2015/04/28

No i się zaczęło


Wobec informacji z Nepalu dotkniętego złowieszczymi siłami natury (wciąż rosnąca liczba ofiar) oraz podobieństwa do regularnie obiegających świat wiadomości z Japonii zasiadam do bloga z mieszanymi uczuciami. Jest w tym jakaś niezręczność, tak to odbieram mimo upływu dni. Moje własne życie toczy się jednak dalej i, póki co, szczęśliwie bez zawirowań. 




Jest nadal kwiecień, a w powietrzu czuje się już lato. Dosłownie. Najprzyjemniejszy okres, kiedy to nie ma potrzeby włączania klimatyzacji, jak zwykle minął zbyt szybko. Z dnia na dzień zrobiło się wręcz za gorąco i przypomniała o sobie męcząca japońska wilgotność powietrza. Na widok Japonek, które ukrywają swoją skórę przed słońcem, wskakując na przykład w legginsy zakładane pod krótkie spodenki, robi mi się wręcz słabo. Widoczna na zdjęciu szlachetna bladość mojej własnej skóry to tylko kwestia czasu, zdecydowanie stawiam na plebejską opaleniznę - zamówiłam zapas balsamów brązujących i nie zawaham się ich użyć.

Niezmiennie zazdroszczę Mężowi naturalnie złotego odcienia skóry, a przede wszystkim odporności na aktualne warunki klimatyczne. Dość powiedzieć, że (podobno jak większość Japończyków) nie musi używać dezodorantu nawet w największy upał. Co nie zmienia faktu, iż przed skwarem ucieka chętnie jak ja, na przykład w pobliskie, niewielkie pasmo górskie, które przy dobrej pogodzie widzimy po przeciwnej stronie niż znacznie dalszą Fudżi. W ostatnich dniach zarzuciliśmy plany dalekich wycieczek, T. jest zbyt przemęczony pracą. Dużo czasu zajęło mi, aby przekonać Go do otwartego komunikowania, jeśli wolałby zostać w domu, zmianę postawy przyjęłam z radością. 

Wyjątkowo nie pochodziliśmy sobie pod sakurą, choć ozdobnych drzew wiśniowych w okolicy jest dużo jak prawie wszędzie w Japonii. W tym roku nie sprzyjał temu deszcz, który w naszej części kraju ze szczególną intensywnością dał jej się we znaki akurat w porze kwitnienia. Dywany z płatków ścieliły się na sporą odległość od miejsc, w których rosną drzewa, co wyglądało bardzo malowniczo, choć jednocześnie z lekka smutno. Lecz nawet przy pięknej pogodzie osławiona sakura wcale nie zawsze wygląda uroczo. Kwiecie różni się pod względem rozmiaru płatków, przede wszystkim zaś pod względem koloru. Różowe oraz białe przyciągają wzrok, kolor innych przypomina nieświeżą, kiedyś białą ścierkę, takie z daleka wyglądają jak brudne. Japończykom zdaje się to jednak nie robić różnicy. Niemal bez względu na pogodę licznie podtrzymują tradycję hanami, czyli w dosłownym tłumaczeniu oglądania kwiatów  - niektórzy tylko podczas krótkich spacerów, inni dłużej, nawet całymi nocami. Co niekoniecznie musi oznaczać raczenie zmysłów widokiem oświetlonych papierowymi lampionami drzew - niektórym bowiem wyjątkowo bliskie jest japońskie przysłowie „Lepsze dango od kwiatów, przy czym ryżowe kulki dango są dla nich tylko dodatkiem do wnoszonych na teren parków skrzynek piwa i sake.

Inne rośliny zachwyciły jednak jak zwykle. W termin hanami wpisuje się oglądanie różnych kwiatów, nie tylko kwiatów wiśni. Mnie najbardziej podobają się zasadzone całymi polami tulipany, lecz można również oglądać pospolite, wydawało by się, maki i rumianki, a nawet rzepak. Mimo że rosną też samopas, obsadzane czy obsiewane są nimi specjalnie wydzielone kawałki ziemi. W odpowiednim czasie przy drogach umieszczane są rysunkowo-tekstowe informacje o tym, co konkretnie rośnie w pobliżu, i wówczas sporo ludzi wpada pooglądać, nawet jeśli tylko przejazdem. Widać zarówno wygodnie ubranych spacerowiczów, jak i panów pod krawatami, którzy w pojedynkę lub grupkami robią sobie przerwy w podróży, prawdopodobnie służbowej (ubrane oficjalnie panie to widok bardzo rzadki).

Wszelkie wątpliwości co do tego, że wiosna zagościła się już na dobre i wielkimi krokami zmierza ku latu, ostatecznie rozwiewają odgłosy żab i cykad. Te pierwsze dają o sobie znać od razu tego samego dnia (wieczora), gdy nawodnione zostało kolejne pole ryżowe, i brzmią szczególnie oryginalnie w obrębie największych miast. Te drugie odzywają się na razie niesystematycznie, lecz niedługo znów będzie je słychać całymi dniami. Tak że będziemy tu mieć koncert już przez 24 h na dobę. 

Charakterystyczną cechą japońskiego kwietnia jest również rozpoczęcie sprzedaży pędów bambusa, zebrane zbyt późno byłyby zbyt łykowate i twarde. Można kupić konserwowane, suszone, świeże. Część gatunków zawiera cyjanek - nie kupuję w ogóle, więc to nie mój problem. Pędy bambusa to ponoć ulubione pożywienie pand, ja tusz do rzęs mam wodoodporny (z Polski, japońskie spływały niezależnie od pogody).

Zupełną nowością w sklepach jest z kolei coca-cola z ekstraktem z zielonej herbaty. Również poza moim zainteresowaniem, jednak ciekawa byłam opinii Męża, dlatego kupiliśmy jedną butelkę do przetestowania. Nie wiem, jak reagują inni Japończycy, ale nawet Teściową wzdrygnęło od pierwszego łyka.

Za to z olbrzymim, zabawnym wręcz apetytem oboje zajadają się tej wiosny ciastem z nazwy kojarzącym się raczej z inną porą roku - marchewkowym, na które przepis wpadł mi niedawno w oko. Wnioskując po liczbie wpisów na jego temat nawet w samej blogosferze, chyba stało się bardzo popularne wśród Polek już nie tylko mieszkających w Anglii. Mną kierowała zwykła nadwyżka warzyw, lecz przyznaję, że smak zaskoczył mnie pozytywnie, angielskie potrawy dotychczas kojarzyły mi się tylko mdło. Co zastanawiające, moją japońską rodzinę wprawia w zachwyt już sam fakt, że piekę domowe ciasta. Nie rozumiem, z czego to wynika, bo skoro na sklepowych półkach bynajmniej nie brakuje proszku do pieczenia i innych takich, to najwyraźniej ktoś jeszcze w tym kraju piecze. Może chodzi o to, że moje wypieki są po polsku treściwe, a nie watowate jak większość ciast dostępnych w tutejszych cukierniach. W każdym razie dotychczas polubiliśmy carrot cake z dużą ilością cytryny, a na rychłe Urodziny Teściowej zaplanowałam wersję bardziej odświętną, z kremem z sera philadelphia według tego przepisu: link. Na wypadek, gdybyśmy przesadzili z tym łasuchowaniem, zaopatrzyłam się już w nowy domowy zbijacz kalorii :)




24 komentarze:

  1. Witaj :)
    Ciekawy, jak zawsze opis Kraju Kwitnącej Wiśni :)
    Ja od dawna piekę ciasto marchewkowe, bez kremu- dla Córki, która uwielbia marchewkę :)
    Zapraszam na mojego bloga, bo tam dziś- japońskie kino ;)
    Pozdrawiam mile :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, za japońskim kinem to ja ledwo ledwo. No chyba że w nim tyle z typowej japońskiej kinematografii, ile smaku marchewki w marchewkowym cieście, hehe. Lecz na bloga wpadnę i tak, lubię do Ciebie zaglądać. Akurat mam czas, więc lecę od razu.

      Usuń
    2. Jeśli masz ochotę na więcej moich kulinarnych przepisów napisz na moim blogu na e-mail, a podam Ci linka ;) jest i łatwe, smaczne marchewkowe ciasto i wiele innych :)

      Usuń
    3. Od razu rzuciłam okiem. Będzie z czego wybierać - dziękuję Ci ślicznie.

      Usuń
    4. Bardzo mi będzie miło, smacznego ;)
      Ja uwielbiam kosztować nowe smaki i chętnie kiedyś spróbuję coś z kuchni japońskiej. Czy u Was jest mnóstwo przypraw? uwielbiaj je poznawać. Bardzo przypadły mi do gustu smaki toskańskich przypraw, np z płatkami róży.
      Córka obecnie studiuje dalej swój kierunek, tzn robi mgr. Wybiera się także na 1 semestr do Madrytu, jestem dumna z moich Dzieci :)
      Pozdrawiam pięknie :)

      Usuń
    5. Morgano, ja takiej ciekawości w sobie nie mam. Posiłki przyrządzam po polsku, dbam o to, aby w domu był zapas przypraw (i nie tylko) charakterystycznych dla naszej, narodowej kuchni. Przypraw typowo japońskich niewątpliwie istnieje dużo, jednak nie orientuję się w nich za bardzo. Spotkałam się ze stwierdzeniem, że tutejsze potrawy bazują przede wszystkim na 3 przyprawach w postaci płynnej, są to: mirin, sake i sos sojowy - który pomimo bardzo dużej zawartości soli jest wręcz nadużywany, tak wynika z moich obserwacji. Co z kolei nijak się ma do tego, że podobno Japończycy posiłki przygotowują w taki sposób, aby jak najmniej ingerować w naturalne walory smakowe produktów spożywczych.

      Widzę, że Córkę masz ambitną i otwartą na doświadczenia podobnie jak Ty. Powodzenia w realizacji planów! Przypuszczam, że nie omieszkasz zamówić sobie u Niej przypraw prosto z Hiszpanii :)

      Usuń
  2. Zaniepokoiłam się tymi pędami, bo moja rodzina często kupuje w słoiczkach do sałatek. Spróbuj upiec moją wersję "murzynka", prosty,szybki:do rondelka włóż masło, 3 łyżki kakao, 1 łyżkę przyprawy do piernika, mały słoik dżemu, rozpuścić, odstawić. W mikserze ubić na wysokich obrotach 6 jajek, dodać szklankę lub mniej cukru,dodać miksując na wolnych obrotach 2 szklanki mąki, 2 łyżeczki proszku i masło z kakao wystudzone.Niedługo miksować. Wlać do dużej blachy, upiec 35 - 40 min w 160 st. Po wystudzeniu polać polewą z pudru i soku cytrynowego, można posypać wiórkami. I ciekawie wyciąć szklaneczką w półksiężyce( przykładaj niewielką część szklanki i wytnij). Smacznego. A zdjęcia rewelacyjne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze względów bezpieczeństwa surowe pędy bambusa należy długo gotować albo moczyć w wodzie. Sprzedawane w słoiczkach zapewne już wcześniej zostały poddane niezbędnej obróbce.

      Dziękuję za przepis. Murzynek to jedno z pierwszych ciast, które upiekłam jeszcze jako dziecko, chyba dam radę i teraz ;)

      Usuń
    2. Kiedy dodasz powideł lub mało słodkiego dżemu, to dłużej jest wilgotny, ale cały efekt w tym wycinaniu półksiężyców. Ciasto ciemne, góra jasna, efekt się liczy, a ciasto proste jak przysłowiowe cepy i zawsze się udaje. Proszę powiedzieć mi, co leży na zielonej i niebieskiej macie. Pozdrawiam bratkowo, moje obłędnie pachną na balkonie.

      Usuń
    3. Na karimacie top-toner oraz poduszka do ćwiczeń na talię (czytaj: wykręcania kalorii). Jak znalazł po tych powidłach i dżemie.

      Usuń
  3. Marchwkowego nigdy nie jadłam. Trzeba wreszcie spróbować.U nas też wiosna i drzewa zaczynają kwitnąć i jest tak pięknie, nawet, kiedy pada deszcz! Serdeczności!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niech pada, byle bez przesady, a młoda marchewka nada się akuratnie. Oby obrodziła nie mniej niż polskie drzewa, toć formalnie to teraz też owoc... Serdeczności, DD.

      Usuń
    2. Spróbuję. Serdeczności.

      Usuń
    3. Smak w dużym stopniu zależy od dodatków, życzę trafnego wyboru.

      Usuń
  4. Mam prośbę. Chciałabym się zalogować na FB, ale pod pseudonimem, by chronić prywatność. Nie bardzo wiem, jak się za to zabrać. Proszę, napisz, co o tym sądzisz. Czy masz jakieś doświadczenie. Czy warto?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ultro, nie wiem, na czym dokładnie Ci zależy. Możesz zachować dotychczasowe konto prywatne, lecz zmienić swoje imię i nazwisko na pseudonim. Lub usunąć dotychczasowe konto prywatne i założyć nowe pod pseudonimem.
      Najpierw przemyśl jednak, co chcesz zrobić z aktualnie prowadzonym fanpejdżem swojego bloga. Jedna z możliwości to zachowanie go pomimo zastąpienia prawdziwych danych personalnych pseudonimem. Drugą jest przeniesienie praw administracyjnych do fanpejdża na nowe konto. Jeszcze inną usunięcie go i rozpoczęcie prowadzenia od nowa.

      - Jeśli potrzebujesz bardziej szczegółowych informacji lub będziesz mieć problem z realizacją podjętej decyzji, daj znać, w wolnej chwili postaram się Ci pomóc.

      PS: Uzupełnieniem mojego bloga jest strona tematyczna na Facebooku, siłą rzeczy musiałam więc mieć konto personalne, skoro bez takiego nie da się założyć strony. Mimo że nie ujawniałam statusu administratora strony, dość szybko zrezygnowałam z konta prywatnego, a żeby nie utracić strony, najpierw założyłam konto fikcyjne, do którego podpięłam prawa administracyjne. Konto fikcyjne mam całkowicie puste, służy mi jedynie do podtrzymania strony.

      Usuń
    2. Po prostu chciałabym czasem dać polubienie, czy komentarz, ale pod swoim pseudo - Ultra. Dzięki za rzeczowe rady. Życzę dobrych promyczków.

      Usuń
    3. Lajkować i komentować jako Ultra możesz już teraz z pozycji strony. Jeśli Ci to odpowiada, zmodyfikuj nazwę w taki sposób, aby np. zawierała zarówno nazwę bloga, jak i Twój pseudonim (wejdź w zakładkę Informacje, po czym edytuj pole Nazwa).

      Wszystkie rady trochę w ciemno, opcji jest więcej. Pozdrawiam promiennie.

      Usuń
  5. Przeglądam te barwne, pełne zdjęć blogi i na nowo uczę się rozumienia tego egzotycznego kraju o odmiennej kulturze. Dzięki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę bardzo. Zakładam, że oczywista jest dla Ciebie subiektywność moich przekazów (nie mylić z tendencyjnością).

      Usuń
  6. Każdy, kto przekazuje innym swe refleksje, ma własny ogląd rzeczywistości. To przecież logiczne. Nawet, jeśli czytamy artykuły w prasie, to wiadomo, że i my mamy swoje zdanie i wcale nie musimy przyjmować bezkrytycznie. Twoje posty są wyważone i mądre, to przecież widać, też jakby trochę się na tym znam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Logiczne, zrozumiałe - jednak nie dla każdego, miałam już tego dowody w związku z prowadzeniem bloga. Dlatego wolałam przypomnieć, a treść Twojego komentarza zdała się w sam raz, lecz nie odbieraj tego zbyt personalnie.

      Usuń
  7. Ja będę wpadać do Ciebie, ponieważ lubię Twoje klimaty postów plus wyjątkowe zdjęcia. Pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś bardzo miła. Z uwagi na intensywność życia pozablogowego nie mogę obiecać częstszych wpisów, niemniej zapraszam serdecznie.

      Usuń