2015/10/07

Dewa mata !


Stare przysłowie japońskie głosi, że dzień bez sushi to dzień bez sushi. Hehe. Sądząc po źródle, raczej zmyślone, niemniej jak ulał pasuje do mojego blogowania w ostatnim czasie. Wbrew pozorom nie zaliczam przerwy w życiorysie. Po prostu moja uwaga koncentruje się na kwestiach związanych z podróżą do Polski. Ponieważ lecę sama, a Mąż dołączy później, w samolocie być może zajmę się nadrabianiem zaległości, dzięki czemu godziny w powietrzu na pewno upłyną mi znacznie szybciej. Kolejny post ukaże się w swoim czasie. O ile ktoś jeszcze dotrwa - do zobaczenia :)



Update:


Z pomysłu nadrabiania zaległości w samolocie zrezygnowałam, gdy okazało się, że mam sąsiada. Media japońskie od początku systematycznie informują o kryzysie imigranckim na starym kontynencie, ten temat poruszany był w mojej obecności nad wyraz często. Za którymś razem w końcu skomentowałam pół żartem, pół serio, że tylko tego brakuje, aby w samolocie zasiadł obok mnie muzułmanin. Mówisz i masz.

Młody człowiek nie był wścibski ani przesadnie ostentacyjny. Gdy jednak po kilkunastu godzinach lotu zakomunikowano rychłe lądowanie, zaczął modlić się po swojemu dość zamaszyście. Wówczas ja zrobiłam nie mniej zamaszysty znak krzyża. Siedząca naprzeciwko nas japońska stewardessa zareagowała skonsternowanym wyrazem twarzy, aż trochę było mi jej szkoda, tym bardziej, że na co dzień respektuję to, iż w jej ojczyźnie raczej nie jest mile widziane afiszowanie się z tego rodzaju zachowaniami - no ale siła wyższa ;) Zresztą, byliśmy już daleko od Japonii, choć wciąż na pokładzie maszyny japońskich linii lotniczych.

Tak więc zaległości przeleciały ze mną te pół świata i z powrotem. No i trudno, niech tak zostanie. Z szacunku dla Czytelników, którzy - jak pokazują statystyki - mieli nadzieję na ciąg dalszy, co nieco jednak wkleję, proszę:



Ozdobny słupek uniemożliwiający wjeżdżanie z jezdni na chodnik.
Hełmy samurajów często miały otwór na szczycie, który zapewniał wentylację oraz w który mogli wkładać swoje spięte w krótki kucyk włosy.

Wizerunki samurajów na jednej z tokijskich stacji metra.


Ostatnia moja wizyta w Tokio związana była z zaproszeniem do dzielnicy Nihonbashi, gdzie miała miejsce wystawa akwarystyczna z Edo w nazwie, co brzmiało dumnie, zważywszy, że tak nazywała się kiedyś stolica, a także cała epoka w historii Japonii. Rzeczywistość przerosła moje wyobrażenia, haha. 

Najpierw okazało się, że po zakupieniu biletów należy udać się na krótki spacerek, gdyż wystawa znajduje się w innym wieżowcu. Pogoda była jeszcze ładna, więc to akurat żaden problem. Wraz z Japonkami, które mnie zaprosiły, po dotarciu do rzeczonego wieżowca zobaczyłyśmy kolejkę ciągnącą się na całą długość podziemia budynku Coredo Muromachi i dodatkowo radośnie zawijającą się kilka razy. Nastąpiło lekkie osłupienie, ostatecznie jednak postanowiłyśmy uzbroić się w cierpliwość - one ciekawe instalacji artystycznych, o jakich z zachwytem opowiadały im koleżanki, a ja chcąc się przekonać, na ile powtórzone mi opinie okażą się adekwatne do tego, co zastaniemy. 

Czekać przyszło nam ponad godzinę. W tym czasie obsługa kolejki na życzenie rozdawała tekturowe wachlarze uchiwa w kształcie koła z otworem na kciuk, mimo że takie same dodawano do biletów. Temperatura w podziemiach robiła swoje, jednak po nikim nie widać było zniecierpliwienia czy niezadowolenia, choć w tłumie znajdowało się także bardzo dużo ludzi w podeszłym wieku oraz małych dzieci. Gdy w końcu dotarłyśmy na początek, kolejka w ogóle nie zmalała, z racji weekendu napływały kolejne rzesze chętnych.

A nie za bardzo było do czego, moim zdaniem. Szumnie zapowiadane w mediach instalacje okazały się rozmieszczonymi w ciemnej przestrzeni, podświetlonymi akwariami w kształcie wielkich lotosów, diamentów i tym podobnych, część z nich opleciona była połyskującymi sznurkami. Cóż, wyglądało to odpustowo albo ja się nie znam (link). Reklamowane wrażenie elegancji w jakimś tam stopniu ratowały zwieszające się z sufitu na wzór żyrandoli kaskady szkiełek. Tylko jedna instalacja wyróżniała się pozytywnie: nadano jej kształt przywodzący na myśl fusumy, czyli rozsuwane panele, za pomocą których aranżuje się przestrzeń w urządzonych tradycyjnie domach japońskich, a w tle za rybami pojawiały się tradycyjne malowidła. Japończykom było chyba bez różnicy, tłoczyli się przy każdej ekspozycji, robiąc zdjęcia i filmując na potęgę. Szczególnie smutno wyglądało to w wąskim korytarzu prowadzącym do sali głównej, mało kto na spokojnie przyglądał się rybkom pływającym po obu stronach, większość zwiedzających raczej czyhała z telefonem lub innym urządzeniem mobilnym w ręku na wolny kawałek przestrzeni jak najbliżej akwarium. Jeśli chodzi o same ryby, niektóre okazy były wręcz piękne, zwłaszcza ozdobne karpie koi (link). Aktualnie występujące gatunki w liczbie przekraczającej 120 to wynik selekcji hodowlanej, dlatego ich widok budził we mnie mieszane uczucia. Obserwując wszystko z tarasu, na którym zatrzymałam się na jakiś czas, i przysłuchując się zachwytom pomieszanym z dźwiękami głośnej, energetycznej muzyki, miałam wrażenie, że to, co dookoła, jest jakieś takie, no nie wiem, pozbawione głębi i bezrefleksyjne. Podobnie jak bezrefleksyjna wydaje mi się zapoczątkowana w epoce Edo jedna z ulubionych letnich rozrywek Japończyków polegająca na odpłatnym gonieniu za pomocą papierowych szufelek poi złotych rybek i malutkich żółwi wodnych, specjalnie po to zgromadzonych w miskach i innych płytkich zbiornikach. 

Taką wystawę można odwiedzać w Japonii corocznie. Mnie ten jeden raz wystarczy, tyle dobrego, że chociaż cel był szczytny. Środki pozyskane ze sprzedaży biletów mają być przeznaczone m.in. na ochronę zabytków w dzielnicy Nihonbashi, aby klimat epoki Edo nie zanikł pomimo całej nowoczesności wokół. Wysiłki w tym kierunku są bardzo widoczne. Imponujące jest zaangażowanie nawet zwykłych ludzi, którzy przykładowo co roku biorą udział w społecznym czyszczeniu wiekowego już mostu. 

W drodze powrotnej z Tokio złapał mnie ulewny deszcz, który okazał się początkiem największej od kilkudziesięciu lat powodzi w Japonii (link). Ostatecznie woda zatrzymała się około 20 km od naszego domu. Kto miał szczęście nie widzieć żywiołu w akcji, o jego zasięgu mógł się przekonać jeszcze długo potem, widząc rozsypaną po posesjach białą substancję dezynfekującą albo poniesione daleko w pola ryżowe fragmenty wałów ochronnych. Miłą dla oka odmianę stanowiły w tych miejscach liczniejsze niż normalnie stada białych ptaków, trochę kojarzące mi się z naszymi bocianami.



Zdjęcia z katalogu pewnego japońskiego sklepu wysyłkowego, 
który nie przyjmuje do wiadomości, że jego oferta zainteresowała mnie tylko jednorazowo.
(Update: Nie, nie chodzi o rzeczy widoczne na tych zdjęciach.)


Przed wylotem dostałam od znajomej Japonki - bardzo podobnej do osoby z powyższego zdjęcia - ręcznie napisany po angielsku list, w którym wyraziła nadzieję, że mój pobyt w Europie będzie spokojny, i który zakończyła zapewnieniem, że będzie się modlić o bezpieczeństwo moje i moich bliskich. Do kogo modli się statystyczny mieszkaniec Kraju Kwitnącej Wiśni, nie za bardzo potrafi odpowiedzieć nawet on sam, lecz gest sam w sobie szczerze mnie wzruszył, nie spodziewałam się aż takiej postawy. Tym bardziej, że temat imigrantów - wypływający niespodziewanie, lecz potraktowany rzetelnie od strony religijnej, politycznej, nieważne jakiej - powoduje także odmienne reakcje, mianowicie nabieranie wody w usta nawet przez pozornie otwartych Japończyków, o tym też zdążyłam przekonać się w bezpośredniej relacji jeszcze przed podróżą. Swoją drogą, niezły test na autentyczność więzi emocjonalnych.


Ulotka z markowego sklepu sportowego i ocieplacz w tanim sklepie sieci Shimamura.


Będąc w Polsce, doświadczyliśmy z T. pogody charakterystycznej nie dla 2, ale dla 3 pór roku. Grudniowych bazi nie narwaliśmy, za to przywieźliśmy ze sobą trochę styczniowego śniegu. Za mało, w tym sezonie na razie niewiele śniegu w górach, Hokkaido za daleko, deski snowboardowe muszą więc jeszcze zaczekać.


Pochibukuro - kopertki na noworoczne prezenty pieniężne dla dzieci, 
a poniżej nengajō - noworoczna kartka pocztowa (ten wzór na Rok Małpy najbardziej wpadł mi w oko, choć onseny konsekwentnie omijam szerokim łukiem).


Jak będzie z moim blogowaniem w tym roku, to się dopiero okaże, sama jestem ciekawa. Z jednej strony nie lubię przerywać czegoś, czemu poświęciłam swój czas i energię. Z drugiej w zasadzie spełnił już swoją rolę, bardziej mi się nie przysłuży. Nie zarzekam się jednak, więc i nie żegnam.



10 komentarzy:

  1. Witam i pozdrawiam pięknie w Nowym Roku:)
    Uwielbiam Twojego bloga, czekałam na nowe wpisy i mam:)
    Dzięki Tobie poznałam choć odrobinkę nieznany dotąd dla mnie Kraj Kwitnącej Wiśni- dziękuję:)
    Czekam na kolejne ciekawe foto-relacje, z pewnością nie ja jedna !
    Ciekawe, jak tam kulinarne smaki, czy coś mojego jeszcze testujesz?
    Pozdrawiam cieplutko, choć śnieżnie i zimowo:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ ja się ucieszyłam, kiedy na Fb zobaczyłam wpis. Ależ ja się uradowałam, że znów mogę dowiedzieć się wiadomości i ciekawostek o Kraju Kwitnącej Wiśni z pierwszej ręki. Jak ja czekałam na te mądre i konstruktywne posty. Proszę nie przerywać pisania, Polacy mają niewielkie szanse zobaczyć zdjęcia choćby półek sklepowych, czy produktów, nie mówiąc o trafnych spostrzeżeniach, uwagach i porównaniach rzeczowym okiem.
    Teraz też patrzę na te wielkie i podświetlone kwiaty lotosu, ozdobne karasie koi i kaskady szkiełek. Myślę sobie, że gusta współczesnych bardziej skłaniają się ku błyskotkom i głośnej, natrętnej muzyki. No cóż, o gustach się nie dyskutuje. Zasyłam serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
  3. JUż wyobraziła sobie jak ty się żegasz a muzułmanin modli... Ach, już widziałam oczy gapiów i ... wybacz, rozbawiło mnie to do łez. Nie przerywaj pisania, pisz o Japonii, bo ciekawie piszesz. Jesteś moimi oczami... Może kiedyś będę mogła sama zobaczyć.... może kiedyś... Serdecznosci N

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo przyjemnie czyta się takie ciepłe reakcje, dziękuję :) Odpisuję dopiero teraz i nie mogę obiecać, że odtąd będę już na bieżąco, lecz niezmiennie miło mi z powodu Waszych odwiedzin. Pozdrawiam Was bardzo serdecznie.


    Morgano, mój stosunek do Twoich propozycji kulinarnych nie uległ zmianie, jest jak najbardziej pozytywny. Lecz z przyczyn technicznych, o których informowałam Cię na bieżąco i które uniemożliwiały mi pełne stosowanie się do regulaminu, nie loguję się już do witryny, gdzie spotykałyśmy się dodatkowo. Jest mi trochę przykro z tego powodu, jednak postanowiłam skończyć z niepotrzebnym przysparzaniem sobie zdenerwowania. Liczę na Twoje zrozumienie, a niezależnie od tego życzę Ci dalszej satysfakcji z tamtej formy aktywności.

    Ultro, z mojego punktu widzenia perorowanie na temat odmiennych gustów rzadko kiedy ma sens (generalnie, nie tylko w temacie tego kraju). Gdyby było inaczej, zadyskutowałabym się na śmierć, gdyż Japonia jest pod tym względem olbrzymim polem do „popisu” (cudzysłów zamierzony).
    A wiesz, ja sama przeszukiwałam Internet, chcąc zobaczyć możliwie najwięcej rzeczy, z jakimi ma się tu styczność na co dzień. Nie udało mi się znaleźć wszystkiego, co mnie interesowało, i może właśnie dlatego na moim blogu dużo jest zdjęć zwykłych przedmiotów, a także prozaicznych sytuacji. Jeśli oglądasz je z ciekawością, to szczerze mnie to cieszy.

    DD, mnie też to rozśmieszyło. Na bardzo długo – wskutek czego skaner na niemieckim lotnisku zareagował na podwyższoną temperaturę mojego ciała i pani mundurowa zaprosiła mnie na szybkie spotkanie bliższego stopnia. Do śmiechu przestało być mi jednak dopiero na terenie Polski. Uderzyła mnie zauważalna zmiana: obecność znacznie większej niż wcześniej liczby muzułmanów. Na lotniskach i w dużych miastach fakt ten przyjęłam względnie spokojnie z uwagi na charakter takich miejsc. Znacznie dotkliwszy był dla mnie widok swobodnie zachowujących się, ewidentnie dobrze już ją znających młodych mężczyzn w poczciwej Biedronce gdzieś w małej miejscowości. Wielokulturowość to zdecydowanie nie moje klimaty, mimo że jestem żoną obcokrajowca i mieszkam w obcym kraju.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje też. Cóż...

      Usuń
    2. Przykro mi, że zupełnie bez reakcji zostawiłam Twój dopisek, DD. Chyba dopadło mnie prawo serii, bo niewiele brakowało, a sąsiedzi dla paru jenów więcej wydzierżawiliby przylegający do naszej posesji kawałek ziemi nie Japończykom, a muzułmańskim imigrantom, których nawet nie znają. Za dużo tego wszystkiego w krótkim czasie, mam nadzieję, że teraz rozumiesz.

      Usuń
    3. Oczywiście,że rozumiem. Serdeczności N

      Usuń
    4. Dziękuję!

      Usuń
  5. Chciałabym, żebyś nadal pisała i odkrywała Japonie. Blogow o Japonii jest mało i to szczególnie tak dobrych jak ten. Może kiedyś znajdziesz ponowną inspirację i tu wrócisz? Wtedy proszę o poinformowanie mnie o tym,bo będę czytać i komentować, gdyż zawsze szanuję ciężką prace autora:)

    Zdjęcia przepiękne,a modlitwa Japonki o bezpieczną podroż do Europy wzruszyła mnie. Zazdroszcze ci,że tam byłaś, Mi nie dane było jeszcze doświadczyc tego największego szcześcia:)

    Pozdrawiam,proszę o ewentualne informowanie o wpisach no i..co ja ci mogę jeszcze powiedzieć?:) Nie daj się,wracaj,nie żegnaj się. Pisz raz na rok,raz na pół,ale cos tam pisz. Nikt nie narzuca Ci pisania codziennie czy często.) Blog jest dla Ciebie i to jest tu najważniejsze:)

    Pozdrawiam
    www.japonskiwachlarz.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, Rey. Szczęścia aż tak chyba nie podzielam ;) — niemniej nadal tu jestem, w tej samej Japonii. Nie doskwiera mi brak inspiracji. Jak już, to przeciwnie :) Propozycja od Ciebie wydaje się do pogodzenia z moim przeorganizowanym w międzyczasie życiem poza blogosferą, dlatego wezmę ją pod uwagę. Jeśli masz ochotę, to komentuj śmiało, prędzej czy później na pewno przeczytam. Pozdrawiam wzajemnie.

      Usuń