak, jak widziałam ich na ekranie. Niezmiennie ciekawią mnie natomiast zakulisy pracy T., które od pewnego czasu pokazuje mi na zdjęciach oraz krótkich nagraniach w ilości adekwatnej do mojego zainteresowania, podyktowanego różnymi względami. Ciekawiło mnie na przykład, jak zmienił się skład zespołu Męża, gdy bez związku z Nim przeniesiony gdzie indziej został jeden z najmłodszych pracowników. Chłopak sympatyczny, lecz jednocześnie będący przedstawicielem tej części młodego pokolenia, która bardzo na luzie traktuje odwieczne zasady obowiązujące w tym kraju. Dość powiedzieć, że gdy kiedyś T. zgodził się dać mu kilka lekcji jazdy na snowboardzie, to za pierwszym razem czekaliśmy na niego i jego dziewczynę w umówionym miejscu ponad godzinę, a za drugim, gdy się wreszcie dodzwoniliśmy z parkingu o 4 nad ranem, zaspanym głosem jak gdyby nigdy nic poinformował, że zmienił zdanie i ma inne plany. Zachowanie niebywałe na tle innych współpracowników, których cechuje nie tylko wzajemna życzliwość, ale przede wszystkim szacunek. Trzeciego razu już nie było, a aktualny skład jest bardzo zgrany. W ostatnim czasie wszyscy razem odwiedzali w szpitalu, następnie zaś w domu najstarszego, pana dziadka już, który połamał się na motocyklu. Sytuacja zaskoczyła mnie podwójnie, ponieważ w Japonii dominuje przekonanie, że nie ma potrzeby odwiedzania hospitalizowanych, gdyż mają doskonałą opiekę ze strony personelu, poza tym Japończycy organizują spotkania raczej w restauracjach lub tym podobnych miejscach, nie u siebie w domach.

Dużo się zmieniło od czasu, gdy praca zawodowa Męża po raz pierwszy stała się tematem jednego z postów na moim blogu. Przede wszystkim ponownie awansował, co samo w sobie w Japonii nie jest czymś szczególnie specjalnym, ponieważ powołanie na wyższe stanowisko odbywa się tu najczęściej z automatu, według sztywnego schematu. Nie zmienia to faktu, że na awans T. jak najbardziej zasłużył, jednak najważniejsze jest dla nas, że teraz ma większy wpływ na rozkład swojej pracy w czasie, dzięki czemu już tylko sporadycznie mają miejsce okresy jak opisany przeze mnie ponad 2 lata temu.



Post odzyskany:


Różne krążą opinie na temat stosunku Japończyków do pracy. Bywa, że naoczni, wieloletni obserwatorzy stwierdzają wprawdzie, iż kilkunastogodzinny pobyt w pracy to w Japonii norma, lecz dodają także: „W większości firm intensywnie pracuje się może trzy godziny dziennie. Przez resztę czasu człowiek czyta gazetę, pije zieloną herbatę i gada z kolegami.(gazetapraca.pl) „Godzina 20:00, komputer włączony, na biurku teczka, a na oparciu krzesła marynarka. Czyli jesteśmy gdzieś „na zakładzie”. Podczas kiedy tak naprawdę wysiadamy właśnie na swojej stacji w drodze do domu...(manager.money.pl) - śmieje się autor tych wypowiedzi. Człowiek, który z nazwiska jest dobrze znany osobom interesującym się Japonią i który wydaje się wiarygodny, jako że nie tylko długo mieszkał w tym kraju, ale i przepracował wiele lat w japońskiej firmie.

Mnie do śmiechu jednak nie jest, takie wypowiedzi mnie irytują. Jestem bowiem żoną Człowieka, który nie ma tendencji do pozorowania pracy, migania się i oszukiwania. Mój Mąż należy do tych Japończyków, dla których praca zawodowa stanowi jedną z najważniejszych wartości w życiu - gdyż tak czują, a nie dlatego, że im się taką postawę narzuca.

To prawda, iż w firmach japońskich panuje zasada, że jeśli możesz cokolwiek zrobić, by zyskał na tym cały zespół, to nie możesz tego zaniechać - nawet jeśli w umowie nie jest to przypisane do listy twoich zadań. Firma, w której pracuje T., ewoluuje pod wieloma względami, co - jak widzę - przekłada się na jeszcze większą Jego dumę z takiego miejsca pracy oraz ogromną satysfakcję z tego, że ma w tym swój wymierny udział. Widzę jednak także, jakim kosztem to się odbywa, jak bardzo zmęczony wraca do domu, jak bardzo frustruje Go niemożność zachowania równowagi między czasem wymaganym przez firmę i czasem potrzebnym rodzinie.

T. zajmuje odpowiedzialne stanowisko. Niezależnie od powszechnego w Japonii respektu dla przełożonych, którzy są głównymi decydentami, oraz poczucia współodpowiedzialności za dobro firmy, ma takie cechy charakteru, które nie pozwalają Mu na markowanie pracy, wykorzystywanie swojej pozycji, wysługiwanie się podwładnymi, jakiekolwiek wygodnictwo. Nie odpuszcza sobie, choć wiem, że mimo iż tego samego oczekuje od swoich współpracowników, jest wobec nich wyrozumiały i traktuje ich bardziej ulgowo niż samego siebie. Ponieważ taka jest konieczność, w przeciągu ostatnich miesięcy faktyczny czas Jego pracy poza domem przedłuża się do 14, a w porywach nawet 16 godzin, On jednak nigdy nie narzeka. Przed laty sam zrezygnował ze spokojnej pracy informatyka, inżynierowanie na przemian za biurkiem i w kasku odpowiada mu dużo bardziej.

Wiedząc, że koledzy z pracy bardzo na Niego liczą, podejmuje się także funkcji społecznych, z czym wiąże się udział w dodatkowych spotkaniach na terenie firmy. Do każdego T. przygotowuje się starannie. Jestem dumna z takiego Męża i lubię słuchać, gdy opowiada, co udało się zrobić dla firmy, dla ludzi. Jednak z coraz większym trudem przychodzi mi okazywanie współradości, gdyż stopniowo jest ona dominowana przez emocje innego rodzaju.

Zapracowany na co dzień, mój Mąż cały swój czas wolny daje naszej rodzinie, domowi. Nie piszę „poświęca”, ponieważ w Jego oddaniu sprawom życia rodzinnego nie ma nawet cienia tego, co czasem ludzie nazywają odfajkowywaniem dla świętego spokoju. Zapału i pomysłów ma bardzo dużo, często jednak zwycięża zmęczenie. Zasypia w czasie wspólnego oglądania filmów. Zdarza się, że gdy skądś wracamy, musi zatrzymać samochód na parkingu i przespać się choćby z 15 minut. Usypia, gdy podczas rodzinnych zakupów na chwilę wyskakuję z auta, aby jeszcze po coś wrócić. Dlatego wpadam w złość, gdy nawet w takich momentach zaczyna dzwonić Jego komórka, bo znowu ktoś czegoś od Niego potrzebuje i urządza Mu długą telekonferencję poza domem. Albo musimy natychmiast jechać do firmy, bo coś tam. Takie sytuacje w Japonii to nic wyjątkowego - gdy wzywają, nie ma zmiłuj. Wiem, przyjęłam do wiadomości, lecz nie jestem w stanie zaakceptować. Gdzieś tam z tyłu głowy kołacze mi się wspomnienie słów, które usłyszałam kiedyś od jednego ze swoich lekarzy w Polsce: cmentarze są pełne ludzi niezastąpionych.

Nie lubimy z T. poruszać tego tematu. Nie lubimy rozmawiać o tym, czego przeskoczyć się nie da (chyba że kosztem utraty szacunku dla samego siebie). Co nie znaczy, że w ogóle nie rozmawiamy. Inicjuję z reguły ja, poważnie niespokojna o zdrowie T. Wiem jednak, że nie mogę Mu ciosać kołków na głowie, bo to Mu w niczym nie pomoże, a spowoduje jeszcze większą frustrację. Dom ma być ostoją spokoju, dokąd wraca się z przyjemnością, ulgą, radością, a nie z poczuciem winy. 

A jednak. Gdy niedawno przyjechał jeszcze bardziej skonany niż zwykle, podczas rozmowy uświadomiłam sobie ostatecznie, że ta moja walka z wiatrakami nie ma sensu, bo choć toczę ją w imię miłości i troski, to dobijam własnego Męża, co z tego, że łagodnie i kulturalnie. Że stawiam Go w położeniu między młotem i kowadłem, ponieważ nie jest pracoholikiem, ale ma dużą potrzebę bycia obowiązkowym i nadobowiązkowym, gdy od Niego zależy los innych. I że w gruncie rzeczy Jego stosunek do pracy jest bardzo podobny do mojego w Polsce. Uświadomienie sobie tego wszystkiego tak mną wstrząsnęło, że potrzebowałam dystansu. 

Następny dzień zapowiadał się słoneczny, na piechotę wyruszyłam więc do sąsiedniego miasteczka, od którego dzieli nas 10 minut autem. Trasa prosta jak z bicza strzelił, nieskomplikowana, ale fajnie było popatrzeć na wszystko dookoła z perspektywy innej niż okno w samochodzie. Jedynymi większymi atrakcjami były roboty drogowe z takimi barierkami bezpieczeństwa, bardzo popularnymi w Japonii, oraz patrol policyjny, który zatrzymał się przede mną; okazało się, że tylko po to, aby zrobić w tył zwrot. Dużo ciekawych rzeczy zobaczyłam po dotarciu do celu, wcześniej umykały mojej uwadze. Choćby głośniki na latarniach przy głównej ulicy, z których cały czas płynęła relaksacyjna muzyka: utwory instrumentalne i piosenki o nieskocznej melodii; akurat była sobota, więc to chyba tak przy weekendzie. Budki telefoniczne co kilkadziesiąt metrów, po obu stronach ulicy, a w każdej grubaśna, kompletna książka teleadresowa. Aż 3 zadaszone postoje taksówek przy tej samej ulicy, na każdym murowany budynek, w którym kierowcy mogli posiedzieć, towarzysząc dyspozytorowi. Posągi uśmiechniętego, opasłego Buddy u wejść do budynków użyteczności publicznej oraz prywatnych.

Ze znanymi mi niewielkimi miastami japońskimi to jest tak, że niewielkie to są tylko ich centra, a one same w istocie są rozległe na tyle, że zwiedzając je na piechotę można się poważnie zmęczyć. Zwiedzanie takie do najprzyjemniejszych nie należy także dlatego, że skupiska domów i obiektów użyteczności publicznej często oddzielone są od siebie bezludnymi przestrzeniami, nieraz tak dużymi, że nietrudno o wątpliwości, czy to wciąż ta sama miejscowość, czy już nie. Poza tym, we wszystkich znanych mi i określanych przez miejscowych Japończyków jako niewielkie miastach domy są tak do siebie podobne, że nadal mam problem z identyfikacją wielu miejsc. Z tych wszystkich powodów nie zapuszczałam się daleko poza centrum.

Dzień powoli się kończył, jednak nastrój wciąż miałam nienajlepszy, dlatego postanowiłam wrócić taksówką do naszego miasta, lecz najpierw do Makudonarudo. Znajduje się on w sporej odległości od naszego domu, ale przecież my też mamy taksówki, więc żaden problem. Tak mi się wydawało.

W japońskich metropoliach jest pewnie inaczej, lecz w naszej okolicy taksówki jeżdżą w godzinach 7:00 - 22:30. Drzwi dla pasażerów otwierają się i zamykają automatycznie i „od strony chodnika”, czyli po japońsku od lewej (cudzysłów zamierzony, gdyż chodników często brak). „Koguty” na dachach taksówek różnią się kształtem. Większość pojazdów ma siedzenia w koronkach i kierowców w uniformach (a nawet gdy nie, to panowie noszą rękawiczki, zawsze białe). W każdej taksówce na tablicy rozdzielczej umieszczona jest karta identyfikacyjna kierowcy, z jego danymi i fotografią.

Już w Maku zdecydowałam się tylko na colę, bo gdy jestem nie w humorze, rzadko bywam głodna. Zatopiona w myślach, nie zauważyłam, że na dworze zapadł już zmrok. Zwiodła mnie słoneczna pogoda za dnia, zapomniałam, że przecież wciąż mamy zimę. Nie przejmując się jednak za bardzo, od razu zapytałam o postój taksówek. Pierwsza para młodych ludzi, których po japońsku zagadnęłam jeszcze przed wyjściem, zaskoczyła mnie miło, gdyż chłopak automatycznie odpowiedział po angielsku. Okazało się jednak, że droga z Makudonarudo do postoju jest na tyle skomplikowana, że zamiast mi tłumaczyć wszystkie w prawo i wszystkie w lewo, poradził, abym doszła do police station, a tam mną już pokierują dalej, a może i zawiozą do domu. Nie zdziwiły mnie te słowa, policja japońska uchodzi za przyjazną i pomocną. Jednak, dziękując za okazaną uprzejmość, z góry wiedziałam, że nie będę tam prosić o pomoc. Po pierwsze, byłam jeszcze przed decydującą o moim dalszym pobycie w Japonii wizytą w Biurze Imigracyjnym i wolałam nie być kojarzona z policją, w żadnym sensie. Po drugie, jestem z Polski, gdzie na ochotnika nikt raczej do policjantów nie uderza. 

Ostatecznie okazało się, że żadna z pytanych przeze mnie osób nie potrafiła pokierować mnie do postoju. Nie wszyscy nawet wiedzieli, że w ogóle mamy taksówki w mieście. Machnęłam ręką, w końcu znam drogę, żadna filozofia, tyle że daleko.

Puknąłby się czasem człowiek w czoło, ale nie zna kodu _

Podobno do rozeznania się w terenie kobiety, w przeciwieństwie do mężczyzn, potrzebują punktów orientacyjnych. Sęk w tym, że po krótkim czasie mojej pieszej wędrówki okazało się, że większość takich charakterystycznych obiektów, które by mną pokierowały, tonęła w ciemności. Oświetlone były tylko najgłówniejsze ulice i centra usługowo-handlowe (pomyślałam, że na reszcie chyba oszczędza się energię elektryczną po 11.03.2011., ale myliłam się, tak jest zawsze i prawie wszędzie w Japonii). Co tam, myślę sobie, mieszkamy poza centrum, więc drogę przemierzaliśmy mnóstwo razy, dam radę. Szłam więc pewnie. Do czasu, gdy znienacka wyrósł mi po prawej stronie las bambusowy, którego w ogóle nie kojarzyłam. Już po fakcie upewniłam się, że w gruncie rzeczy jest to bambusowy zagajnik, na tyle mały, że szybko znikał za oknami samochodu, którym zwykle pokonujemy tę trasę. Lecz nawet mały lasek z gnącymi się na wietrze aż do ziemi bambusami robi upiorne wrażenie, gdy wokół pusto i ciemno choć oko wykol. Nie należę do osób histeryzujących, lecz emocje minionych godzin dały mi się tak we znaki, że w jednej chwili stanęły mi przed oczami widziane kiedyś w sieci fotografie Junko Furuty i oprawców tej biednej dziewczyny. Automatycznie przypomniałam też sobie, że historia jej dramatu ma yakuzę w tle (fakt, że dalekim, no ale), a mafiosi tej organizacji mieszkają także gdzieś u nas. Zawsze moje politowanie budziły trafiające się w Internecie opinie głupio gloryfikujące członków tej japońskiej mafii jako szacownych potomków samurajów z własnym kodeksem zasad, jakby uwadze autorów takich opinii uszedł fakt, że ci „szacowni” ludzie zajmują się bandytyzmem, handlem narkotykami i żywym towarem, prostytucją oraz innymi tego typu „szacownymi” działaniami. Teraz zaś z politowaniem pomyślałam także o własnej decyzji, aby wracać po ciemku.

Nie miałam komórki - ani przy sobie, ani w ogóle. W Polsce byłam rozchwytywanym specjalistą i mój telefon dzwonił dużo za dużo, dlatego w Japonii postanowiłam, że nie chcę mieć. Teraz w lekkiej panice skierowałam się więc ku widocznym w oddali światłom, zbaczając z drogi, której byłam pewna. Po, na szczęście niezbyt długim, czasie dotarłam do oświetlonej ulicy, na której dostrzegłam pralnię automatyczną, taką, jakich dużo się widzi na filmach amerykańskich i jakich dużo chyba w każdym japońskim mieście. Akurat wchodziła do niej Japonka w średnim wieku, więc bezzwłocznie ruszyłam za Nią. Załamałam się totalnie, gdy na moje: - Sumimasen, takushi noriba wa doko desu ka (= Przepraszam, gdzie znajduje się postój taksówek?) Ona także nie znała odpowiedzi. Podobnie, jak poprzednio, usłyszałam, że najlepiej zapytać policjantów, ona może mnie tam podwieźć. Odmówiłam, uzasadniając, że jako nie-Japonka chyba lepiej, abym nie musiała mieć kontaktów z policją. Ku mojemu zaskoczeniu, kobieta zrozumiała taki tok rozumowania i zaproponowała, że wobec tego zawiezie mnie do domu. Nie wiedząc, gdzie dokładnie jestem (potem okazało się, że zaledwie przecznicę od naszej wypożyczalni DVD), japońskim zwyczajem narysowałam mapkę okolicy domu, zaznaczyłam charakterystyczne punkty ułatwiające dotarcie -  a tu zonk. Nasze miasto, noszące w nazwie końcówkę -machi oznaczające niewielką miejscowość i tłumaczoną jako town (w odróżnieniu od -shi, które tłumaczone jest jako city), w rzeczywistości jest tak duże, że nawet jego mieszkańcy nie znają go dobrze. Krążyłyśmy ulicami, widziałam miejsca z takimi samymi punktami, jakie zaznaczyłam na kartce i powoli traciłam resztki spokoju. Kobieta wykonała kilka telefonów, w tym do swojego męża, ale nikt nie potrafił jej naprowadzić. W końcu skręciła w boczną uliczkę, poprosiła, abym za nią poszła, i okazało się, że jesteśmy na terenie jakiegoś warsztatu samochodowego, a ku nam wychodzi 3 młodych mężczyzn. Co sobie pomyślałam, przemilczę. Jednak to oni właśnie pomogli. Bez problemu rozpoznali rozrysowane przeze mnie miejsce - a ja w tym momencie przypomniałam sobie, że przecież mam przy sobie paszport i japońską kartę identyfikacyjną, oba dokumenty z adresem domowym... Gdyby głupota miała skrzydła, uleciałabym wtedy jak przysłowiowa gołębica, przynajmniej zaoszczędziłabym sobie wstydu :)

Kiedy w końcu rozpoznałam w mroku światła znanej mi okolicy, poczułam trudną do opisania ulgę. Tym bardziej, że pani Japonka poświęciła mi masę czasu, zanim namierzyła, którędy trzeba jechać. W międzyczasie uwierała mnie znajomość japońskiej zasady, że nie należy innych obarczać swoimi problemami, i przepraszałam Ją po drodze chyba z tysiąc razy. Ona za każdym razem powtarzała: ”- No problem”, a na koniec, zajechawszy niemal pod drzwi, pomachała mi z uśmiechniętym: ”- Good luck” i odmówiła przyjęcia pieniędzy za zużytą benzynę. 

W domu okazało się, że T., zaalarmowany przez Teściową, która ze zdziwieniem nie doczekała się mojego szybkiego powrotu, nie dospał wystarczająco i długo szukał mnie w miejscach, o których wiedział, że są mi znane. Nie znalazłszy, w końcu zdecydował poprosić o pomoc policję, wobec której jako Japończyk nie ma obiekcji. Policja japońska z właściwą sobie uprzejmością, zgłoszenie przyjęła. Jednak z równie właściwą sobie tendencją do unikania problemów prawdopodobnie ani myślała się za mną rozejrzeć, wypatrzyliby mnie bowiem dziesiątki razy, gdyż nie spacerowałam zaułkami (inna sprawa, że osób dorosłych chyba nigdzie na świecie nie szuka się od razu).


Jakie wnioski wyciągnęłam z tej historii? Różne. Na tyle istotne, że chcę mieć tę historię na swoich blogu, aby nie zapomnieć.


________________________________________________________________

Na świecie potrzebni są i tacy, i owacy.
(Miguel de Cervantes, twórca postaci Don Kichote'a walczącego z wiatrakami)


2 komentarze:

  1. Laura24/2/12

    Ważny temat poruszyłaś i trudny.
    Przyznam, że z moich doświadczeń w pracy też wynika, że wielu Japończyków więcej w pracy siedzi dla zasady niż cokolwiek robi :) i przyznam, że trochę mi ulżyło, kiedy to stwierdziłam... Ale to przecież nie znaczy, że tak jest w każdej firmie i na każdym stanowisku, a o "predyspozycjach" do karoushi decyduje nie tylko rodzaj i ilość pracy, ale też, może głównie, charakter pracownika...
    Też mi się zdarzyło zgubić w Japonii i trafić do domu (znajomych, u których się na kilka dni zatrzymałam, nie swojego) z pomocą zupełnie obcej osoby. Zgubiłam się w drodze ze stacji do domu znajomych - gdybym po nich zadzwoniła z dworca, wyszliby po mnie, ale chciałam być samodzielna... No i źle skręciłam obok któregoś z niemal jednakowych domków jednorodzinnych na osiedlu po drodze. Nie miałam komórki, więc z drogi nie mogłam już zadzwonić, ale wiedziałam, że jestem niedaleko, i kiedy mijał mnie jakiś starszy pan, zdecydowałam się zapytać - niestety, pan przechodzień nie wiedział, jak trafić pod adres moich znajomych ani nie znał ich nazwiska, za to przejął się moją sytuacją do tego stopnia, że dopędził i zaczepił spacerującą nieopodal z psem Japonkę, "bo może będzie wiedziała", mimo że, jak się okazało, również wcale jej nie znał. Japonka z psem nie wiedziała, ale zaprowadziła mnie do domu swojej koleżanki, żeby ją z kolei zapytać, czy może przypadkiem zna adres albo nazwisko ludzi, których szukam... I dopiero ta biedna przyjaciółka wywabiona z domu naglącym dzwonkiem do drzwi spytała mnie przytomnie, czy mam numer telefonu do znajomych. Miałam, miła pani przyniosła telefon i nawet przeprowadziła rozmowę w moim imieniu - wytłumaczyła mojej znajomej, która chyba musiała się dość mocno zdziwić :) co się stało i gdzie jestem, okazało się, że faktycznie niedaleko, spotkałyśmy się bez problemu po drodze. Interesujące doświadczenie, nie powiem, chociaż czułam się okropnie zawracając głowę tym wszystkim ludziom. Inna sprawa, że bynajmniej nie zamierzałam tego robić, chciałam tylko zapytać, czy PRZYPADKIEM nie wiedzą, jak dojść pod adres, jeśli nie, to ok, idę dalej, w końcu znalazłabym albo dom znajomych, albo telefon publiczny, albo posterunek policji,a że był środek dnia, więc bać się też nie bałam. Cóż, kiedy nie pozwolono mi odejść. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. ...cmentarze pełne są ludzi niezastąpionych... okrutne, ale jakże prawdziwe.

    Jakiś czas temu oglądałam fotoreportaż Kuby Kamińskiego nagrodzony Grand Prix 5. edycji Wielkiego Konkursu Fotograficznego National Geographic Polska
    http://www.rp.pl/artykul/322470.html
    Bardzo mi tu pasuje, jako komentarz do Twojego, jakże mi znajomego, problemu.

    Ściskam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń