2014/10/30

Taka sytuacja


Wracając do domu, zatrzymaliśmy się z T. przy jednym z pobliskich kombini. Można tam nie tylko zrobić drobne zakupy, lecz także nadać pocztę, skorzystać z samoobsługowej kserokopiarki czy wypłacić pieniądze z bankomatu. Mąż wyskoczył tylko na chwilę, ja zostałam w samochodzie, który zatrzymaliśmy tuż obok stojaków na rowery. Tak się złożyło, że niemal natychmiast podjechał do nich jakiś staruszek, który na mój widok odstawił swoje 2 kółka i od razu podszedł, zaczynając radosną przemowę. Zdarza mi się od czasu do czasu, że nieznajome osoby w starszym wieku zagadują do mnie w bardzo naturalny sposób, więc swoim zwyczajem wyszłam z auta, ładnie się ukłoniłam i starałam wziąć udział w rozmowie, co okazało się nie być łatwe. Trochę zbiło mnie to z tropu, ale język japoński ma tyle gładkich zwrotów grzecznościowych, którymi można oblecieć nawet długie spotkanie, że zachowałam stoicki spokój ;) Pomyślałam, że może pan dziadek rozpoznał samochód i skojarzył z T., który w przeciwieństwie do mnie bierze aktywny udział w związanych z życiem na naszym osiedlu spotkaniach organizacyjnych, więc na początku grzecznie się przedstawiłam, co pana z lekka rozbawiło. Hmm. Pan odczekał aż wyjdzie mój Mąż i po niedługim czasie rozjechaliśmy się. Spytałam T., kim jest spotkany staruszek, czym nie lada Go rozśmieszyłam. Okazało się bowiem, że to jeden z naszych bliskich - w znaczeniu nie tylko dosłownym - sąsiadów, który bywa u nas z żoną czasem nawet dzień w dzień. Tyle że przyjmuje ich zawsze moja Teściowa, a ja trzymam się wówczas z dala od Jej pokoju, dlatego ostatnio widzieliśmy się niemal 3 lata temu. I to by było na tyle, jeśli chodzi o moje integrowanie się ze społecznością lokalną, haha. Na parkingu z rozpędu zaczął do mnie mówić nietutejszym narzeczem, toteż nie bardzo go rozumiałam. A nie rozpoznałam, ponieważ przez ostatnie lata jego wygląd bardzo się postarzał, uderzająco wręcz.   

Rzeczonego staruszka nazywamy w domu Budda san, ponieważ jest bardzo niewielkiego wzrostu i zawsze roześmiany. Tak go nazwałam po pierwszym spotkaniu i tak już zostało. Kilka dni temu, późnym wieczorem zaniepokoił nas sygnał karetki pogotowia w okolicy jego domu, martwiliśmy się o zdrowie jego i jego żony. Tymczasem nazajutrz dowiedzieliśmy się od nich, że ratownicy zostali wezwani do ich wnuka, niestety na próżno. Młody, bardzo młody człowiek zadławił się podczas kolacji i zmarł. Pogrzeb odbył się dokładnie w 20 rocznicę jego urodzin, która w Japonii oznacza wkroczenie w dorosłość. T., który wziął udział w pogrzebie, powiedział nam, że z powodu tego nieszczęścia pan Budda jeszcze bardziej zapadł się w sobie. Jakież więc było moje zdumienie, kiedy następnego dnia ponownie dobiegł mnie jego perlisty śmiech, gdy na chwilę wpadł do naszego domu. 

Teściowa zdecydowała, że nie weźmie udziału w uroczystościach, co zostało przyjęte ze zrozumieniem, ponieważ w tym samym tygodniu uczestniczyła już w innym. Nie wiem, czy tak jest w całym kraju, lecz my za każdym razem dostajemy oficjalną, długą rozpiskę związaną z danym pogrzebem, a dokładniej z jego częścią publiczną, czyli otwartą także dla nie-rodziny. Łącznie trwa ona kilka bitych godzin, zwykle około 7.

Ze zrozumieniem przyjęto również fakt mojej nieobecności. Konsekwentnie odmawiam uczestnictwa w japońskich pogrzebach. Nie chciałabym nikogo urazić w tak ważnym dla niego czasie, dlatego wolę zostać w domu niż ryzykować pośpieszne wyjście w trakcie przenoszenia pozostałych po kremacji fragmentów kości przez poszczególnych krewnych czy rozłupywania czaszki młotkiem przez tutejszego odpowiednika księdza, co również się zdarza. 

Jeśli wierzyć statystykom, pogrzeby w Japonii są odprawiane prawie wyłącznie w obrządku buddyjskim. Jest to o tyle interesujące, że ok. 70% Japończyków określa siebie jako osoby niewierzące i niereligijne, lecz równocześnie 90% z tej liczby przyznaje, że są osobami praktykującymi. Co ciekawsze, praktykowane są jednocześnie elementy 2 religii - buddyzmu oraz shintō.

Różnic między typowymi pogrzebami japońskimi a polskimi jest dużo więcej. Tutaj na przykład żałobnicy wybierają się na uroczystość z pieniędzmi w specjalnej, podpisanej nazwiskiem ofiarodawcy kopercie kondolencyjnej, zaś na odchodne otrzymują niewielkie podarunki, jak gdyby w podziękowaniu za dołożenie się do pokrycia niebagatelnych kosztów. Ale w tym miejscu egzotyka poniekąd już się kończy, kwestie finansowe bywają bowiem tak samo kontrowersyjne, jak nierzadko w Polsce, choć w innym wymiarze. Przykładowo, podczas ceremonii buddyjskiej zmarły otrzymuje nowe imię (kaimyō), które od tej pory ma go trzymać w zaświatach, dzięki czemu jego duch nie będzie straszył żyjących, gdy będą go wspominać dawnym, ziemskim. Teoretycznie długość nowego imienia powinna zależeć od tego, jak bardzo zasłużony był to człowiek i jak bardzo dobry za życia. Co znamienne, jego wartość moralną oceniają kapłani. W praktyce nowe imię jest tym dłuższe, im więcej pieniędzy rodzina przekazała świątyni także niezależnie od tej wyceny. Kwoty dobijają nawet miliona ¥.


9 komentarzy:

  1. Czyli pieniądz jest wszechwładny na całym świecie. Chociaz o tym wiem, to ciągle nie mogę się pogodzić. Za odpowiednią sumę nawet odpust sobie kupisz.... o rozwodzie kościelnym nie wspomnę. Ach!
    Serdeczności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To drażliwe kwestie. Lecz jako ludzie mamy sumienie oraz wolną wolę. Każdy z nas może sam zdecydować, czy chce identyfikować się z jakimikolwiek instytucjami praktykującymi relatywizm moralny i podwójne standardy.
      Dorotko, dziękuję, przesyłam wzajemnie!

      Usuń
    2. Ano... Mamy rozum, wolną wolę i sumienie. Tylko dlaczego często spychamy je gdziś w póznię i czynimy inaczej????? Pytanie retoryczne. Buziaki

      Usuń
    3. Skoro retoryczne, to rozumiem, że zamykamy temat. Buziaki :)

      Usuń
  2. Przypuszczam, ze też (podobnie jak Ty) nie uczestniczylabym w takich makabrycznych uroczystościach pogrzebowych. To, co piszesz (rozłupywanie czaszki młotkiem) jest przerażające, jak z jakiegoś filmu typu thriller. Albo w sam raz na Halloween. No, ale dzieki Twoim relacjom dowiem się czegoś o Japonii i zwyczajach panujących w tym kraju.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy13/4/15

      Naprawde koszmar. Dlaczego dopuszczaja sie czegos takiego?

      Usuń
    2. Wyjaśniłam (uściśliłam) w odpowiedzi na komentarz Joanny, nie wiem, dlaczego nie widać. Otóż specjalny młotek służy do rozprawienia się z tymi fragmentami czaszki, które okazują się za duże, by zmieścić się w urnie. Nie robi to może aż takiego wrażenia, jak inny zwyczaj buddyjski, praktykowany na szczęście poza Japonią, tzw. pogrzeb powietrzy, polegający na wielokrotnym nacinaniu ciała, wystawianiu nagich zwłok na żer sępom i pomaganiu im poprzez rozbijanie na miazgę grubszych kości za pomocą siekiery – dla mnie jest to jednak tak samo nie do przyjęcia.

      Usuń
  3. Dziś u Ciebie trudny temat. Ostateczny. W każdym kraju inaczej. Ale dziś oglądałam w TVN Style program o nowej modzie: próbne pogrzeby. To dopiero horror. Rodzina zaproszona, ksiądz, a facet podnosi wieko, by sprawdzić, kto przyszedł no i pewnie, czy smuci się dostatecznie smutno. Pozdrawiam wesoło, wbrew tematowi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bywają pomysły tak głupie, że aż śmieszne, ale ten... O rany. Choć potrafię wyobrazić sobie, co popycha ludzi do takich inscenizacji, nie rozumiem bardziej niż pewnego japońskiego zjawiska - świętowania rozwodów wespół zespół z byłym już małżonkiem oraz gośćmi. Ewidentnie - niedostatek wrażeń w życiu.

      Usuń