2017/01/11

Ot logika


W nowy rok weszliśmy z T. dosłownie: na własnych nogach, ponad 8 km piechotą górskim szlakiem (w jedną stronę). Naszym miejscem docelowym był polecany na pewnym japońskim forum tematycznym rodzinny gościniec położony nad gorącymi źródłami. Nie całkiem moje klimaty, a jednak podobało mi się tam bardzo. 

Zaledwie 6 pokoi, zaskakująco przestronnych, każdy z dużym aneksem toaletowym i osobnym wc, tatami na podgrzewanej podłodze i shōji w panoramicznym oknie. Żadnego telewizora ani nawet połączenia z Internetem. Atmosfera sielska, lecz bez narzucania się. Gdy nadchodziła pora posiłków, starsza pani Japonka szła wzdłuż korytarza, pukała do każdych drzwi i niemal wyśpiewywała zaproszenia (w sposób podobny do tego, jaki słychać przykładowo w tutejszych sklepach). Goście jedli, a w tym czasie ktoś rozkładał lub chował futony, w zależności od pory dnia. To akurat niezbyt mi odpowiadało, w końcu pościel to pościel, w moim odczuciu rzeczy tak osobistego użytku nie powinny być dotykane. Jest to jednak ponoć stosunkowo często spotykane w tym kraju, a w całym budynku było czysto, dlatego obiekcjami podzieliłam się jedynie z Mężem, po prostu zdziwiona takimi praktykami. Szafa na futony była zamykana, nie mieliśmy do niej dostępu. Normalnie samurajskie ryzy, żadnego wylegiwania się za dnia :P Z tego, co mi wiadomo, podobna dyscyplina narzucana jest przez japońskie położn nie uprzedzają o godzinie swoich wizyt domowych, kobiety w połogu mają się ogarnąć od samego rana, snucie się po domu w szlafroku ma źle o nich świadczyć.

Jadalnia zorganizowana była podobnie, to znaczy bez konieczności znoszenia czyjejś obecności. Wszyscy zasiadali pod wspólnym dachem, lecz przy osobnych stołach. Zależnie od życzenia stoły można było złączyć albo przeciwnie, zasłonić się. Okazało się, że każdy z nas (2 dziadków i 4 pary w różnym przedziale wiekowym) przybył z identycznym nastawieniem: goście byli sympatyczni dla siebie nawzajem, nie odseparowywali się, ewidentnie najbardziej zależało im nie tyle na prywatności, co na świętym spokoju. W sumie nic dziwnego, gdyby było inaczej, nie wspinalibyśmy się aż tutaj, wszyscy wybralibyśmy raczej któryś z komercyjnych hoteli położonych dużo niżej, z opcją dojazdu specjalnym autobusem (w tej części gór samochody prywatne pozostawia się na wyznaczonym parkingu, bezpiecznym, mimo że niestrzeżonym).

Na korytarzu prowadzącym do onsenów, w ustronnym zakątku stały 2 przeszklone lodówki z napojami, lecz opłatę zostawiało się po prostu w znajdującym się obok koszyczku. Ja do onsenów konsekwentnie nie chadzam, lecz gdy o tym usłyszałam, przeszliśmy się tam razem. Rozejrzałam się dokładnie, żadnych kamer, świadkami teoretycznych oszustw mogłyby być jedynie widoczne za szklaną częścią ściany, pływające w podgrzewanym zbiorniku ryby. Ciekawie prezentowały się w zaśnieżonym otoczeniu równie ustronnego zakątka, mniej ciekawie zaś już na talerzu, cóż, takie było ich przeznaczenie. W niektórych japońskich restauracjach rybę można sobie wybrać spośród pływających w akwarium, nam takie „atrakcje” zostały oszczędzone.


Typowo japońskie menu pierwszego dnia urozmaicone zostało daniem, które automatycznie również wzięłam za japońskie. Ogromnie mnie zdziwiło, że jest pyszne. Roladki wołowe smakowały jak polskie pierogi nadziewane mięsem i kapustą. Okazały się daniem francuskim, fantazją rodzinnego kucharza na okoliczność pierwszego dnia nowego roku. Aż mi było szkoda, że ze zmęczenia nie dałam rady dojeść. Mąż mi już nie pomógł, też miał dosyć, ponieważ dzielnie zjadł za mnie prawie wszystko inne, aby naszym gospodarzom nie było przykro. Mieszkam w tym kraju od 6 lat, lecz nie przemogłam się do tutejszej kuchni i tak już pewnie zostanie.

Nie widzieliśmy żadnych śladów jakiegoś pojazdu mechanicznego, który byłby wykorzystywany na potrzeby goszczącej nas rodziny. Nigdzie — ani wokół gościńca i prywatnego budynku, ani po drodze. Jak sobie radzą na tym swoim bezludziu, pozostaje dla nas tajemnicą.

Jeśli o mnie chodzi, do cywilizacji wróciłam bez większych oporów. Z uwagi na liczne ostrzeżenia przed niedźwiedziami nie potrzebowałam już więcej emocji. Zima zimą, warunki pogodowe przycisnęły jednak dopiero na pożegnanie, więc kto je tam wie, czy spały. Natomiast T., który zapotrzebowanie na adrenalinę ma znacznie większe, stwierdził, że ze mną nigdy nie jest nudno, więc wytrzyma do następnego wypadu. Doskonale wiem, co miał na myśli, lecz wytrwał już tyle czasu, że nie ma Go co żałować ;) 






Wysoko w górach spotkaliśmy tylko 1 obcokrajowca, młodego mężczyznę, białego. Natomiast już po zjeździe, w obleganej części tamtejszej prefektury pierwszymi mijanymi przez nas obcokrajowcami okazali się przybysze ewidentnie z kraju muzułmańskiego, w różnym wieku, płci obojga, idący dużą grupą za swym pobratymcą wyglądającym bardziej na osobnika alfa niż przewodnika.

Z kolei już w naszej prefekturze, po raz pierwszy przejeżdżając przez nową dla nas ulicę, niespodziewanie zobaczyliśmy, że przed niewielkim budynkiem spotkań muzułmanów powiewa kilka okazałych, czarnych flag. Nie robiły przyjemnego wrażenia. W pierwszym odruchu chciałam obejrzeć dokładniej, aby sprawdzić podobieństwo do flagi tzw. państwa na „i”. Ostatecznie jednak nie zatrzymaliśmy się, są od tego specjalne służby. 

Chcąc nie chcąc, przypomniała mi się wówczas relacja o tym, jak pewna Japonka napadnięta została przez mężczyznę (chyba Japończyka, nie pamiętam już), którego chorą uwagę przyciągnęła zupełnie niechcący. Tutejsi policjanci nie udzielili jej oczekiwanego wsparcia, przeciwnie. Usłyszała, że skoro słownie protestowała przed nagabywaniem w miejscach publicznych, odtrącała rękę na siłę wciskającą jej podarunki, to tym samym reagowała na kontakt i sama jest sobie winna. Próbowałam sprawdzić wiarygodność tej opisanej w Internecie sekwencji wydarzeń, ale zapytana przeze mnie znajoma Japonka nie miała w tym temacie nic do powiedzenia, a na oficjalnych stronach policyjnych nie doczytałam się informacji o takich praktykach. Jednak wzięłam sobie tę historię do serca, tak na wszelki wypadek. (Update: W lipcu b.r. na forum GaijinPot (fb) podobne reakcje japońskiej policji opisały mieszkające w Japonii cudzoziemki. Policjanci, po przyjęciu zgłoszeń oraz dowodów na osaczanie w Internecie oraz śledzenie na ulicach przez nieznajomych Japończyków, atakowali je pytaniami w rodzaju: dlaczego ze stacji do domu przemieszczają się same, dlaczego nie mieszkają z kimś, a nawet: dlaczego nie są zamężne.)


6 komentarzy:

  1. Witam i pozdrawiam pięknie w Nowym już Roku:)
    Jak zawsze ciekawe opowieści z Kraju Kwitnącej Wiśni.
    U nam zima nie odpuszcza, ale mnie to nie przeszkadza. Lubię ją śnieżną, białą, z mrozikiem.
    Serdeczności ślę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Morgano :)
      Ja również lubię, lecz takie cuda znajduję dopiero w górach. Za to w pobliżu widziałam inne: otóż właśnie kwitnące wiśnie (tak, tej zimy). Aktualnie temperatury są już znacznie niższe, pozostaje mieć nadzieję, że wiosną drzewa mimo wszystko odżyją. Czego życzę również Twoim roślinom, choć domyślam się, że swój ogródek zabezpieczyłaś odpowiednio do tej pory roku.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Wszystkiego dobrego N w Nowym Roku.
    Moja córka zachwycona Japonią i wszystkim , co Japońskie. Samochody, japońskie najlepsze, kuchnia, najlepsza - kraj najbezpieczniejszy itp...
    Dzięki Tobie mogę z nią dyskutować. Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko xD — automatycznie zaczęłam robić rachunek sumienia, że to może ja tak wprowadzam w błąd... Na ostatnim wersie odetchnęłam xD
      DD, dziękuję, buziaki!

      Usuń
  3. Twoje wpisy na Fb zawsze są ponadwymiarowe i ponadczasowe, ponieważ ilustrują tematy dotyczące spraw ważnych dla całej ludzkości, w tym także Polski i zmuszają do przemyśleń. Kraj Wiśni widziany przez osobę tam mieszkającą, a nie turystkę przyjmującą wszystko z zachwytem to prawdziwa Japonia, czyli odmienne zwyczaje i obyczaje. Natomiast chętnie niektóre przeniosłabym do Polski, jak choćby to, że ludzie płacą, kiedy biorą butelki z napojem, mimo że nikt nie widzi albo i to, że parking bezpieczny, choć niestrzeżony.
    Dobrze, że ze swoją elokwencją i wiedzą wróciłaś. Jak to dobrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i co ja mam odpisać na taki komentarz?...
      :)
      Ultro miła, dziękuję.

      Atrakcyjna dla wielu turystów tutejsza odmienność obyczajowo-kulturowa byłaby naprawdę fajna wówczas, gdyby nie przynosiła żadnej szkody samym Japończykom — a przykładów takiego stanu rzeczy jest niemało, niestety. Serdeczności!

      Usuń